Właśnie dlatego z nadzieją chwytam się każdej nowej deklaracji Donalda Tuska i jego partyjnych kolegów, w większości przerobionych na PR-owców. Jestem gotów bronić zapowiedzi chemicznej kastracji pedofili, chwalić deklarację wprowadzenia euro w roku 2012, a może nawet wcześniej, zachwycać się zapowiedziami prawnej regulacji i dotowanie in vitro czy wierzyć w ostatnią obietnicę ministra Grabarczyka, że rząd wybuduje już nie międzynarodowy, ale wręcz międzykontynentalny port lotniczy w połowie drogi między Warszawą i Łodzią (i tylko szkoda, że po parogodzinnym locie z Kinszasy trzeba będzie drugie tyle odstać w korku między Sochaczewem a Jelonkami).

Reklama

Czasem trochę mi potem smutno i łyso, kiedy deklarujący zapominają o swoich deklaracjach. Ale i wówczas cieszę się z tych deklaracji, które jednak są wypełniane - entuzjazmuje mnie choćby heroiczna walka Tuska i Rostowskiego o wprowadzenie Polski do strefy euro, które nawet jeśli uda się w roku 2014 roku, a nie w 2012, to i tak będzie to wcześniej, niż by się odbyło pod rządzami braci Kaczyńskich, którzy jawnie dają do zrozumienia, że nie chcieliby wprowadzić euro nigdy (stwierdzenie Jarosława i Lecha, że wprowadzą Polskę do strefy euro dopiero, kiedy staniemy się krajem dorównującym bogactwem unijnej przeciętnej, uważam za mało zawoalowany eufemizm skrywający kategoryczną odmowę pozbycia się złotego, do którego bracia Kaczyńscy, a także ich ekonomiczni doradcy są przywiązani bez porównania silniej niż zdecydowana większość polskich przedsiębiorców i większość Polaków w ogóle).

Ale i ataki na Jarosława Kaczyńskiego, których intensywność i żarliwość wcale nie zmalały od czasu, kiedy były premier stał się liderem nieco słabnącej opozycji, uważam za mocno przesadne. A bojaźń i drżenie Jacka Żakowskiego czy publicystów "Gazety Wyborczej" za raczej udawane. Bo z jednej strony wszyscy dobrze wiemy, że PiS nie odzyska władzy, a z drugiej strony jest oczywiste, że nie ma dla niego alternatywy jako dla opozycji Platformy Obywatelskiej. Jarosław Kaczyński od lat w pocie czoła stara się od lat przerobić tradycyjną polską frustrację - bezpostaciową, bezideową i nieuleczalną - na coś choćby w przybliżeniu przypominającego politykę. Zastąpienie go w tej roli przez Giertycha, Leppera, Zawiszę, a nawet bez porównania lepszego od nich wszystkich Marka Jurka, byłoby zmianą na gorsze. Zdecydowanie gorsze. Rafał Dutkiewicz jest fajnym facetem, ale do partyjnej polityki nie ma głowy ani wątroby. Kazimierz Michał Ujazdowski jako polityczne kły i pazury Dutkiewicza także nie spełni swojej roli. Zatem... po staremu... dla obecnej PiS-owskiej opozycji nie ma alterantywy tak samo jak dla obecnego PO-wiackiego rządu.

Z podobnych powodów odechciało mi się ujadać na postkomunistów. Kolejne próby zbudowania trochę choćby innej lewicy - podejmowane od czasów Ryszarda Bugaja po czasy Marka Borowskiego - dowodzą, że dla postkomunistów nie ma po lewej stronie żadnej alternatywy. Salonowa lewica liberalna, po politycznym upadku Adama Michnika, zachowuje się trochę tak, jak biegająca po po polskim podwórku kura, której obcięto głowę. Chaotycznie i bez sensu. Oni już nawet Farfała obalić nie potrafią.

Nie ma także alternatywy dla lustracji w wykonaniu IPN-u, a nawet Zyzaka. Nie ma alternatywy dla antylustracyjnej nagonki "Gazety Wyborczej", wokół której po staremu gromadzi się coraz bardziej bezsilna koalicja wystraszonych. Żadna sensowna dyskusja wokół lustracji, IPN-u czy Wałęsy się w tej sytuacji nie przebije.

Nie ma także alternatywy dla polskiego episkopatu, a ci, którzy po ostatnich wydarzeniach u polskich "lutrów" sądzą, że teraz Życiński, Michalik i Głódź "lutrów" się zawstydzą i zmienią swój stosunek wobec lustracji, a także przestaną zasłaniać tej kwestii coraz żarliwszą ideologią naturalnego poczęcia i naturalnej śmierci - albo są naprawdę niemądrzy, albo po prostu się wygłupiają. Więc nie chcę krytykować polskiego episkopatu czy wręcz całego polskiego Kościoła, bo nie ma dla niego alternatywy.

Nie ma alternatywy dla Polski, dlatego postanowiłem z Polską się ułożyć na jej warunkach. Wybrałem mieszczaństwo i zagłosowałem na partię mieszczańską, nawet jeśli wiąże się to z przyjęciem odpowiedzialności za jej słabość. Czasami tylko bawią mnie moralistyczne wybuchy Krasnodębskiego (który nadaje z Bremy ostrzej i bardziej bezkompromisowo, niż Nowak-Jeziorański kiedykolwiek nadawał z Monachium), czy Ziemkiewicza przeciwko Platformie, Żakowskiego, Stasińskiego czy Milewicz przeciwko PiS-owi, naszych nałogowych antykomunistów przeciwko SLD, naszych lustracyjnych radykałów przeciwko decyzjom episkopatu. A bawi mnie to dlatego, że nawet oni, ci najżarliwsi, najbardziej wierzący w siłę swoich słów, nie są w stanie przedstawić dla krytykowanych przez siebie osób, partii, instytucji, a nawet narodu - żadnej alternatywy.