Wyobrażam sobie, że z naszych list mogą startować osoby charakterystyczne dla środowiska Radia Maryja. Uważamy Radio za inicjatywę, która zmieniła obraz społeczny
naszego kraju w ciągu ostatnich lat. Poszerzyła obszar debaty publicznej. Sami staramy się być, przy wszystkich naszych słabościach, gorliwymi katolikami. Chętnie spotykalibyśmy się w już
minionym Wielkim Poście np. na piątkowych drogach krzyżowych z dyrektorem Radia Maryja. On jednak postanowił obdarzać swoim poparciem osoby, których ani na tych drogach krzyżowych, ani na
innych nabożeństwach nie dałoby się spotkać. Wszystko to w imię interesów przedsięwzięcia medialnego, które prowadzi. W ostatnich latach bardziej zachowuje się jak biznesmen medialny niż
jak prorok głoszący trudną naukę Ewangelii.
Prawo i Sprawiedliwość zostało poparte przez dyrektora Radia Maryja już po tym, gdy zniweczyło akcję na rzecz konstytucyjnego wzmocnienia ochrony życia. Już po tym, gdy głosowało przeciw
dużej uldze prorodzinnej w podatku dochodowym od osób fizycznych, gdy głosowało przeciw gwarancjom prawnym dla święcenia niedzieli, już po tym, gdy odrzuciło kodeksową karalność
pornografii. Wkrótce po tym poparciu PiS zagłosowało za traktatem lizbońskim, którego przesłanie jest wprost przeciwne ideom propagowanym na falach Radia Maryja. Jeżeli to nie jest biznes, to
co to jest?
Dobrym przykładem działania chrześcijan w środowisku politycznym jest to, co robią amerykańscy protestanci i katolicy w ramach Christian Coalition. Nie popierają wprost żadnej partii
politycznej, tylko wskazują godnych zaufania kandydatów i im personalnie udzielają poparcia. Gdyby na falach Radia Maryja można by usłyszeć głos dobrych katolików z poszczególnych partii, to
byłby to idealny wzór wpływu na politykę w imię katolickiej nauki społecznej. Tymczasem mamy klejenie się do jednej partii, w której nurt laicki i liberalny symbolizowany przez nie tylko
Joannę Kluzik-Rostkowską, ale i Przemysława Gosiewskiego, jest naprawdę bardzo silny.
Chcemy pokazać, że polskość i europejskość idą w parze. Jeżeli wyborcy dostrzegą tę naszą intencję, to myślę, że mamy szansę na podium. Czyli trzecie miejsce.
Cztery partie parlamentarne zwodzą opinię publiczną. Wszystkie są za traktatem lizbońskim i za likwidacją złotówki. Różnią się w szczegółach. W tym sensie to banda czworga, która chce
zdominować polskie życie publiczne. Libertas różni się diametralnie: opowiadamy się przeciw złemu traktatowi i za utrzymaniem złotego.
Nie wstydzimy się tego, że mówimy o kwestiach unijnych przed wyborami do PE. Inaczej niż dwie największe partie, które mają mało do powiedzenia w sprawach europejskich, więc próbują
rozbudzić emocje społeczne drugorzędnymi tematami wewnętrznymi. Pół żartem, pół serio powiem, że tak długo polska prawica była nawracana na europejskość, że w końcu potraktowaliśmy
to najbardziej poważnie. Niech wstydzą się ci, którzy nie chcą ujawnić swojego stanowiska w sprawie traktatu i złotówk, więc mówią o duperelach.
Ani Roman Giertych, ani Mirosław Orzechowski nie kandydują w tych wyborach. Wielu innych posłów czy ministrów z LPR też nie kandyduje. Natomiast przeważająca część aktywu społecznego, np.
ludzi zbierających podpisy dla Libertas, rzeczywiście wywodzi się z Ligi. Wykonali znakomitą robotę. LPR mogła popełniać błędy, ale ja nie traktuję tej partii jako zadżumionej.
Celem jest zastopowanie fatalnego traktatu. Porównałbym to do roku 1989, gdy na listach Komitetu Obywatelskiego byli i Bronisław Geremek i Jarosław Kaczyński, Marek Jurek i Ryszard Bugaj.
Łączyło ich to, że chcieli znieść monopol komunistów. My chcemy znieść monopol eurokratów.
Europejczyków jest kilkaset milionów, Niemcy to tylko część. Prezydentem UE mógłby zostać człowiek, który potrafiłby przemówić do wszystkich Europejczyków. Gdyby Polska mogła
uczestniczyć w takich wyborach w początku lat 90., to mógłby nim zostać np. Lech Wałęsa. Dziś w grę wchodziłyby inne kandydatury, ale na pewno nie wywodzące się ze świata popkultury.
W żadnym razie nie opowiadamy się za przystąpieniem Turcji do UE. Rozumiemy argumenty prawicy francuskiej i niemieckiej, które wskazują na radykalną odmienność kulturową wywodzącej się z
chrześcijaństwa Europy i islamskiej Turcji. Odsiecz wiedeńska jednak nie była przypadkiem.
To hasło pojawiło się u was w DZIENNIKU. Ganley jest rzeczywiście wybitnym przedsiębiorcą, więc należy się cieszyć, że tacy ludzie angażują się na rzecz dobra wspólnego. Ale jego
pieniądze nie są zaangażowane w kampanię wyborczą Libertas, ponieważ nie pozwala na to polskie prawo.
Libertas to partia polityczna, TVP zaś to spółka prawa handlowego. Nikt z pracowników TVP nie jest członkiem naszej partii. Kontrowersje wynikły z tego, że Ganley był pokazany w telewizji. A
prawdziwą kontrowersję powinno budzić to, gdyby nie był pokazywany, bo to człowiek, który na naszych oczach zmienił bieg dziejów Europy.
Powiem to we własnym imieniu, a nie jako wiceprezes Libertas. Uważam Farfała za nadspodziewanie zdolnego menedżera. On chce być sprawnym technokratą, który wydobędzie TVP z zapaści
finansowej, którą zostawili poprzednicy. Jeżeli mu się uda, to będzie Leszkiem Balcerowiczem (w pozytywnym sensie tego określenia) telewizji publicznej. Natomiast życzyłbym sobie, by media
publiczne były bardziej skoncentrowane na respektowaniu wartości chrześcijańskich i dbaniu o tradycję narodową. Tutaj prezes ma jeszcze dużo do zrobienia.
Każdy potrafiłby zwolnić Agnieszkę Romaszewską-Guzy, ale tylko ktoś wspinający się na wyżyny potrafił zweryfikować własną decyzję.
Poznałem go osobiście z pół roku temu. Od tego czasu rozmawialiśmy kilka razy.
Mógłbym policzyć nasze rozmowy na palcach jednej ręki. Mówiłem mu o tym samym, co w tym wywiadzie.
W zeszłym tygodniu zakończyliśmy zbieranie podpisów. A nazwiska liderów i wiceliderów list będą znane dosłownie jutro, bo jeszcze finalizujemy rozmowy z zaprzyjaźnionymi środowiskami
politycznymi.
Jesteśmy ugrupowaniem ogólnopolskim. Listy będą wszędzie.
Rozmawialiśmy z Naprzód Polską i to my postawiliśmy kwestię Pęka, uznając, że nie jest on optymalną twarzą dla rozważnej siły politycznej, jaką jest Libertas.
W tym tygodniu ogłosimy porozumienie co najmniej trzech środowisk politycznych skupiających obecnych eurodeputowanych. Będzie kilka przyjemnych dla prawicowych wyborców niespodzianek.
To ludzie, którzy są symbolami nurtów polskiej prawicy: nurtu narodowego wywodzącego się z LPR, nurtu konserwatywnego reprezentowanego przeze mnie, nurtu ludowego z Januszem Dobroszem i
Zdzisławem Podkańskim, wreszcie nurtu liberalnego związanego z UPR.
Nie ma kwestii Korwin-Mikkego. Jest za to kwestia, iż wolnorynkowy nurt myślenia powinien być reprezentowany w partii, której nazwa znaczy "wolność". Mamy nadzieję, że
kandydatem będzie redaktor naczelny „Najwyższego Czasu” Tomasz Sommer.
Bylibyśmy zaszczyceni, gdyby chciał kandydować z list Libertas. Według mojej oceny jego jedyny realny wybór to start z list Libertas albo zasłużona emerytura, ku której może się
skłonić.
Robiłem to ja razem z drugim wiceprezesem partii - byłym posłem LPR i wiceministrem integracji europejskiej Danielem Pawłowcem. Naszymi rozmówcami byli i są przedstawiciele wymienionych
środowisk.
Ganley uczestniczył w konsultacjach w tym zakresie, w jakim zna obecnych parlamentarzystów europejskich z Polski. Jest grupa posłów z LPR i PSL, którzy zaczęli z nim rozmowy jeszcze w zeszłym
roku. Część z nich znajdzie się na listach. A Roman Giertych wydawał opinie na temat osób wywodzących się z LPR, ale nie podejmował decyzji. Chętnie go pytałem o to, co myśli o osobach z
jego środowiska.
Decyzje podejmuje kierownictwo Libertas. Giertych sam wybrał inną ścieżkę rozwoju zawodowego. Jednak korzystanie z doświadczeń byłego wicepremiera i twórcy sukcesu wyborczego LPR z lat 2001
i 2004 (wtedy Liga zdobyła 16 proc. w wyborach europejskich) jest rzeczą cenną.