Dziennik Gazeta Prawana logo

"Platforma gotowa do rządów"

12 października 2007, 13:42
Ten tekst przeczytasz w 8 minut
Mamy Begergate. Niech nikt tego określenia nie poprawia. Amerykanie tworzyli podobne słowne potworki na wzór Watergate, chrzcząc w ten sposób inne swoje afery - pisze w DZIENNIKU Piotr Zaremba, publicysta "Newsweeka".

Konsekwencje są jednak na miarę tej żenującej historii: anemiczne manifestacje na ulicach, którym daleko do węgierskiego rozmachu, a przede wszystkim dziesiątki gadających głów w mediach. I mnóstwo szumu. Czasem udaje się jednak wyłowić coś ważnego.  Jesteśmy gotowi przejąć inicjatywę w tym parlamencie powiedział sekretarz generalny Grzegorz Schetyna w rozmowie z Katarzyną Kolendą-Zaleską w Radiu TOK FM. Schetyna zastrzega, że to scenariusz na pojutrze, że teraz najważniejsze jest rozwiązanie tego parlamentu. No ale przecież PiS może się zaprzeć, nie stworzyć rządu, jak też trwać bezwładnie, nie głosując za samorozwiązaniem. Wówczas ma przyjść czas na inicjatywę PO.

Nic bez zgody PiS, nic bez woli PO

Jaką inicjatywę? Schetyna sugerował, że chodzi o rząd wszystkich poza PiS (i coraz bardziej z nim związaną LPR), a uczestniczący w tej rozmowie Andrzej Lepper dodawał, że Samoobrona nie musi nawet do takiej ekipy wchodzić. Wystarczy, że wesprze ją na początku. Podobne szerokie inicjatywy zgłaszają też jako alternatywne rozwiązanie dla koalicji z partią Kaczyńskiego ludowcy. Jasne jest jednak, że tak jak nie da się skrócić żywota obecnego Sejmu bez zgody PiS, tak nie da się stworzyć nowego układu bez woli PO. Schetyna sformułował tak w nieco ezopowym języku dylemat Platformy. Jest ona w tej chwili skazana na okrzyki: dosyć tego! Kurs na widowiskową węgierską opozycyjność wybrała kilka tygodni temu. Begergate utwierdza go tylko.

Dopóki nie odbędzie się rytualne głosowanie przesądzające o wyborach, partia Tuska i Rokity nie może klecić niczego w tym parlamencie. Klucz do decyzji o wyborach znajduje się przede wszystkim w rękach PiS. Choć do pewnego stopnia zależy również i od Platformy. Można odnieść wrażenie, że jej wezwania są mimo wszystko wznoszone na wyrost, bez pełnego przekonania. Politycy PO widzą w nowym rozdaniu zbyt małą szansę na zwycięstwo, za to zbyt duże ryzyko pata w kolejnym Sejmie. Co zatem mogą zrobić? Na przykład tonująco wpłynąć na mniejsze partie, nie zadbać o frekwencję na sali obrad i obecny parlament może przetrwać.

Ale co jeśli wyborów nie będzie? Wtedy klucz leży już w pełni w rękach Platformy. To ona może pozwolić PiS, aby rządziło dalej z Pawlakiem lub w formule rządu mniejszościowego. Może też przekonać resztę opozycji do stworzenia w różnych konfiguracjach personalnych koalicji antykaczyńskiej. To właśnie sugerował Schetyna.

Koalicja antykaczyńska

Zestawmy zyski i straty. Szybkie wybory to pójście za ciosem, próba złapania w żagle wiatru wywołanego wrażeniem, że PiS się nie udaje. Wiatru wzmaganego niemądrymi wypowiedziami ministra Lipińskiego i niezdolnością premiera, aby się od tych wypowiedzi zdystansować (zamiast potraktować to jako wpadkę, wybrał marketingowo wątpliwą teorię spisku). W dodatku za kilka miesięcy uwikłana w firmowanie nowego rządu Platforma nie będzie już mogła tak łatwo, jak czyni to dzisiaj, budować swojego medialnego przekazu na eskalacji niechęci wobec „Kaczorów. Sama będzie rozliczana przez wyborców. A jej program był tyleż ogólnikowy, co niespójny, skądinąd jak każdy program wyborczy. Po wyborach też nad nim nie pracowano, koncentrując się na punktowaniu rządzących. Dziś jeszcze można bez większego wysiłku rozliczać partię Kaczyńskiego (to wilcze prawo opozycji) z niezrealizowanych obietnic. Ale gdy się przejmie inicjatywę, funkcję premiera, w dodatku z niesfornymi koalicjantami od Sasa do lasa... Warto na przykład spytać, czy PO uprawiająca w ostatnich miesiącach opozycję totalną rzeczywiście tak szybko obniżyłaby podatki. A to tylko jeden z przykładów.

W dodatku układ nawet luźny i niedomknięty z SLD i ludowcami, a przede wszystkim z dyszącym żądzą zemsty Lepperem nie byłby czytelnym sygnałem dla zwolenników PO. Zagrożenie rządami Kaczyńskiego to uzasadnienie na krótką metę i nie dla wszystkich przekonujące. Już samo wykonywanie przyjaznych gestów w kierunku tego polityka może się odbić na poparciu dla głównej partii opozycyjnej. Pogłębienie tej tendencji nie zostanie dobrze odebrane, nawet jeśli wielu zwolenników zieje dziś niechęcią przede wszystkim do dawnych „przyjaciół z PiS.

Z antykaczyńskiego bloku można by wszakże wyciągnąć i pewne korzyści. Platforma stałaby się przewodnikiem stada i utrwaliła swój prymat wśród opozycji. Zwłaszcza dla odbudowującej się lewicy byłoby to niefortunne i na miejscu Olejniczaka nie byłbym entuzjastą takiego rozwiązania. Można by też szybko dokonać rozmaitych zmian instytucjonalnych na przykład w mediach publicznych które przed przyszłymi wyborami przydałyby się każdej partii.

Jest i coś jeszcze. PiS zapewne podjęłoby wściekłą walkę z takim rządowym układem, przedstawiając go jako emanację środowisk broniących III RP. Czy wyszłoby mu to na zdrowie? Poprawiło pozycję w sondażach? Zważywszy na temperament liderów PiS, niekoniecznie. Zwłaszcza że byłoby to PiS po przejściach. W oczach wielu ludzi Begergate mogłaby uzasadniać egzotyczny rządzący sojusz. Ci sami ludzie mogliby uznać, że PiS wolno mniej. W walkę tę zaangażowałby się zapewne prezydent Lech Kaczyński, używając obficie prawo weta i zużywając przy okazji swój autorytet. I choć do wyborów prezydenckich daleko, na pewno zwiększyłoby to szanse Tuska, który z prezydenckiej dogrywki z pewnością nie zrezygnował.

Układ odwetu

Więcej przemawia chyba za szybkimi wyborami i można sądzić, że liderzy PO są zmuszeni do nich dążyć. A już najidealniejszym rozwiązaniem byłoby pozostawić przy władzy PiS bezradne, osłabione i niedające sobie rady tyle że opozycja nie może do tego zmierzać zbyt otwarcie bez utraty twarzy. Gdyby jednak egzotyczna koalicja anty-PiS powstała, byłaby to wielka porażka polskiej demokracji. Można było racjonalnie tłumaczyć przyszłą koalicję PO PiS. I można od biedy, pomijając względy estetyczne, znaleźć usprawiedliwienie dla prawicowo-populistycznego rządu Kaczyńskiego z Lepperem. Współrządy Tuska i Leppera, gdyby do nich doszło, to (ze względu na elementarny konfikt już nie tylko polityczny, ale i kulturowy) kpina z wyborców obu partii.

Z punktu widzenia PO to również odstępstwo od najszerzej pojmowanych zamiarów odbudowy państwa. Były one odmienne od pisowskich i zresztą rozmyły się w dużej mierze w codziennych bijatykach z obecnym rządem. Z jednej strony Tusk i Rokita mieli prawo twierdzić, że wiele elementów polityki Prawa i Sprawiedliwości to raczej przejmowanie kawałków państwa niż jego remont. Z drugiej sami przemawiali coraz częściej językiem obrony III RP. Ale w sensie symbolicznym nigdy swoich zamiarów nie porzucili; nawet jeśli dziś triumfują, że IV RP przegrała. W tym sensie dopiero ten nowy wielopartyjny układ mógłby się okazać rozstaniem z reformatorskimi intencjami. Byłby układem odwetu. O jakichkolwiek spójnych próbach reformowania czegokolwiek, do czego przygotowywał się kiedyś w liberalnej wersji przyszły premier Rokita, nie mogłoby już być mowy. To także oznaczałoby zdradę dużej części elektoratu.

Wielu polityków PO zapewnia w kuluarowych rozmowach, że słowa Schetyny nie mają tak naprawdę znaczenia, że to tylko gest pokazujący: panujemy nad sytuacją. Tusk rozumie podobno ewentualne kłopoty wynikające ze wspólnych rządów z Lepperem. Ale czy rozumie jeszcze coś więcej?

Obrońcy obecnego rządu chętnie odwołują się do analogii z ekipą Olszewskiego obaloną w 1992 roku przez wielobarwną koalicję na tle konfliktu o lustrację. Nie są to sytuacje do końca porównywalne, ale warto przypomnieć dodatkową okoliczność, która towarzyszyła tamtym wydarzeniom. Otóż koalicja SLD, liberałów, Unii Demokratycznej, ludowców i KPN zmierzająca tylko do niewpuszczenia Macierewicza do ministerstwa, w końcu nie powstała. Część przeciwników i zwolenników rządu Olszewskiego dogadała się ze sobą, tworząc mocno niedoskonały, wstrzymujący lustrację, ale jednak centroprawicowy rząd Suchockiej, próbujący jakoś tam naprawiać choć fragmenty państwa, zamiast oszukiwać wyborców. Nawet Kaczyński usiadł wtedy do stołu rokowań, choć do koalicji w końcu nie wszedł. Tych, którzy tamtych czasów nie pamiętają, warto upewnić: emocje między politykami UD i ZChN w „noc teczek 4 czerwca 1992 były porównywalne z tymi, które dzielą teraz Kaczyńskiego z Tuskiem. A jednak tamte elity okazały się na moment dojrzałe. Dojrzalsze od obecnych?

Piotr Zaremba, publicysta, komentator polityczny. Absolwent Wydziału Historii UW, od początku lat 90. dziennikarz m.in. „Życia Warszawy, „Życia, „Rzeczpospolitej, „Nowego Państwa i „Gazety Polskiej. Obecnie jest komentatorem politycznym tygodnika „Newsweek. Ostatnio opublikował (wspólnie z Michałem Karnowskim) „O dwóch takich... Alfabet braci Kaczyńskich

 

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj