Dziennik Gazeta Prawana logo

"Kaczyńscy blokują lustrację"

12 października 2007, 13:44
Ten tekst przeczytasz w 10 minut
Zyta Gilowska w rządzie to odłożenie do lamusa nowej ustawy lustracyjnej – twierdzi Jerzy Jachowicz w DZIENNIKU.

Panie premierze, muszę odmówić. Sam pan słyszał, czym ta (tu mógł nawet paść jakiś ostry epitet) sędzia mi zagroziła. Za kilka miesięcy IPN i tak uzna mnie za kapusia SB.
Nic pani nie grozi. Zablokujemy tę ustawę. Ma pani na to moje słowo.

Gdybyśmy dysponowali nagraniem na taśmie wideo, tak teraz popularny towar medialny, prawdopodobnie potwierdziłoby ono taki właśnie przebieg rozmowy między Zytą Gilowską a Jarosławem Kaczyńskim w czasie jej pierwszej po procesie wizyty w kancelarii premiera, kiedy obecny szef rządu proponował jej powrót na poprzednie stanowisko: wicepremiera i ministra finansów.

Nie wyobrażam sobie bowiem, by ktokolwiek przy zdrowych zmysłach mógł się zgodzić na tak karkołomną politycznie propozycję bez gwarancji premiera. Zycie Gilowskiej można przypisać różne drobne skazy, ale z pewnością nie brakuje jej przytomności umysłu. Czy jednak w tym przypadku ta przytomność nie została mocno nadwerężona?

Gilowska niezbędna
Choć to nie ona była inicjatorką pomysłu powrotu, lecz Jarosław Kaczyński, to wydaje się, że dokonując tej transakcji, obydwoje zatracili samozachowawczy instynkt polityczny. Nad rozsądkiem górę wziął niepohamowany pociąg do władzy. Wcześniej czy później ta umowa musi doprowadzić do spustoszenia ich politycznego wizerunku. Podważona zostanie ich wiarygodność jako polityków oraz mogą zostać uznane za osoby nie w pełni przekonujące w życiu prywatnym. Bo złudzeniem jest, że można oddzielić kostium polityka od skóry człowieka.

Z jakiego powodu Gilowska stała się dla Jarosława Kaczyńskiego nie tylko pożądanym, ale niezbędnym człowiekiem w jego rządzie, jest powszechnie wiadome. Miała być pogromcą Andrzeja Leppera, a po trosze i Romana Giertycha. Miała wybić im z głowy nadmierne żądania finansowe w trakcie uchwalania budżetu na przyszły rok. Ściślej, Gilowska ze swoją mocną osobowością, świetną znajomością finansów i ostrym językiem była potrzebna po to tylko, by ten rząd przetrwał. Bo przy nienasyconych i nieodpowiedzialnych, biorąc pod uwagę realne możliwości, aspiracjach finansowych Leppera rząd mógłby się przewrócić właśnie na budżecie. Czy nie powinna jednak odłożyć politycznych ambicji na dłuższy czas, a nie z pozycji osoby w jakimś stopniu skompromitowanej pchać się na jeden z najwyższych stołków w państwie?

Przypomnijmy, że na początku września lustracyjne oświadczenie Gilowskiej zostało przez sąd uznane za prawdziwe. To świadectwo czystości było tylko na papierze. Bo w uzasadnieniu sędzia Małgorzata Mojkowska wydała na Gilowską niemal jednoznaczny wyrok: w tym klasycznym poszlakowym z konieczności procesie wiele wskazuje na to, że realnie Gilowska była kablem SB. Ratuje ją tylko to, że posiadane przez sąd dokumenty i zeznania nie pozwalają "jednoznacznie wykazać, iż łańcuch poszlak jest nierozerwalny". Zanim się obejrzeliśmy, Gilowska była już na powrót w rządzie. Namysł trwał raptem niecałe dwa tygodnie. Tyle czasu potrzebowała, by pozbyć się traumy polustracyjnej. Zachowała się niczym kaczka, która wyszła z brudnej wody, otrzepała pióra i podreptała na pastwisko skubać trawę. Być może jej obecność w rządzie pozwoli przepchnąć budżet i przetrwać gabinetowi Kaczyńskiego. Ale jednocześnie jej powrót praktycznie przesądza o odłożeniu do lamusa lustracji w nowym kształcie. A przecież wprowadzenie nowych zasad lustracji było jednym z głównych haseł wypisanych grubymi zgłoskami na sztandarach wyborczych PiS. Nowa ustawa lustracyjna przekonywało PiS w kampanii wyborczej jest dziejową koniecznością. Trzeba raz na zawsze przerwać grę teczkami wyciąganymi z archiwów SB. Skończyć z dziką lustracją. Uniezależnić politykę, biznes, media od zagrożeń szantażu. Niebezpieczną broń, po jaką dla obrony własnych interesów ekonomicznych lub w sytuacji spisku politycznego mogą sięgnąć byli oficerowie tajnych służb specjalnych z czasów PRL wobec swych dawnych tajnych współpracowników. Nowe przepisy są też konieczne w imię elementarnej sprawiedliwości. Nie można pogodzić się z sytuacją, w której pewne postaci świata publicznego w dodatku zdobiące się w piórka autorytetów moralnych lub na takie autorytety wykreowane przez sprzyjające im media, a mające na sobie piętno zdrady, skrywaną pieczęć kolaboracji ze specsłużbami PRL chodziły w niezasłużonej glorii. Te postulaty, będące wyborczymi obietnicami, zjednały PiS niemałe rzesze wyborców.

Ułomna ustawa lustracyjna
Tym bardziej iż kilkuletnia praktyka sądowa ujawniła wszelkie ułomności obecnej ustawy lustracyjnej obowiązującej od sierpnia 1997 r. Największą jej słabością jest możliwość przeciągania latami ostatecznych wyroków przez podejrzanych o kłamstwo lustracyjne. Proces Józefa Oleksego trwa już siódmy rok. Wyrok uznający go za kłamcę zapadł rok temu, po sześciu latach od jego rozpoczęcia. Ale to nie koniec sprawy, bo na początek października zaplanowana jest rozprawa kasacyjna w Sądzie Najwyższym.

Możliwość odwlekania wyroków bierze się m.in. z braku ostrości kryteriów, które decydują o tym, kogo można uznać za tajnego współpracownika. Takim kryterium jest to, że współpraca była "świadoma". Jak to rozstrzygnąć, jeśli oskarżony upiera się np., że brał esbeka za dziennikarza, który interesował się wieloma sprawami? Aby sąd mógł powiedzieć o kimś, że ten był TW, musi mieć jednocześnie deklarację o współpracy oraz zobowiązanie do zachowania tajemnicy podpisane przez podejrzanego. Ponadto sąd musi mieć przekonanie, że przekazywane przez TW informacje były "wartościowe operacyjnie", a więc, że były dla służb przydatne lub przynajmniej pomocne. Skąd sędziowie mają wiedzieć, jak mogą ustalić, czy jakaś wiadomość przydała się SB? Jak taką wiadomość ocenić obecnie? Po trzydziestu latach! A skąd niby sędziowie mają się znać na tajnikach służb specjalnych?

Przerysowując nieco, można by założyć, że sąd lustracyjny, kierując się obecnymi przepisami, znanego już powszechnie wieloletniego agenta SB, redaktora "Gazety Wyborczej" Lesława Maleszkę mógłby uznać za "czystego". Uzasadniłby to tym, że przekazywane przez niego informacje nic nie wniosły do arsenału broni używanej przez SB do zwalczania podziemia "Solidarności", Kościoła czy szeroko pojętej opozycji demokratycznej. Obecny projekt ustawy pozbawiony jest tych wszystkich słabości. Po prostu likwiduje sąd lustracyjny oraz urząd rzecznika interesu publicznego. Całość lustracji zostaje przekazana w ręce IPN. Znikają oświadczenia lustracyjne i pojęcie "kłamstwa lustracyjnego" (wydane wcześniej wyroki są ważne). Nie będzie też statusu pokrzywdzonego. Osoby pełniące funkcje publiczne, sprawujące ważne urzędy, funkcyjni dziennikarze mediów publicznych, adwokaci, sędziowie, prokuratorzy będą musieli wystąpić do IPN o wydanie zaświadczenia, czy w archiwach bezpieczeństwa PRL są materiały na ich temat i o czym one świadczą. IPN ma rok na wydanie zaświadczenia, które następnie umieszcza w internecie. W zaświadczeniu musi być powiedziane, czy nie ma o nim żadnych papierów, czy był inwigilowany i prześladowany, czy też bezpieka korzystała z jego usług i występował w jej kartotekach jako "osobowe źródło informacji" TW, kontakt operacyjny, kontakt służbowy, konsultant.

Obecnie ustawa po kosmetycznych poprawkach Senatu wróciła do komisji sejmowej i lada tydzień mogłaby być poddana pod ostateczne głosowanie. Nie ma się jednak co tego spodziewać, gdyż jej uchwalenie teraz byłoby założeniem pętli na szyję Zyty Gilowskiej. Zresztą już wcześniej Kaczyńscy dawali sygnały, że nie są skorzy do skoku na głęboką wodę.

Najpierw takim sygnałem była przeciągana miesiącami obietnica udostępnienia teczki Jarosława Kaczyńskiego dziennikarzom. Kiedy prezes PiS zrobił to wreszcie na początku czerwca, natychmiast podważył wiarygodność esbeckich materiałów. Wśród kilkuset stron, jakie na Jarosława Kaczyńskiego zbierała SB w latach 70. i 80., znajdowała się tak zwana lojalka, którą miał podpisać 17 grudnia 1981 r.

Nowa lustracja odłożona ad acta
Lojalka jest fałszerstwem popełnionym przez UOP grzmiał prezes PiS. Zareagował na to błyskawicznie minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Powiedział, że nie ulega dla niego wątpliwości, iż lojalka rzekomo podpisana przez Jarosława Kaczyńskiego została sfałszowana po 1990 r. Zapewniał, że natychmiast uruchomi śledztwo, które ma doprowadzić do ludzi kierujących tym przestępstwem. (Jak wiadomo lojalka ta znajdowała się w szafie płk. Jana Lesiaka, którego proces rozpoczął się przed dwoma tygodniami). Sam prezes PiS mówił wówczas, że to fałszerstwo nie zachwiało jednak jego postanowienia o potrzebie lustracji. Zastrzegał jednak, że otwarcie archiwum nie powinno dotyczyć osób, które nie biorą udziału w bieżącej polityce.

Niemal cały czas mówię o postawie Jarosławie Kaczyńskiego, ale nie traćmy z pamięci, że wszystko, co dzieje się w sprawie lustracji, jest sprawą obydwu braci Kaczyńskich. Z zamysłem obecnego premiera ściśle współgra drobna, ale znamienna reakcja prezydenta. Wieczorem po ogłoszeniu wyroku w sprawie Zyty Gilowskiej, Lech Kaczyński przypuścił brutalny atak na sędzię Mojkowską. Nie ukrywał wręcz wściekłości, mówiąc, że wysłuchał uzasadnienia "z niesmakiem". A następnie wypomniał jej "środowisko, z jakiego się wywodzi". Chodziło co szybko media sprawdziły o jej ojca Stanisława Mojkowskiego, który w latach 1967 1972 był naczelnym organu KC PZPR "Trybuny Ludu". Aby dopełnić ataku, oskarżył sędzi, że jej korzenie miały wpływ na uzasadnienie wyroku. Insynuacja prezydenta była zapowiedzią, że nowa lustracja zostanie przez PiS odłożona ad acta.

Historia z przywróceniem Gilowskiej do rządu pokazuje dosadnie krótkowzroczność polityki braci Kaczyńskich. Konstrukcja, w której Gilowska była niezbędna, runęła po wyrzuceniu z rządu Leppera. Zadanie specjalne jej przydzielone przestało być aktualne. Straty czy wręcz szkody, jakie jej powrót pociągnął za sobą, zostały. I są prawdopodobnie nie do odrobienia.

Jerzy Jachowicz, dziennikarz, publicysta. Przed 1989 działał w opozycji demokratycznej ("Solidarność"); od 1989 dziennikarz "Gazety Wyborczej", jeden z prekursorów dziennikarstwa śledczego w Polsce. Zajmował się głównie problematyką przestępczości zorganizowanej i jej powiązań z dawnym aparatem bezpieczeństwa PRL. Na początku lat dziewięćdziesiątych podjęto próbę zastraszenia Jachowicza nieznani sprawcy podpalili jego mieszkanie. W wyniku pożaru zginęła żona dziennikarza, Maria. Od 2005 jest dziennikarzem tygodnika "Newsweek Polska"

 

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj