DANUTA PAWŁOWSKA: Polska gospodarka jest w podobnej sytuacji do węgierskiej, rząd codziennie zasypuje nas nowymi obietnicami i śmiało rozdaje pieniądze. Węgierski scenariusz może
się więc powtórzyć w Polsce?
LAJOS BOKROS*: Węgry są w lepszej sytuacji, bo już się obudziły i właśnie stoją pod ścianą. Teraz nie mamy wyjścia, musimy przeprowadzić
głębokie reformy i uciąć wydatki. Polski rząd wciąż jest uśpiony dobrymi danymi makroekonomicznymi i myśli, że gospodarka jest w świetnej kondycji, nie rozumie, że to się w każdej
chwili może zmienić. Na krótką metę można się chwalić pięcioprocentowym wzrostem PKB czy rosnącym eksportem. Bez reform Polska pogrąży się w stagnacji być może już za rok. W
przeciwieństwie do Węgier macie przerost zatrudnienia w rolnictwie, deficytowe kopalnie, które trzeba będzie kiedyś pozamykać, a ludzi pozwalniać, szereg państwowych molochów przynoszących
straty. Węgrzy już to wszystko dawno zrestrukturyzowali albo sprzedali. Trzeba też pamiętać, że zagraniczni inwestorzy patrzą na nasz region jak na jeden rynek. Krach w jednym kraju odbija
się w całej Europie Środkowo-Wschodniej.
Czy można tego uniknąć?
Polska musi jak najszybciej przeprowadzić reformę finansów publicznych. Najlepiej już teraz. To idealny moment, bo wzrost gospodarczy jest
wysoki, spada bezrobocie, rośnie eksport i w kraju pojawiają się inwestorzy. Reformy kosztują, a ich efekty przychodzą dopiero po latach, więc stać na nie tylko bogatych, czyli tylko wtedy,
gdy gospodarka jest w dobrej kondycji. Reformy generują nowych bezrobotnych, głównie z sektora publicznego, administracji i z upadających zakładów czy kopalń, więc ktoś musi ich wchłonąć.
Polska ma teraz szansę, która się nie powtórzy już nigdy, aby przeprowadzić reformy najmniejszym kosztem społecznym. Wkrótce może być już za późno. Wasi politycy muszą uwierzyć, że
to, co dzieje się na Węgrzech, może spotkać także polską gospodarkę i muszą wyciągnąć wnioski z węgierskiej lekcji.
Ale polska gospodarka w przeciwieństwie do węgierskiej może liczyć na eksporterów, którzy napędzają rozwój gospodarczy kraju. Czy to nie wystarczy do uniknięcia
kryzysu?
Nie, ponieważ sukcesowi eksporterów powinny towarzyszyć ogromne nakłady inwestycyjne w gospodarce. W Polsce wciąż wydaje się za mało na podniesienie wydajności,
przedsiębiorcy nie kupują nowych maszyn. W efekcie Polska gospodarka wkrótce przestanie być tak konkurencyjna, a wówczas fenomen eksportu się skończy. Zapowiedź tego widać po małych i
średnich przedsiębiorstwach, które choć powinny być filarem gospodarki, ledwo dyszą i egzystują z dnia na dzień.
Jakie mogą być skutki niedostatecznych inwestycji?
Bez koniecznych inwestycji firmy zaczną bankrutować, co spowoduje nową falę bezrobotnych. Zapaść gospodarcza może
być znacznie większa, niż się spodziewamy. Ludzie żyją na kredyt i są znacznie bardziej niż kiedykolwiek w przeszłości zależni od stałego źródła dochodów. Kiedy stracą pracę,
przestaną płacić raty i w konsekwencji pociągną w dół sektor bankowy. To kolejny dowód na to, że reformy są konieczne.
Myśli pan, że jest szansa na przeprowadzenie takich reform? Zarówno w Polsce, jak i na Węgrzech ludzie wciąż wierzą w populistyczne obietnice polityków.
Podobna
sytuacja jest nie tylko na Węgrzech, ale w całym naszym regionie. Ludzie słyszą to, co chcą usłyszeć. Widzą, że kraj się rozwija, więc żądają więcej i więcej. Przecież raz już
zapłacili za reformy i myślą że to wystarczy. Jednak najbardziej niebezpieczne jest to, że ekonomistów nie słuchają politycy. Większość polityków wyznaje zasadę, że społeczne problemy
można łatwo rozwiązać, zwiększając wydatki z państwowej kasy. Karmią siebie i społeczeństwo iluzjami. Władza lubi się także podpierać danymi statystycznymi z Europy Zachodniej,
przecież co drugi kraj w strefie euro nie był w stanie utrzymać w ryzach finansów publicznych i pozwala sobie na deficyt budżetowy z którym dziś nie miałby szansy przyjąć euro.
Reformy Lajosa Bokrosa sprzed dekady postawiły Węgry na nogi. Co zrobiłby pan dziś, będąc w rządzie?
Sytuacja jest zupełnie inna niż 11 lat temu. Węgry są członkiem
Unii Europejskiej i budżetu nie da się doraźnie podreperować, wprowadzając dodatkowe cła czy dewaluując forinta. Ale paradoksalnie Węgrów uratowała właśnie Unia Europejska, gdyby Bruksela
nie patrzyła na ręce polityków, nasz deficyt budżetowy wynosiłby dziś nawet 20 proc. Węgierską gospodarkę mogą dźwignąć tylko głębokie strukturalne reformy i obcięcie rozbuchanych
wydatków. Od września wzrosły podatki, wprowadzono opłaty za wizyty u lekarza i powoli odchodzi się od dopłat do prądu i gazu. To wystarczy tylko wtedy, jeśli rząd będzie miał siłę na
przeprowadzenie poważnych reform i zrezygnuje z rozdawnictwa publicznych pieniędzy. Teraz połowa PKB idzie na sektor publiczny. Podwyższyłbym też progi podatkowe. Obecnie na Węgrzech osoby
zarabiające najniższą pensję są praktycznie zwolnione z podatków. Na pewno wzrośnie inflacja w przyszłym roku, nawet do 7 proc., ale jest szansa, że deficyt budżetowy spadnie z 10 proc. w
tym roku do 5 proc. w 2007 r. Nowe wybory oznaczałyby mniejszą szansę na powodzenie, ponieważ opozycja jest jeszcze bardziej przeciwna reformom niż rząd premiera Gyurcsánya.
Węgierska lekcja pokazuje, że gospodarka powinna już być całkowicie niezależna od polityki. Czy jest to w ogóle możliwe?
W każdym demokratycznym kraju rozwój
gospodarczy w pewnym stopniu zależy od polityki. Gospodarkę można łatwo popsuć nieprzemyślanymi decyzjami, czego właśnie jesteśmy świadkami. Politycy są przekonani, że są ekspertami w
każdej dziedzinie, nie potrzebuj doradców, analityków. Po wyborach wymieniają kadry zarządzające w państwowych przedsiębiorstwach bez względu na to, czy dotychczasowe władze się
sprawdziły i bez patrzenia na kwalifikacje nowego prezesa. Głupie decyzje gospodarcze polityków wynikają przede wszystkim z ich arogancji.
Oprócz własnych, wewnętrznych problemów gospodarczych kraje Europy Środkowo-Wschodniej stają w obliczu ekspansji bogatych, rosyjskich firm. Czy mogą one stanowić poważne
zagrożenie?
Powinniśmy się przyglądać poczynaniom Gazpromu czy innych przedsiębiorstw ze Wschodu, ale bez emocji. Gospodarka Rosji jest przecież bardzo słaba, znacznie słabsza
od węgierskiej czy polskiej. Kreml robi dużo szumu i ma zapędy imperialistyczne, ale tak naprawdę ich wpływ na resztę światowej gospodarki jest minimalny. Oczywiście nie zmienia to faktu, że
Europa jest w znacznym stopniu zależna od rosyjskiej energii, więc potrzebujemy stabilnych umów z Moskwą.