Nakaz milczenia dla księży zajmujących się trudną przeszłością Kościoła w Polsce, karne przeniesienie ich w inne miejsca oraz ostre, słowne ataki na nich – to na razie
główne metody załatwiania problemu lustracji w polskim Kościele. I nie zmienia tego nawet powołanie przez Episkopat Polski komisji historycznej, która ma się zająć wyjaśnieniem przypadków
współpracy duchownych z bezpieką.
Dla ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego nastały trudne dni. Po kilku miesiącach względnego spokoju (przerywanego telefonami z pogróżkami od nieznanych sprawców) po raz kolejny otrzymał kurialny
nakaz milczenia i dowiedział się, że jego działanie „niszczy komunię Kościoła”, zafałszowuje „obraz kapłana” w oczach wiernych oraz szkodzi polskiemu
Kościołowi. Jednym słowem kuria krakowska powróciła do języka sprzed słynnego pojednania się księdza z kardynałem Stanisławem Dziwiszem, które miało otworzyć drogę do załatwienia tej
trudnej dla krakowskiego, ale i polskiego Kościoła – sprawy.
Już choćby porównanie języka obu decyzji jasno świadczy o tym, że – wbrew nadziejom – niewiele się zmieniło. Nadal głównym odpowiedzialnymi za problem lustracji są ci,
którzy zdecydowali się o tym otwarcie mówić. Winnym zgorszenia wiernych, rozbijania jedności Kościoła staje się ks. Zaleski, a nie ci, którzy najpierw przez lata donosili (być może z
naiwności), a obecnie pozostają autorytetami moralnymi, kurialistami czy zawodowymi przyjaciółmi papieża. Tak ówczesny jak i obecny komunikat nie zajmuje się w ogóle ich odpowiedzialnością
czy moralnością tych, którym nie staje odwagi, by wyznać swoje winy sprzed lat (a przecież w zasadzie tylko tego oczekują zwolennicy lustracji, w tym sam ks. Zaleski), skupia się wyłącznie
na oskarżeniach wobec (niekiedy można przyznać niefortunnych) wypowiedzi krakowskiego duszpasterza Ormian.
Wraz z decyzją powrócił ówczesny ton komentarzy biskupich. Tyle, że tym razem głos zabierają nawet ci spośród hierarchów, którzy poprzednio dyskretnie milczeli. W czerwcu ks. Zaleskiego
otwarcie potępiali i oskarżali o pychę (poza krakowskimi kurialistami) biskup Tadeusz Pieronek czy abp Józef Życiński. Teraz do chóru zaniepokojonych jego działalnością dołączył kard.
Józef Glemp. Zdaniem prymasa Polski ks. Zaleski „staje się nadUBowcem, węszy i tropi księży po całej Polsce, nie mając ku temu żadnego mandatu”, a jego zachowania są
niegodne kapłana.
Na wypowiedziach zresztą wcale się nie kończy. Ostatnio nie przedłużono ks. Zaleskiemu dekretu wyznaczającego go na duszpasterza Ormian. W efekcie (pozostaje mieć nadzieję, że to przypadek)
spełnione zostały ostrzeżenia, które mieli kierować do ks. Zaleskiego krakowscy kurialiści przestrzegający go, że jeśli nie przerwie swoich badań to konsekwencje tego mogą ponieść
powierzeni jego opiece wierni…
Niejasne pozostają też przyczyny tak ostrej reakcji kurii krakowskiej. Co takiego się zmieniło, że powrócił język ostrej kontestacji działań ks. Zaleskiego? Dlaczego wyrazy poparcia dla
jego pracy, które wyrażał jeszcze kilka tygodni temu kard. Stanisław Dziwisz – zastąpiły oskarżenia o rozbijanie Kościoła? Niestety, na te pytania ani rzecznik prasowy, ani sam
kard. Dziwisz na razie nie odpowiadają, pozostawiając spore pole do rozmaitych interpretacji (także zupełnie nieprzychylnych dla kurii). A zmienne sygnały, jakie wysyła metropolita krakowski,
utrudniają już nawet nie odczytanie jego własnego stanowiska, ale choćby ustalenie, jakie są jego cele. A to sprawia, że trzeba zacząć rewidować opinię, zgodnie z którą osobisty
współpracownik papieża może zostać liderem polskiego Kościoła.
Paradoksalnie atmosfery wokół lustracji wcale nie poprawia, zapowiadana przez abp Józefa Michalika, przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, decyzja biskupów o powołaniu komisji
historycznej, badającej przypadki współpracy duchownych z SB, a szerzej inwigilacji Kościoła przez bezpiekę. Nie poprawia, bowiem wpisuje się w znany już schemat działania polskiej
hierarchii, stosowany od lat w różnych kwestiach. Gdy pojawia się problem – to po wielu miesiącach debat, w obliczu mocnego nacisku mediów – powołuje się stosowną
komisję, która zająć się ma jego rozwiązaniem. Problem polega na tym, że zazwyczaj jedynym widzialnym skutkiem powołania takiej komisji jest samo jej istnienie. Tak było przez lata z
komisją duszpasterskiej troski o Radio Maryja, tak jest ze zdecydowaną częścią komisji lustracyjnych powołanych przez biskupów i przełożonych zakonnych (z chlubnym wyjątkiem dominikanów i
niechlubnym komisji lubelskiej, która od wielu miesięcy zajmuje się głównie dyskredytowaniem dowodowej i historycznej wartości dokumentów bezpieki).
Co gorsza już samo powołanie ogólnopolskiej (tak jak wcześniej diecezjalnych) komisji lustracyjnej może stać się argumentem, odbierającym osobom nie wchodzącym w ich skład prawo do
zajmowania się badaniami historycznymi. A że nie jest to obawa bezpodstawna pokazują zarówno oba komunikaty kurii krakowskiej, jak i wczorajsza wypowiedź kard. Glempa sugerującego, że ks.
Zaleski nie ma „mandatu do prowadzenia swoich badań”. Podobne obawy przed zamykaniem ust (tyle, że już oparte o Kodeks Prawa Kanonicznego) rodzi komunikat kurii krakowskiej,
która ostrzegając, że metropolita krakowski zastrzega sobie możliwość moralnej oceny publikacji księdza Zaleskiego, powołuje się na kanony prawne, które umożliwiają biskupowi zablokowanie
publikacji każdej książki podlegającego mu księdza. Czy kanon ten zostanie zastosowany – nie wiadomo, ale groźba została wyraźnie zasygnalizowana.
A jednak mimo zaskakujących zwrotów akcji, powrotu starego języka i ostrych ataków na osoby zajmujące się lustracją, jedno nie może ulec już zmianie. Komisje (niemrawo działające, ale
jednak) lustracyjne w wielu diecezjach już istnieją; świeccy historycy od wielu miesięcy opracowują materiały bezpieki poświęcone Kościołowi; powstał Memoriał; książka ks. Zaleskiego
powinna ujrzeć światło dzienne w grudniu, a najpóźniej na początku przyszłego roku, a jeśli nawet jej publikacja zostanie zablokowana to badania podejmą historycy świeccy, których
kościelna cenzura nie obejmuje. To zaś oznacza, że procesu oczyszczania pamięci Kościoła nie da się już zatrzymać. Walka toczy się więc już nie o prawdę historyczną, ale o to autorytet
Kościoła, który dla Polaków powinien pozostać nie tylko instytucją nauczającą, ale także potrafiącą wyznać grzechy swoich dzieci. Czy tak będzie, zależy w znaczącym stopniu od
krakowskiej kurii, kard. Dziwisza, ale też od Konferencji Episkopatu.
Tomasz P. Terlikowski, doktor filozofii, tłumacz, publicysta „Newsweek Polska” i Radia Plus. Ostatnio wydał „Nasz Papież z Niemiec. Tajemnice papieskiej pielgrzymki” .Przygotowuje do druku „Moralny totalitaryzm. Bioetyczne dylematy współczesności” oraz tłumaczenie „Cudów Ewangelii” Sergiusza Bułgakowa.