Przy wiejskiej drodze w Wirginii fotograf z Hartsdale w stanie Nowy Jork zatrzymuje samochód i pospiesznie wyrzuca coś na ziemię. Po chwili obstępuje go cała ekipa agentów FBI. W Toronto Ian i Laurie Lambert wypełniają wnioski o przyznanie paszportu – zawiadomione o tym władze kanadyjskie zatrzymują ich natychmiast. Szesnaście lat po uzyskaniu azylu w Izraelu w Tel Awiwie zostaje aresztowany urodzony w Związku Radzieckim inżynier elektryk Anatolij Gendler. W Finlandii na lotnisku Vantaa w Helsinkach policja zatrzymuje brytyjskie małżeństwo i deportuje – do Rosji, bo to stamtąd pochodzą ci "Brytyjczycy".
Ludzi tych łączy jedno: wszyscy byli głęboko zakonspirowanymi rosyjskimi szpiegami. Moskwa bowiem już po spadku napięcia między supermocarstwami w połowie lat 80. i nawet po rozpadzie
Związku Radzieckiego w 1991 r. nie tylko nadal werbowała obywateli amerykańskich i innych państw europejskich, ale również wysyłała na Zachód doskonale wyszkolonych, doświadczonych
oficerów wywiadu i agentów.
Najtajniejsi z tajnych
Aresztowany w Wirginii fotograf obsługiwał tajne punkty przekaźnikowe służące do dostarczania informacji, pieniędzy lub akcesoriów szpiegowskich.
Jego głównym klientem był szpieg, którego Rosjanie zwerbowali wewnątrz Strategicznej Inicjatywy Obronnej (SDI), programu antyrakietowego prowadzonego przez laboratorium amerykańskiej marynarki
wojennej.
Para posługująca się nazwiskiem Lambert to w rzeczywistości Dmitrij Władimirowicz i Jelena Borisowna Olszańscy – etatowi oficerowie rosyjskiego wywiadu zagranicznego (SWR), skierowani na odcinek kanadyjski.
Jak zaś wyjaśnia izraelska policja, inżynier elektryk Gendler przeszedł wieloletnie szkolenie w KGB i w 1980 r. wyemigrował do Izraela jako rosyjski Żyd rzekomo prześladowany przez sowiecki reżim.
"Brytyjskie małżeństwo" zaś według władz fińskich w chwili aresztowania wracało właśnie do Zjednoczonego Królestwa po konsultacjach w centrali SWR w Moskwie.
Takich szpiegów nazywa się nielegalnymi albo uśpionymi – to dobrze wyszkoleni oficerowie wywiadu żyjący za granicą bez prawnej ochrony ambasady lub innej instytucji państwowej, która zapewniałaby im immunitet dyplomatyczny w razie aresztowania. "Nielegalni" rzadko składają raporty "legalnej" rezydenturze, komunikując się tajnymi kanałami bezpośrednio ze swoimi oficerami prowadzącymi w Moskwie. Należą oni do elity – najdroższych i nastawionych na długie trwanie zasobów wywiadowczych Rosji. Zdarza się nawet, że "nielegalni" wychowują swoje urodzone na Zachodzie dzieci na następne pokolenie szpiegów.
Ta tradycja trwa nieprzerwanie co najmniej od chwili, kiedy swoje pierwsze kroki na amerykańskiej ziemi stawiał imigrant znany jako Artur Adams. Faktycznie był on głęboko zakonspirowanym oficerem sowieckich wojskowych służb specjalnych GRU działającym pod kryptonimem AHIN. Działalność szpiegowską prowadził od 1938 do 1945 r.
Wykradł największe tajemnice Projektu Manhattan, czyli programu budowy broni atomowej. Powszechnie znane dokonania małżeństwa Rosenbergów w tym względzie maleją w porównaniu z jego
zasługami. Sowiecki wywiad dawał go za przykład wszystkim wojskowym szpiegom. Pośmiertnie nadano mu tytuł Bohatera Związku Radzieckiego.
Na Wschodzie bez zmian
Wydawało się, że upadek muru berlińskiego i dojście do władzy Borysa Jelcyna spowoduje zmiany również w wywiadzie rosyjskim – niestety
nic takiego się nie stało. Prezydent Jelcyn podjął jedynie decyzję o zamknięciu pod pretekstem remontu cieszącej się zą sławą centrali wywiadu sowieckiego, którą nazywano Akwarium. To
właśnie tam zapadały zaoczne wyroki śmierci na zdrajców Rosji, tam też wymyślano zadania dla setek tysięcy agentów rozsianych po świecie, a także tam snuto plany kolejnej wojny światowej.
Władze Rosji nie zdecydowały się jednak na radykalną zmianę. By zachować pozory, Akwarium zamieniono w muzeum. Cichcem zaś na jego miejsce stworzono nowe centrum dla tych samych szkolonych w
latach zimnej wojny oficerów i agentów GRU. Na chwilę wywiad się schował, by po wyborze Putina urosnąć w siłę i powrócić do starych metod. W gruncie rzeczy – wbrew różnym
specjalistom – GRU i KGB od zawsze mieli ten sam cel – osłabianie Zachodu po to, żeby przygotować Rosję do decydującego uderzenia. Dziś o tym uderzeniu – czyli
wojnie atomowej – nikt już nie myśli. Pozostała jednak mentalność nakazująca po pierwsze szkodzenie Zachodowi wszędzie, gdzie tylko można. Po drugie zaś ochronę mafijnych
interesów magnatów bezpieki, których nawet najnowsze – otwarte zaledwie dwa miesiące temu przez prezydenta Putina – centrum GRU nie rozszyfruje.
Trudno zaprzeczyć, że to właśnie teraz, za prezydentury Władimira Putina, mamy do czynienia z renesansem agenturalnej działalności rosyjskich szpiegów. I jak za czasów zimnej wojny Moskwa wysyła dziś trzy typy szpiegów: Po pierwsze – elitę. Nielegalnych oficerów kadrowych, takich jak Olszańscy w Kanadzie, najczęściej funkcjonariuszy SWR, czyli przemianowanej części wywiadowczej sowieckiego KGB. Drugą kategorię stanowią oficerowie wywiadu z GRU, rosyjskiej wojskowej służby wywiadowczej. Nielegalni oficerowie kadrowi, bez względu na przynależność do danej służby zawsze przybierają fikcyjną tożsamość. Rekruci często nawet pochodzą z kraju trzeciego, takiego jak Węgry czy Peru, są werbowani i szkoleni w Rosji i często żyją pod prawdziwymi nazwiskami.
Trzecia wreszcie kategoria rosyjskich szpiegów – agenci emigranci, to zazwyczaj obywatele byłych republik sowieckich, którzy przeszli podstawowe przeszkolenie i zostali wysłani za
granicę jako "uchodźcy" religijni lub polityczni.
Polowanie wciąż trwa
Wywiad nazywa agentów wszystkich tych trzech rodzajów nielegałami. Zajmuje się nimi Departament S, czyli najbardziej utajniona jednostka rosyjskiego
wywiadu. Ten wydział odpowiedzialny jest też za ich kontrolę operacyjną, szkolenie, dokumentowanie pracy i finansowanie. Jest to sektor operacyjny, który nie zmienił się podczas
przekształcania KGB w SWR w 1991 r. Nielegalni z SWR mają oficerów wspierających, zwanych oficerami Linii N, należących do zagranicznej rezydentury. Nielegalni stosują rozmaite techniki
ukrywania swojej tożsamości. Kadrowi nielegalni budują fałszywą tożsamość zwaną przykrywką. Niektórzy, jak nowojorski fotograf, udają imigrantów. Niektórzy przyjmują tożsamość
obywateli kraju, w którym szpiegują. Podręcznikowym przykładem tego drugiego rozwiązania są Olszańscy. Posługując się świadectwami urodzenia Iana Mackenziego Lamberta, który zmarł w 12.
tygodniu życia w 1966 r., oraz Laurie Catherine Mary Brodie, która zmarła tuż przed swoimi pierwszymi urodzinami w 1965 r., Olszańscy uzyskali prawa jazdy i inne dokumenty potwierdzające
tożsamość, a następnie mieli prowadzić spokojne życie jako zwykli Kanadyjczycy pracujący w zawodach, które nie przyciągałyby uwagi władz. W ten sposób zbudowaliby swoje przykrywki i
dorobili się kanadyjskich paszportów.
Czy Olszańscy to ostatni nielegałowie na Zachodzie? Bynajmniej. Interesy wywiadu Rosji dziś nie są zbieżne z interesami państwa i jego obywateli. Dzieje się tak właśnie dlatego, że tu zatrzymał się czas. "Chwała Bogu, że w burzliwych latach 90. ta struktura nie uległa żadnym radykalnym reformom" – tłumaczył w telewizji milionom Rosjan uśmiechnięty minister Siergiej Iwanow, sam z 25-letnim stażem oficera KGB. Czy aby na pewno? Przecież Rosja traci, mając opinię kraju, który szczuje Zachód swoimi agentami i poluje a to na tajemnice wojskowe, techniczne, a nawet na ludzi.
J. Michael Waller, analityk Centralnej Agencji Wywiadowczej, brał udział w operacjach specjalnych na terenie Ameryki Łacińskiej i Europy, konsultant rządów zachodnich do spraw bezpieczeństwa kontrwywiadowczego, specjalista ds. dezinformacji i propagandy w Instytucie Polityki Światowej w Waszyngtonie, publikuje w "Commentary", "Washington Times", "Los Angeles Times" oraz prestiżowym czasopiśmie CIA "Studies In Intelligence".