Jak się prowadzi ostrzał, to bywa, że na oślep. Na przykład media nagminnie podawały jako sprawdzoną informację, że nowa ustawa pozwala zaliczyć do kategorii osobowych źródeł
informacji kogokolwiek, po uważaniu, także ludzi Bogu ducha winnych. To nieprawda – ustawa wyraźnie stanowi, że do kategorii OZI należą albo ci, którzy albo byli „tajnymi
informatorami”, albo co najmniej „pomocnikami przy operacyjnym zdobywaniu informacji”.
Ta i inne opinie o tej ustawie wykoślawiły jej obraz. Nie twierdzę, że jest idealna, ani nawet, że jest bardzo dobra, ale z pewnością nie jest prawnym monstrum, jak ją przedstawiano.
Po drugie, debata o tej ustawie jest w wykonaniu wielu jej uczestników inscenizacją. Często głosy krytyczne wobec ustawy traktowały mniejsze czy większe jej rzeczywiste wady pretekstowo. Nie po to, żeby poprawić lustrację, ale po to, aby kolejny raz wykazać, że: a) lustracja jest niemoralna, b) jeśli nawet byłaby moralna, to jest niemożliwa do przeprowadzenia, c) jeśli zaś jakimś cudem nie zachodziłyby warunki „a” i „b”, to z powodów prawno-legislacyjnych ustawa nadaje się tylko do kosza. Wiadomo – przykładowo – że niewydolność IPN jest poważnym argumentem na rzecz ograniczenia liczby poddanych lustracji. Problem jest tylko taki, żeby z przesłanki, iż „nie da się zrobić” nie wyciągać wniosku, że „nie należy tego robić”. Zapewne trzeba ze względów praktycznych ograniczyć katalog zawodów zaufania publicznego poddanych lustracji. Jeśli jednak ktoś uważa, że niektóre z nich powinny na zawsze z tego katalogu być wyeliminowane, powinien podać powody, a nie zasłaniać się skąpym budżetem IPN.
Po trzecie, zamieszanie wokół ustawy w jakimś stopniu pogłębiła decyzja prezydenta. Wybrał on opcję „za, a nawet przeciw”, podpisując ustawę i natychmiast zapowiadając jej nowelizację. Nie wydaje się też, by prezydent miał do końca przemyślany plan nowelizacji. Będzie próbował pożenić ze sobą elementy starej i nowej ustawy. Obawiam się, że – przynajmniej w wypadku niektórych rozwiązań – może to być próba godzenia wody z ogniem.
Stara i nowa ustawa wpisują się w przeciwstawne filozofie lustracji. Stara każe rozstrzygać kategorycznie, czy osoba lustrowana była świadomym i tajnym współpracownikiem SB, czy też jej
ofiarą. Nowa – wychodząc ze słusznego założenia, że takie rozstrzygnięcie jest w większości sytuacji niemożliwe – odstępuje od tego niewykonalnego zadania i mówi:
papiery na stół, zobaczmy wszyscy, co w nich jest. Łączenie tych sprzecznych podejść może być bardzo trudne w praktyce, by nie rzec – niewykonalne. Wedle prezydenckiej zapowiedzi
nowelizacji, osoby lustrowane będą nadal składać oświadczenia. Należy się domyślać, że nadal będą w nich deklarować, czy były (czy też nie) świadomymi i tajnymi współpracownikami
bezpieki. Oświadczenia będzie sprawdzał nowy, czwarty pion IPN. Będzie on mógł oskarżać taką osobę o kłamstwo lustracyjne i będzie przedstawiał na temat tej osoby zaświadczenie o
treści dokumentów, jakie na jej temat zgromadziła bezpieka. Wiele mówią one o człowieku, ale bardzo często nie dają się sprowadzić do prostej konstatacji: agent czy ofiara. Sąd zaś
będzie musiał po staremu zaszeregować ją do kategorii katów lub ofiar. Prezydent chyba nie docenia tego, jak bardzo niejednoznaczna jest często wymowa tych dokumentów. I domaga się, by sąd
orzekł w sposób absolutnie jednoznaczny. To jest szkopuł.