Dziennik Gazeta Prawana logo

"Nic tu nie zrobisz, nic się nie uda"

12 października 2007, 14:18
Ten tekst przeczytasz w 7 minut
Na jednym ze stanowisk mojego powiatowego dworca PKS przymocowana jest tabliczka z napisem „Neapol”. Trzy razy w tygodniu zatrzymuje się tutaj wielki autobus z toaletą, automatem do kawy i telewizorem - pisze w DZIENNIKU Andrzej Stasiuk.
Wypatrzyłem go parę lat temu, jeszcze przed europejskim zjednoczeniem. Podróżowały nim głównie kobiety. Niektóre docierały aż na Sycylię, by pod afrykańskim słońcem gotować, sprzątać i doglądać starców. Wyruszały z podkarpackich wiosek, gdzie zima czasami trwa pięć miesięcy. Latem na ulicach powiatowego miasta można było niekiedy usłyszeć włoski. Niektóre przywoziły mężów albo narzeczonych i pokazywały im deszczową Galicję. W księgarni pojawiły się rozmówki polsko-włoskie.
Mężczyźni również wyjeżdżali na południe, ale jednak nieco bliżej, jakby czuli niechęć do porzucania granic dawnego Cesarstwa. Wystarczała im Austria. W końcu jakkolwiek by na to patrzeć, to za podatki ich pradziadów zostały wybudowane cudowności cesarskiego Wiednia, i to w końcu ich dziadowie i pradziadowie nadstawiali karku za to, by agonia habsburskiego dziedzictwa miała przebieg jak najdłuższy i jak najbardziej malowniczy.
Wyjeżdżali więc na wiedeńskie budowy i do styryjskich lasów. Wynajmowali samochód z kierowcą i przez Bratysławę jechali na Wiedeń. W czasach sprzed zjednoczenia austriacka straż graniczna miała wyjątkowo paskudną opinię. Strażnicy byli chamscy, głupi i aroganccy. Dlatego mężczyźni nie brali ze sobą roboczych ubrań. Ubrania przysyłały w paczkach żony. Mężczyźni brali natomiast ze sobą aparaty fotograficzne. Dla tego naiwnego kamuflażu służyły im zabytkowe Zorki i Smieny w sztywnych skórzanych futerałach. Tak wyjeżdżali rodzice. Teraz wyjeżdżają dzieci.

Wiedzeni desperacją i nadzieją
Jakiś czas temu odlatywałem dokądś z lotniska w krakowskich Balicach. Zaraz obok odprawiali się pasażerowie do Dublina. W kolejce stało kilkunastu młodych mężczyzn i cały ten odlot wyglądał jak odjazd autobusu w małej mieścinie. Od chłopców ciągnęło potem, tytoniem i piwem. Zanim tu dojechali ze swoich wsi, spędzili w pociągach i autokarach długie godziny. Byli zwaliści, niektórzy wytatuowani i opaleni znak, że pracowali na świeżym powietrzu, najpewniej na budowach. Wydawało się, że ciasna hala dworca niepodzielnie do nich należy. Dźwigali torby wypchane domowym jedzeniem: kiełbasy, salcesony, mięso w słoikach, bigos i co tam jeszcze zapobiegliwe, kochające matki oraz żony spakowały. W ostatniej chwili przed nadaniem bagażu coś tam jeszcze upychali, przekładali, rozkładając się obozowiskiem na podłodze i kolejka spuchła do podwójnych, potrójnych rozmiarów, odcinając dojście do innych odpraw. W powietrzu unosiła się woń wędzonej kiełbasy. I wszystko to razem było wiejskie, swojskie, w środku nie było międzynarodowego lotniska. Po prostu moja ojczyzna ruszała w świat. Ruszała ze swoich sennych wsi, ze swoich drzemiących miasteczek na podbój obcych lądów i wielkich metropolii. Ruszała bez przygotowania, wiedziona podawaną z ust do ust legendą, wiedziona desperacją i nadzieją.

Skazani na barbarzyńców ze Wschodu
Obok odprawiały się Paryż i Monachium. Obywatele Zachodu ze swoimi neseserami na kółkach spowici w eleganckie zapachy patrzyli z lękiem i zdziwieniem na ten cielesny, mięsisty żywioł, na tych plebejskich argonautów wypuszczających się w niepewną podróż w poszukiwaniu złotego runa euro albo i brytyjskich funtów. Patrzyli z obawą, a nawet z niechęcią na tych odważnych i prostych chłopaków. Jakby sobie nie uświadamiali, że to właśnie od nich zależą ich emerytury, renty, wybudowane domy, posprzątane mieszkania, punktualne autobusy i cała reszta, czyli zwyczajne życie i spokojna starość. A może jednak zdawali sobie z tego sprawę, tylko najzwyczajniej nie byli zadowoleni, że ich los spoczywa w wytatuowanych i silnych łapskach tych kolesi? Może podejrzewali, że gdzieś zakradł się niewybaczalny błąd i ich cywilizacja już na wieki będzie skazana na barbarzyńców ze Wschodu i z Południa, bo jej samej zwyczajnie brakuje sił. No, chyba że wymyśli jakieś cudowne człekopodobne roboty. Albo co bardziej prawdopodobne zacznie importować z Chin ludzkie klony przeznaczone do niewolniczej pracy. Prędzej czy później Chińczycy wyprodukują coś takiego i zaczną sprzedawać po dumpingowych cenach. Im ciaśniej na lotniskach, w samolotach i autokarach, tym luźniej jest w moim powiatowym mieście.

Na co mamy czekać?
Znajomy prokurator twierdzi, że od początku roku przestępczość spadła o kilkanaście procent. Chuliganerka i bandyterka udała się na Wyspy oraz do bogatszej części Kontynentu. Parę miesięcy temu autobus PKS jadący do sąsiadującego z moją wsią dawnego PGR-u został w środku lasu zatrzymany przez brygadę antyterrorystyczną. Faceci w kominiarkach wywlekli ze środka Bogu ducha winnego chłopaka, rzucili na asfalt, skuli kajdankami i powieźli w siną dal. Poszukiwali jego krewniaka o takim samym imieniu i nazwisku, krewniaka, który w Belgii czy Holandii wykonał jakąś spektakularną, a niedozwoloną rzecz. W ten sposób na końcu świata, pięć kilometrów od słowackiej granicy można sobie obserwować paneuropejskie, integracyjne procesy. W rzeczy samej: moje powiatowe miasto jest, zwłaszcza nocą, znacznie spokojniejsze niż przed rokiem. Zaczyna przypominać jakąś literacką wersję galicyjskiego miasteczka. Chłopcy w dresach, konsumenci anabolicznych odżywek, miłośnicy złotych łańcuchów oraz tuningowanych volkswagenów golfów w znacznym procencie udali się za kanał La Manche oraz za Odrę i Nysę i moje powiatowe miasto wieczorami ma momenty jak z Brunona Schulza. Pustoszeje. Cichnie. Zamienia się w fantasmagorię. Opuszcza je energia i ta zła, i ta dobra. Ale niewykluczone, że tak ma być. Bo dlaczego niby nie?
Czasami rozmawiam z chłopcami (dziewczyn wyjeżdża znacznie mniej), z młodymi facetami, z facetami trochę starszymi i pytam: „No i co jest? To jedyny pomysł? Londyn, Dublin, Glasgow...?. „Człowieku odpowiadają przecież tu nic nie ma. Na co będziemy czekać. Tutaj się na nic nie doczekasz. Nawet jak doczekasz się na pracę, to zaraz potem czekasz na to, że ją zaraz stracisz. Tu nie ma nic. Tak mówią. Mówię: „Sami sobie coś znajdźcie. Sami sobie zróbcie pracę. Śmieją się: „Dla kogo tutaj chcesz pracować? Dla starych babć? Dziadków? Nie ma tutaj nic. I nigdy nic nie będzie. Nic tu nie zrobisz, nic nie zarobisz, nic tu się nie uda. Trzeba się zrywać. Nawet do Francji jeść zgniłe sery i pić kwaśne wino. Tak mówią.

Reszta będzie wymierać
Mają rację. Ten kraj się nie nadaje. Jeśli w tym kraju ktoś zdobywa władzę, to ją bierze i zanosi do budy jak pies zanosi kość. Żeby mu jej Boże broń nie zabrali. Bo władza to jest łup, władza to jest to, co Kargul może odebrać Pawlakowi. Władza to jest własność. Bierzesz ją w zęby i zanosisz do Warszawy. I warczysz. Potem telewizja to transmituje na prowincję. Żeby wszystko było jasne. Prosta sprawa. Raz na parę lat przysyła się plakaty wyborcze, żeby porozlepiać w gminach i powiatach.
Żyję na polskiej prowincji dwadzieścia lat. I widzę jedno: polska prowincja mogłaby w całości wsiąść na czarodziejski dywan i poszybować sobie we wszechświatową przestrzeń, i nareszcie problem zostałby rozwiązany. Zostałaby Warszawa jako drugi po Paryżu pępek Europy oraz Kraków jako kulturalna stolica tejże. Reszty mogłoby nie być. Reszta nikogo nie obchodzi. Trzeba tylko spokojnie zaczekać, aż ludność wymrze, wyemigruje i założy się na wyludnionych ziemiach tereny rekreacyjne, trasy dla off-road i poligony do paintballu.
No więc niech jadą. Niech jadą najsprytniejsi, najcwańsi, najobrotniejsi, ci obdarzeni wyobraźnią, siłą, bezczelnością i odwagą. Jestem za. Reszta będzie spokojnie wymierać. Najpierw wymrą wsie, potem miasta i miasteczka. Okna zabije się deskami jak na południu Albanii przy greckiej granicy.
Ojcowie i matki wyjeżdżali, ponieważ polska rzeczywistość była ciężka, nieprzychylna i żeby się z nią zmierzyć, trzeba było zarabiać na Zachodzie.
Dzieci, takie mam przeczucie, wyjeżdżają dlatego, że nie ma już żadnej, nawet i nieprzychylnej, rzeczywistości. Oni nie wyjeżdżają z kraju. Oni po prostu opuszczają fikcję, bo chcą żyć rzeczywistym życiem.


Andrzej Stasiuk, prozaik, poeta, krytyk literacki. Uhonorowany wieloma nagrodami literackimi (m.in. Fundacji im. Kościelskich, 1995), wyrzucany ze szkół i imający się rozmaitych zajęć. W początkach lat 80. zaangażowany w ruch Wolność i Pokój zdezerterował z wojska i półtora roku spędził w więzieniu. Współpracował z undergroundowymi pismami. W roku 1987 wyprowadził się z Warszawy i zamieszkał w Beskidzie Niskim, gdzie założył wydawnictwo Czarne, Wołowiec. W 2005 roku laureat Literackiej Nagrody „Nike za zbiór opowiadań z podróży do Słowacji, Rumunii i innych krajów tzw. gorszej Europy „Jadąc do Babadag. Autor wielu książek. Jego prozę przetłumaczono m.in. na angielski, fiński, francuski, holenderski, niemiecki, rosyjski, norweski, ukraiński, węgierski i włoski
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj