Mimo to w ofercie koalicji samorządowych złożonej przez Jarosława Kaczyńskiego PO chodzi raczej o skomplikowanie sytuacji partii Donalda Tuska, niż wyrażenie woli rzeczywistej współpracy.
Wniosków, które wyciąga z zaistniałej po wyborach sytuacji Kaczyński, nie umie wyciągnąć Marek Borowski, wdaje się więc w handle z niespecjalnie zainteresowaną nim PO, czym szkodzi
formacji, którą reprezentuje. Kaczyński, wyciągając rękę do PO, odbiera jej możliwość usprawiedliwienia potencjalnej koalicji z Centrolewem tym, że nie było innego wyjścia. Na podobny
ruch „wpuszczenia PO” powinien zdecydować się Centrolew. Bo chęci rządzenia nie da się przykryć niewiarygodnymi w ustach polityków aspirujących do odgrywania roli lewicy
hasłami odsunięcia złego PiS od władzy. Od PiS niech się lepiej politycy Centrolewu uczą, jak przywracać do zdominowanego przez neoliberalizm dyskursu publicznego tematy takie jak los
pokrzywdzonych przez transformację czy szkodliwy monetaryzm Banku Centralnego. A także, że lepiej mieć duży antyelektorat i niechęć liberalnych mediów, za to dysponować wyrazistym programem
i wiarygodnością, niż miotać się raz w jedną, raz w drugą stronę. Polacy nie urodzili się, wbrew przekonaniom posła Suskiego, jako „genetyczni patrioci”, duża część
z nich dała się za to przekonać, że nimi jest. Polityka na dłuższą metę to bowiem przekonywanie obywateli do programu, a nie dostosowywanie programu do wyimaginowanych opinii. Politycy PiS
nie budowali przekazu pod sondaże opinii publicznej i dlatego wygrali Sejm i prezydenta oraz nie przegrali z kretesem ostatnich wyborów, mimo niespotykanych dotąd nadużyć władzy i
towarzyszącej temu ostentacji. Bo nawet ci, którzy nie podzielali poglądów braci Kaczyńskich, to w nich dostrzegli ludzi suwerennych i dysponujących całościowym pomysłem na
przyszłość.
Choćby odrobinę władzy
Zdradliwą iluzją jest przekonanie, że Centrolewowi jest bliżej do PO niż PiS. Z punktu widzenia lewicy obie te formacje różnią się niewiele, a już na pewno nie wiadomo, dlaczego bliżsi
lewicy mieliby być fundamentaliści rynkowi z PO, a nie fundamentaliści religijni z PiS. Niestety, wydaje się, że chodzi po prostu o władzę, choćby jej odrobinę. Żałosne starania o szybkie
skonsumowanie niezłego wyniku wyborczego mogą skazać w dłuższym okresie Centrolew na wegetację, a co najmniej stały pobyt w drugiej lidze. Ostatecznie pogrzebie on swoje szanse na zbudowanie
sobie lewicowej tożsamości. Pamiętajmy, że sam SLD oparty był na braku programowej tożsamości, a po mechanicznym na razie połączeniu z trzema innymi podmiotami ten problem się tylko
powiększył. Brak wyrazistej linii programowej skutkuje defensywnością Centrolewu, który nie potrafi być inicjatorem debat publicznych. Zachowuje się chwiejnie, ogląda na innych, nie potrafi
odważnie zaatakować, bo i nie wie jak i w jakiej sprawie. Widzieliśmy to w czasie ostatniej dyskusji o prawie do aborcji, gdy SLD był w stanie jedynie powtarzać nieprawdziwy i nieadekwatny do
idei lewicy slogan o kompromisowości dotychczasowej ustawy antyaborcyjnej. Zamiast więc odróżnić się od PO i PiS, Sojusz wolał przestraszony i niepewny stanąć z nimi w jednym szeregu kosztem
praw kobiet. To odrzuca od tej formacji nie tylko osoby o głęboko zakorzenionych lewicowych poglądach, ale i wszystkich innych potencjalnych wyborców, którzy widzą w tym tchórzostwo i brak
zasad.
Jeśli do Centrolewu nie trafiają argumenty z porządku wartości, to jego przyzwyczajeni do dawania pierwszeństwa pragmatyzmowi politycy powinni wyciągnąć wnioski z wyniku ostatnich
wyborów.
Nastąpiło w nich przesunięcie elektoratu wzdłuż partii. PiS straciło ogromną część swoich centrowych wyborców na rzecz PO, ale odebrało prawie tyle w prawicowych wyborcach od LPR i
Samoobrony. Innymi słowy, PiS ma dziś bardziej prawicowy elektorat niż wcześniej. A zarazem bardziej socjalny, czyli taki, który uwierzył w konserwatywno-populistyczne wyjaśnienia swojej
trudnej sytuacji materialnej. Centrolew ma zatem większe niż PO możliwości odbierania wyborców PiS, pod warunkiem że będzie prawdziwą socjaldemokracją, a nie liberalną postkomuną, znaną
nam z lat wcześniejszych. Wejście w koalicję z PO to utrwalenie popularności PiS w tej części społeczeństwa, której bronić przed rynkiem powinna właśnie lewica. Również utrwalenie
ideologii IV RP, która jest konserwatywno-populistycznym ersatzem wobec braku wizji lewicowej alternatywy dla niesprawiedliwej społecznie III RP. Natomiast liberalnego elektoratu Centrolew nie
zabierze już Platformie, bo ten zawsze będzie wolał PO od swojej mniej wyrazistej kopii.
Z daleka od Platformy
Jeśli politycy Centrolewu dalej nie rozumieją, że powinni trzymać się od Platformy z daleka, to niech prześledzą losy największego wygranego i
największego pokonanego tych wyborów. Stoją bowiem przed takim rozdrożem: powtórzyć los LPR albo PSL. Liga, decydując się na sojusz z PiS, prawie przestała istnieć. Wyborcy przerzucili
swoje głosy na silniejszego z dwóch podobnych do siebie kandydatów. A partia Waldemara Pawlaka umiała powstrzymać się od szybkiego zdyskontowania swojej doraźnie korzystnej sytuacji, gdy PiS
szukało sojuszników, i jest dziś wygrana. Walka idzie wszak o to, kto będzie zyskiwał na stratach PiS. Niech Centrolew przyjrzy się, jak Pawlak umiał ustawić partię, by szli do niej
zniechęceni wyborcy Leppera. Widać większe korzyści w polityce przynosi konsekwencja i długofalowe działanie niż łapczywe zbieranie ochłapów. Ludowcy na jakiekolwiek porozumienie
– blokowanie z PO – zdecydowali się dopiero wtedy, gdy oczywiste było, że przyniesie to pozytywny efekt. Tu zagrożenie marginalizacją słabszej strony porozumienia było z
natury rzeczy mniejsze, bo ludowcom w walce o wiejski elektorat PO nie mogło zaszkodzić.
Kolejny oczywisty argument na rzecz wstrzemięźliwości wobec dogadywania się z Platformą, to „szczęśliwa izolacja” – od władzy i od zagrożenia zniknięciem ze
sceny publicznej – w jakiej znalazł się Centrolew. Nawet w koalicji z silną PO realnej władzy będzie niewiele. Lepiej poczekać i dać się zgrać Platformie. „Od
dołu” Centrolew też nie jest zagrożony. Te kilkanaście procent wydają się trwałe, więc nie trzeba się desperacko szamotać. Marek Borowski jeszcze na dobre nie wrócił do wielkiej
polityki – przypomnijmy, że na dziś jest tylko radnym – a już zabiera się do sprzedaży Niderlandów. Centrolew, zamiast poddawać się ambicjom jednego ze swoich liderów,
powinien wykorzystać ten czas kilku lat na nabranie politycznej spoistości.
Pod przywództwem Wojciecha Olejniczaka niewątpliwie odniósł sukces. Olejniczak konsekwentnie realizował strategię budowy Centrolewu i doprowadził do tego, że ofensywa prawicy została
zatrzymana, zanim dwie partie PiS i PO zajęły całą scenę polityczną. Centrolew jest dziś trzecią siłą i zamiast łypać okiem, gdzie tu wyrwać jakieś stołki, niech się zajmie
wewnętrzną przebudową. Dobrą okazją do tego może być proces dalszej unifikacji centrolewicy. Olejniczak powinien urealnić swoje przywództwo. Nie da się prowadzić sprawnej polityki,
dobierać właściwych ludzi na właściwe miejsca, dbać o jakość list wyborczych wbrew lokalnym koteriom, jeśli się nie ma w partii takiej sytuacji jak Donald Tusk albo Jarosław Kaczyński w
swoich. Potrzeba też usprawnić jej struktury i jasno zdefiniować na zewnątrz i do wewnątrz linię programową. I latami pracować na przekonujący i dobrze skonstruowany przekaz.
Potrzeba nowych elit
Fundamentalną sprawą jest stworzenie mechanizmów kreowania nowych elit, wyłaniania najlepszych i przyciągania nowych. W tych wyborach w wielu miejscach bowiem wystawiono zgranych działaczy
– lokalne gwiazdy jeszcze poprzedniego reżimu, a takie nadzieje lewicy, jak Michał Syska, który zrezygnował z pierwszego miejsca do sejmiku w województwie dolnośląskim, kiedy
zaczęto wycinać „nowych” w interesie „starych”, wycofał się i założył własny komitet. Przegrał, ale przynajmniej publicznie obnażył słabości
Centrolewu. Głównym problemem dalej są zgrane kadry i brak nowych twarzy.
Pomysły PiS, aby zwiększyć kompetencje wojewodów i zaopatrzyć ich w możliwość weta w sprawach wydawania unijnych funduszy, pokazują, że prawdziwa stawka także w wymiarze Polski lokalnej
idzie o centrum władzy. O parlament. Nie mają sensu więc uzasadnienia Marka Borowskiego, że samorządy i władza centralna to dwie różne polityki. Polityka jest jedna i Centrolew może mieć
twarz lewicy albo tylko źle przyklejoną maskę, która prędzej czy później odpadnie. Jak się bić z Platformą o przywództwo opozycji, jeśli jest się z nią w koalicjach lokalnych? Jak
podkreślać zasadniczą odrębność i promować swój program? A jeśli nie ma zasadniczej odrębności, to po co Polakom taka lewica?
Sławomir Sierakowski, socjolog, redaktor naczelny „Krytyki Politycznej”, pisma, wokół którego ukształtowało się jedno z najprężniejszych środowisk polskiej nowej lewicy