Dziennik Gazeta Prawana logo

Węgierscy politycy wykorzystują rewolucję '56

12 października 2007, 13:58
Ten tekst przeczytasz w 7 minut
50 lat po rewolucji, na Węgrzech protestujący znów walczą z władzą. Węgierscy komentatorzy specjalnie dla DZIENNIKA opisują, jak politycy zawłaszczyli historię.
János Tischler
historyk

Na Węgrzech nie ma ducha jedności. Już 50 lat minęło od rewolucji 1956 roku, ale wydarzenia z tamtych lat nadal dzielą naród. Przez 35 lat określano Październik ’56 mianem kontrrewolucji na Węgrzech. Od 16 lat można mówić, że to walka o wolność. Ale na tym koniec. Nigdy nie obchodzono wspólnie tej rocznicy i nic nie zapowiada, żeby to się zmieniło. Interpretacja rewolucji ’56 roku łączy się z podziałami politycznymi. Wielu uczestników powstania uważa, że partia socjalistyczna premiera Ferenca Gurcsyánya jest spadkobiercą komunistów sprzed 1989 roku i nadal nie rozliczyła się ze swojej przeszłości. Dlatego uczestnicy tamtych wydarzeń są bardzo zgorzkniali i uważają, że nigdy ich nie doceniono. Za rządów Jánosa Kádára i jego partii komunistycznej złamano im życie, a teraz też nie mogą doczekać się jednoznacznej oceny.
Podejmowano próby zjednoczenia ludzi. Chodziło o to, żeby każdy niezależnie od podziałów politycznych mógł uczcić rocznicę Października. Dlatego planowano wybudować pomnik, który miał symbolizować jedność Węgier. I co się stało? Ostatecznie powstały dwa pomniki. Jeden prawicowy, który stanął po prawej stronie Dunaju w Budzie, oraz pomnik lewicy po lewej stronie Dunaju w Peszcie. Brak jedności w ocenie 1956 roku widać również w sposobie, w jaki prawica i lewica obchodzą te dni. 23 października 1956 roku, mimo tragicznego końca rewolucji, był dniem radosnym dla Węgrów. Widać to, kiedy się ogląda dokumenty i kroniki z tamtych czasów. Ludzie czuli się wyzwoleni. Jednak lewica już pierwszego dnia idzie na cmentarz i składa kwiaty. Prawica w tym samym czasie spotyka się w jakimś symbolicznym miejscu, a na cmentarze wybiera się dopiero 4 listopada. Wszystko to pokazuje, jak bardzo głęboki i żywy jest ten podział.
Zresztą dla Węgrów to nic nowego, bo już Wiosna Ludów podzieliła naród. Do 1918 roku przez 80 lat kłócono się na Węgrzech o to, kto jest właściwym spadkobiercą 1848 roku i kto ma prawo reprezentować idee rewolucji. Teraz jest tak samo. Tamten spór trwał 80 lat, obecny trwa dopiero 50 lat. Jednak w końcu trzeba ustalić jedną wersję. Nie może tak być, że przywódca powstania Imre Nagy jest bohaterem, ale János Kádár też był dobrym człowiekiem. Lewica co prawda przeprosiła za interwencję radziecką i terror po stłumieniu rewolucji, ale nie chce się rozliczyć z czasem Kádára. Zresztą, co jest symptomatyczne, rewolucję 1956 nazywają wydarzeniami albo zrywem ludu. To dlatego że lewica nie chce stracić starszych wyborców, którzy w szkole uczyli się, że Październik 1956 był kontrrewolucją. Ta sytuacja jeszcze długo się nie zmieni.



Tamás Pál
socjolog

Opozycyjna prawica wykorzystała symbol rewolucji 1956 roku do rozgrywek politycznych. Wykorzystała fakt, że większość Węgrów nie ma ugruntowanej opinii na temat ’56 roku. To rozmyty symbol, do którego często odwołuje się kultura popularna i który często wykorzystywany jest do propagandy politycznej.
Według lidera radykalnej prawicy Viktora Orbána rewolucja 1956 roku to była walka o niepodległość przeciw Związkowi Sowieckiemu i węgierskim komunistom. Teraz jego partia Fidesz nadal walczy ze złymi Węgrami, którzy wyprzedają majątek narodowy. Wydarzenia ostatnich dni i demonstracje pod parlamentem to efekt mobilizacji zwolenników Fideszu i Orbána. To są nacjonaliści, którzy nie reprezentują większości narodu. Ci uczestnicy protestów to tylko bojownicza mniejszość, która uważa, że dzisiejszy rząd jest zagrożeniem dla idei 1956 roku. Chcieli, żeby ich demonstracje porównywać do wydarzeń z 1956 roku i zapowiadali nową rewolucję. Kiedy np. policja usuwała ich z placu przed obchodami rocznicy Października, krzyczeli, że atakuje ich „bezpieka. Ale tak naprawdę nic się nie stało. Policja nie stosowała żadnych drastycznych metod, a do żadnej rewolucji nie doszło.
Oczywiście podział pomiędzy Orbánem i socjalistami premiera Ferenca Gurcsyánya jest jak najbardziej rzeczywisty. Jednak nie ma on wiele wspólnego z faktycznymi podziałami z 1956 roku. To tylko symbol, który reinterpretują obie strony, by ulokować swoją ideologię w perspektywie historycznej.
Dodatkowo problem stwarzają organizacje weteranów, którzy brali udział walkach ’56 roku. Tak naprawdę organizacje te walczą ze sobą przez ostatnie 50 lat chodzi o osobiste ambicje, niechęć wśród lokalnych szefów, etc. Zazwyczaj jednak ich spory były dużo mniej spektakularne, a rozgrywały się raczej na cmentarzach niż na wielkich placach. Obecnie chodziło o to, żeby kontynuować walkę z rządem i dążyć do odsunięcia premiera od władzy. Dlatego, kiedy kilka dni temu rząd odznaczył kilkanaścioro uczestników wydarzeń z 1956 roku, wielu z nich uścisnęło dłoń prezydentowi, ale premierowi Ferencowi Gyurcsanyowi już ręki nie podali. To jednak puste gesty. Demonstracje dobiegają końca, a w terenie po wyborach samorządowych demokraci Orbana i socjaliści Gurcsyanya nierzadko dochodzą do porozumienia.



Mária Schmidt
historyk

Kilka dni temu były socjalistyczny premier Węgier Gyula Horn powiedział, że w 1956 roku Węgrzy wcale nie chcieli zerwania z komunizmem, a jedynie pragnęli jego reformy i powołania socjalizmu z ludzką twarzą. Także inni socjaliści, którzy są spadkobiercami partii komunistycznej, starają się utrwalić przekonanie, że komunistyczni reformatorzy nie tylko brali aktywny udział w październikowych wydarzeniach, ale stanowili ich główną siłę napędową. Jednak to kompletna bzdura i nikt poważny nie podziela tego poglądu. Inaczej uważa nawet większość członków Węgierskiej Partii Socjalistycznej.
Rewolucja 1956 roku była walką przeciwko Armii Czerwonej, okupacji sowieckiej i totalitarnemu reżimowi komunistycznemu. Zjednoczyła ona cały naród węgierski, który pragnął wolności, niepodległości i demokracji. Z rewolucji z 1956 roku swoją legitymizację czerpało nowe demokratyczne państwo węgierskie, które powstało po przełomie z 1989 roku. Dlatego ta 50. rocznica wielkiej rewolucji jest tak ważnym wydarzeniem dla całego narodu i dlatego budzi ona takie emocje.
Inaczej niż Horn obecny premier Ferenc Gyurcsány także socjalista w oficjalnym przemówieniu wyraźnie powiedział, jaki był prawdziwy charakter rewolucji. Choć faktycznie niektórzy z reformatorów w partii komunistycznej odgrywali istotną rolę w przygotowaniu rewolucji i podczas jej pierwszych dni, to jednak naród nie chciał walczyć za reformę komunizmu, ale żądał wycofania Armii Czerwonej oraz utworzenia wolnego i demokratycznego państwa. Jednak trudno dociec, co tak naprawdę miał na myśli premier Gyurcsány.
Jeszcze rok temu ten sam Gyurcsány chciał zrehabilitować symbol czerwonej gwiazdy.
Zresztą obecny kryzys polityczny wywołało jego wcześniejsze przemówienie, w którym przyznał, że kłamał, by wygrać wybory. Powtarzane we wszystkich mediach sformułowanie, którego premier użył z wyjątkowym cynizmem: „Kłamaliśmy rano, kłamaliśmy za dnia i kłamaliśmy przez całą noc nawiązuje do bardzo głośnego sloganu właśnie z okresu rewolucji 1956 roku, który wypowiedział Gyula, jeden z najbardziej znanych pisarzy węgierskich XX w. Teraz te słowa rozwścieczyły Węgrów, którzy nie chcą z socjalistycznym premierem świętować swoich bohaterów.



László Szentesi Zöldi
dziennikarz
Węgierska rewolucja 1956 roku to jedyne w swoim rodzaju i symboliczne wydarzenie w historii Węgier. Obie węgierskie partie są co do tego zgodne i starają się przedstawić jako prawdziwi spadkobiercy wolnościowej i niepodległościowej tradycji października ’56. Chociaż być może większy nacisk na jej spuściznę kładzie opozycyjny Fidesz, ugrupowanie kierowane przez Viktora Orbána.
Niestety, Węgrom trudno razem święcić ten dzień sytuacja polityczna jest bardzo zła, tysiące ludzi wychodzi na ulice i dochodzi do zamieszek. Pojednaniu nie sprzyja postawa premiera Ferenca Gyurcsánya, który zezwolił, by wczoraj w nocy policja rozpędziła demonstrantów zebranych na placu Kossutha.
Głębokie, „czarno-białe podziały, z którymi obecnie mamy do czynienia na Węgrzech, biorą swój początek w okresie pierwszych lat przełomu postkomunistycznego i rzucają się cieniem na tegoroczne obchody. Niektórzy wzywają nawet do rewolucji na podobieństwo 1956 roku. Choć nasza sytuacja jest oczywiście zupełnie inna, to jednak czuć wyraźnie, że rocznicy towarzyszy prawdziwie rewolucyjna atmosfera. Gdyby w tych dniach w Budapeszcie doszło do kolejnych incydentów i polała się krew, wówczas obchody 50. rocznicy wydarzeń październikowych byłyby wyjątkowo gorzkie.







Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj