, a co więcej gromko ogłasza, że popiera rząd Tuska – „przeciw populistom”, czyli przeciw obecnym związkowcom.
– na początek w Hiszpanii. Czyli zacznie robić to, co przepowiadaliśmy w ostatni weekend w „Dzienniku”. Będzie realizować zobowiązania wobec Declana Ganleya. Nieograniczające się bynajmniej do jednorazowego przemówienia za pieniądze.
Tę pierwszą decyzję, wyprawę na Wawel, zrozumieć łatwo. . Co więcej – były przywódca „Solidarności” nastraszył wprawdzie podobno premiera w telefonicznych rozmowach swoim nieprzejednaniem, ale znany jest z tego, że zmienia zdanie. I że lubi spotkanie z tłumami, zwłaszcza przyjaznych, zagranicznych gości. .
Ta druga decyzja wymyka się za to łatwemu osądowi. A może nie – były prezydent naprawdę zapałał sympatią do Ganleya i jego idei, jak twierdzi Roman Giertych. Albo pokłada nadzieję w tym, że wpływy i pieniądze irlandzkiego milionera pomogą mu w bliżej niesprecyzowanej nowej karierze politycznej w Polsce.
Nie sposób tego dociec. Tak jak trudno odpowiedzieć, . Podając mu pomocną dłoń, wbija mu równocześnie nóż w plecy.
Będąc przeciw rządowi, Wałęsa jest za. Ale to pomoc, za którą na miejscu Tuska nie byłbym wdzięczny. Obrzucając inwektywami obecną „Solidarność”, były prezydent nie podnosi rangi święta 4 czerwca i nie ułatwia premierowi społecznego dialogu. – jako ktoś, kto został wystrychnięty na dudka.
Nie mam dobrej recepty dla Tuska, który wraz z chórem komentatorów wywindował Wałęsę na taki piedestał, że teraz łatwo go stamtąd nie zdejmie. . Szef polskiego rządu powinien już tylko liczyć na cud.
Lech Wałęsa zawsze może się zaprzeć siebie po raz kolejny, robił to już tyle razy. Ale . Kogoś takiego trudno powstrzymać. Pozostanie zamykać oczy i cierpieć w milczeniu, a to już dotyczy nie tylko premiera Tuska – także nas, Polaków. Bo przecież my wszyscy z niego, nawet jeśli czasem wolelibyśmy o tym nie pamiętać.