Dziennik Gazeta Prawana logo

"Obecna koalicja jest skazana na skandale"

12 października 2007, 14:37
Ten tekst przeczytasz w 13 minut
Stało się to, co przez lata rzucano pół żartem, pół serio. A na pewno ze strachem: dajcie populistom porządzić, a sami się wykończą. Oto się wykończyli - pisze w DZIENNIKU publicysta Michał Karnowski.
Pamiętamy jeszcze te nazwiska? Macierewicz, Łopuszański, Wrzodak? Witaszek, Dzido, Żero? Złote pierścienie Ligi Polskich Rodzin, srebrne kosy Samoobrony. Nie pytam, czy lubimy te postacie. Nie o to chodzi. Nie twierdzę, że są siebie warci, ani nie dochodzę, ile są warci. Pytam, czy zauważyliśmy, kiedy ich wyrzucono lub kiedy zostali zmuszeni do odejścia? Pewnie nie. Bo patologie, jakie ostatnio zaowocowały skandalami w LPR i u lepperowców, narastały powoli, krok po kroku.
Oddolne ruchy społeczne bo u zaczątków obu partii były autentyczne emocje i nadzieje sporej części Polaków niezauważalnie przeradzały się w gnijące towarzystwa uwielbienia wodza, w systemy finansowania kierownictwa. Środowiska je tworzące stawały się dworami, chwilami klikami, pełnymi coraz mniej wartościowych jednostek. Wierność idei zastąpiono wymogiem bezwzględnego posłuszeństwa i zgody na wszystko z seksem na żądanie (w Samoobronie) włącznie. Z zasadą milczenia wobec propagandystów nazizmu, którego wyznawcy zamordowali tylu Polaków i rozstrzeliwali przedwojennych narodowców (w LPR).

Skąd się biorą ekstremiści
Jak to się stało, że dwaj tak różni politycy włożyli tyle wysiłku, by zbudować tak niedemokratyczne i chore struktury? Poszedł na to wywodzący się rodziny intelektualistów Roman Giertych. Taki model wybrał też człowiek o płytkich korzeniach Andrzej Lepper. Narodowy demokrata z jednej strony, z drugiej najbardziej szczery bo wierzący w cywilizację pegeerów wśród postkomunistów. Wystartowali mniej więcej w tym samym czasie. Początek kariery Giertycha, urodzonego w 1971 roku, przypada na pierwszą połowę lat 90. Wchodził w dorosłość równocześnie z wchodzeniem w politykę. Planowo, przygotowywany lekturami i opowieściami ojca o politycznych przodkach, już w rodzinnym wielkopolskim Kórniku czujący własną wyjątkowość. Krok po kroku budował reaktywowaną przez siebie w 1989 roku Młodzież Wszechpolską.
Od zera, tylko z legendy i zapału młodego Giertycha i kilkorga jego przyjaciół, powstała organizacja licząca dziś ok. 3 tysięcy młodych ludzi. Bezpośrednie zaplecze. Punkt startowy. Pod koniec lat 90. dyplomowany już prawnik i historyk Roman Giertych był gotów do akcji. Czekał na okazję. Tylko z daleka, z nieukrywanym obrzydzeniem, spoglądał na coraz jaśniej świecącą gwiazdę Andrzeja Leppera. Bo kiedy Giertychowi rodzice pozwalali nie chodzić do szkoły, by nadrobił zaległości w lekturach, Lepper ze szkoły uciekał, by boksować się po wsiach i miasteczkach. A potem po prostu „był w PZPR, „współpracował z ZSMP i „startował w olimpiadach wiedzy rolniczej. Bo można było wygrać ciągnik.
Lepper, urodzony w 1954 roku, do niczego się nie szykował. Polityka przyszła do niego sama. Najpierw gdy okoliczna rzeczka zalała uprawy w Zielnowie, a on stanął na czele grupy rolników żądających od państwa odszkodowań. Potem, gdy Balcerowicz nagle urealnił cenę kredytu i cieszący się już zaufaniem lider swojej wsi wszedł na przyczepę ciągnika i zaczął organizować samoobronę chłopów. Jeszcze pisaną małą s. Jak wspominał, zawsze „poszukiwał związku z innymi ludźmi, a także możliwości działania społecznego, więc spodobało mu się. Zorientował się też, że da się żyć z polityki. Najpierw jadł na koszt działaczy restauratorów takich jak Zbigniew Witaszek i Leon Żero, potem dał się tu i tam podwozić, w końcu zaczął brać pieniądze na działalność swojego związku zawodowego. I on też gdzieś pod koniec lat 90. był gotów.
Nadchodził ich czas. Obu. Wyraźnie poczułem to niedługo przed wyborami 2001 roku, gdy jeszcze dla Radia Plus przygotowywałem reportaż z mazowieckiej wsi. Jeden dom SLD. Drugi Lepper. Trzeci LPR. I tak w kółko. Tej siły, tej frustracji nie było widać w sondażach. Ale im dalej od wielkich miast, im większy bazar, tym wyraźniej było ją czuć. Im bliżej odbiornika radiowego nastawionego na toruńską rozgłośnię, tym głośniej. Ostateczny wynik wyborów dał triumf obu liderom. LPR wprowadziła do Sejmu 38 posłów, a Samoobrona aż 53!
Obaj stali wtedy przed ogromnymi szansami. Giertych mógł walczyć o spadek po AWS, budować różnorodną formację, pielęgnować koalicję, jaką de facto była Liga Polskich Rodzin. Ale on wolał postawić wszystko na jedną kartę. Wykorzystał władzę w LPR do eliminacji potencjalnych konkurentów i związanych z nimi środowisk. Antoni Macierewicz, Jan Łopuszański, a z czasem i Zygmunt Wrzodak musieli odejść. Na ich miejsce wchodzili młodzi działacze z Młodzieży Wszechpolskiej. Chłopcy wierni Giertychowi, niestety z brunatną czasami przeszłością oraz nikłym politycznym i życiowym doświadczeniem. Wszystko po to, by na ich tle Roman Giertych mógł błyszczeć pełnią światła, by mógł rządzić rozkazami. By nikt nie krytykował i nie dopytywał, nie zmuszał do ciągłej, tak naturalnej w demokracji, weryfikacji programów i wyników. Starsze panie roznoszące własnoręcznie kserowane ulotki i polityczni ulubieńcy ojca Tadeusza Rydzyka nie byli już potrzebni.
Zresztą cały polityczny świat wokół LPR zdawał się potwierdzać słuszność tej linii. Wodzowski SLD Leszka Millera, zjednoczone wokół Kaczyńskiego PiS, dyktatura Leppera w Samoobronie. W tej ostatniej partii dyskusji nie było nigdy, ale od momentu wejścia do Sejmu pojawił się jawny cynizm, odrzucono resztki sentymentów. „Może Witaszka mi trochę szkoda. Ale trudno tak Lepper, zwany „marszałkiem, komentował kolejne odejścia wieloletnich towarzyszy. Irytowali go tą swoją chłopsko-podmiejską nieporadnością. Tanimi garniturami. Nie rozumieli, że zaczął się nowy etap. Cel pałace władzy został osiągnięty. I nikt nie chce ich niszczyć, palić. Oni chcą się po prostu urządzić. Krępowali Lepperowi ręce starzy działacze, samą swoją obecnością zawstydzali i przypominali, ilu ludzi naprawdę budowało Samoobronę. Przypominali o szansie na odnowę ruchu ludowego. I tak pospolite ruszenie chłopów i małomiasteczkowych „niedokończonych kapitalistów przeradzało się w system dobrego życia z polityki, w rodzinno-towarzyską spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością. Z coraz szerszą paletą darmowych usług i świadczeń dla garstki wtajemniczonych.

Konsekwentni w patologii
Ani Liga Polskich Rodzin, ani Samoobrona nie były i nie są normalnymi partiami. Przy wszystkich chorobach dawnego SLD czy obecnego PiS wewnętrzna kultura demokratyczna jest w nich nieporównanie większa niż w partiach Leppera i Giertycha. Mechanizmy demokratyczne działają. Słowo lidera nie wystarcza do awansu danego działacza, nie ma też mocy natychmiastowego zwalniania. Nieformalne kręgi istnieją, ale oficjalne gremia nie są i nie były dla nich fasadami. Partie te grupują ludzi o podobnych poglądach, częściowo życiorysach, ale piją za własne pieniądze i najczęściej poza lokalami partyjnymi. Mają swój język wewnętrzny, ale w żadnej z nich nie dopuszcza się symboliki i słów tak obcych demokracji. Każda ma swoje skandale obyczajowe, ale nigdzie nie jest to system dostarczania „gąsek, by użyć określenia posła Misztala.
Skandale w Samoobronie i LPR to nie wypadki, ale logiczne konsekwencje działania patologicznych mechanizmów stworzonych przez liderów obu formacji. Rezygnacja z kompromisu na rzecz siły i bezwzględnego egzekwowania prawa do szyldu partyjnego. Traktowanie polityki tylko jako miejsca bitwy i wyszarpywania dóbr, a nie przestrzeni debaty publicznej. Cyniczne przyjmowanie innych reguł wewntrznych niż deklarowane oficjalnie. To wszystko dawało krótkotrwały efekt, ale na dłuższą metę okazało się zabójcze. Młodzi działacze i działaczki uznali, że pilnować się trzeba w mediach, a na działkach prywatnych to już hulaj dusza, piekła nie ma. Wąski krąg starych towarzyszy z blokad uznał się za półbogów. Nadludzi mających moc i władzę bezkarnego konsumowania wszystkich przyjemności tego świata, na dodatek na koszt podatnika. A kiedy przyszedł kryzys, słabości struktur po raz kolejny dały o sobie znać. Nikt nie wierzy, że liderzy nic o tych sprawach nie wiedzieli bo przecież decydują o wszystkim, co się dzieje w ich partiach. Nie ma więc jak uciec od skandalu, nie ma kogo wyrzucić na pokaz bo wszyscy na pokładzie należą do kręgu wtajemniczonych. Każdy z nich za dużo wie i może wywołać kolejne skandale. One zresztą będą. Aneta Krawczyk zaczęła mówić, gdy przegrała wybory. Wcześniej była lojalną działaczką, a jak twierdzą niektórzy świadkowie, także brutalną egzekutorką własnej, nieczysto zdobytej pozycji. Ale tego się nie da zatrzymać. Coraz więcej byłych działaczy LPR i wszechpolaków otwiera przepastne szuflady pełne kompromitujących odbitek i foldery plików komputerowych. Najbardziej w tym wszystkim zaskakuje zdziwienie liderów LPR i Samoobrony. Szok, że ich dzieła się sypią. Jakby uwierzyli, iż posiedli cudowną receptę, jak oszukać Polaków, demokrację i media. Jak te swoje spółki sprzedawać jak normalne demokratyczne byty. Choć z drugiej strony to trochę smutne, że tak długo im się udawało.
I Lepper, i Giertych są w poważnych tarapatach. Wspierają się, bagatelizując skandale partnera. Ale dworskie konstrukcje ich partii wykluczają bliższą współpracę. Zresztą tyle już razy zapowiadali wspólny start w wyborach, a zawsze nic z tego nie wychodziło. Po jednej z konferencji deklarujących wspólny (nie doszło do niego) start w sejmikach wojewódzkich, Lepper wprost przyznał dziennikarzom na sejmowym korytarzu: A takie gadanie. Nikt nigdzie po moich plecach nie wejdzie. Właśnie. Nikt nigdzie. Tylko własne plecy. Zerowa przestrzeń dyskusji, relacje wewnętrzne jak w stadzie wilków. Wreszcie smutny koniec. Tak kończą się zazwyczaj marzenia o superdyscyplinie partii zjednoczonej wokół lidera.

Koniec flirtu z populizmem
Wraz z końcem LPR i Samoobrony w polskiej polityce załamuje się coś więcej. Nie tylko osobiste kariery Giertycha i Leppera, ale także wielki eksperyment próba użycia sił radykalnych, skazanych dotychczas na wegetację na marginesie, do wdrożenia projektu reformatorskiego. A przynajmniej do sprawowania władzy, włączenia w normalny obieg demokratyczny. Tę próbę podjął i wziął na siebie za nią odpowiedzialność osobiście Jarosław Kaczyński. Dziś widzimy, że cena, jaką musi płacić, jest potworna. I chyba znacznie większa, niż sam premier się spodziewał. To cena obrzydzenia i dyskusji w kuluarach, jak teraz podawać działaczom Samoobrony ręce bo kto wie, co w nich trzymali. To pytanie, jak szanować czy nawet tolerować na stanowisku wicepremiera, którego obyczajowość wykluczałaby go nawet ze wspólnoty sąsiadów, którym mówi się dzień dobry? Jak znosić obelgi wobec polskich ofiar wojny, także tych z warszawskiego Żoliborza, dla których czczenie płonącej swastyki w wolnej Polsce to największa podłość, jaką można sobie wyobrazić? Równa tej, jaką było pijaństwo na grobach polskich oficerów zamordowanych przez NKWD w Charkowie.
Gdyby jeszcze cena za tę koalicję gwarantowała stabilność sprawowania władzy. Tymczasem lider LPR tylko myśli, jak osłabić prawicowego konkurenta, gra tak cynicznie i bezwzględnie, że nie ma szans na żadne trwałe porozumienie. A szef Samoobrony to wciąż, choć już próżny i podstarzały, ale nadal nieprzewidywalny trybun ludowy. Wszystko zrobi dla poklasku, choćby najgłupszego.
Obie siły okazały się niezdolne do przyjęcia, choćby na zewnątrz, reguł demokratycznej, cywilizowanej polityki. Ich liderzy pole sporu politycznego widzą w czarno-białych barwach, z ostrymi dramatycznie konturami, bez miejsca na cierpliwość, kompromis, negocjacje. Nie rozumieją instytucji i prawa, nie potrafią nawet udawać, że je chcą zrozumieć co widać choćby po zakusach traktowania mediów publicznych jako własnych okienek, łupów, które im się należą.
Taką byli opozycją. Już przy władzy pozostali tacy sami. Krótkie mordobicie, odpoczynek w rogu ringu, kolejna runda. Czasem kopnięcie poniżej pasa, ugryzienie kawałka ucha. Taśmy Beger wyszły wszak z Samoobrony. W LPR nie brzydzili się przeciekami. Kaczyński był w stanie zmusić ich do posłuszeństwa, ale nie był w stanie narzucić cywilizowanych form i reguł. Ani wewnątrz koalicji, ani na zewnątrz. A oni nie zrozumieli, że choć wszyscy politycy występują w TVN 24, to pokazanie się tam nie uczyni z watażki męża stanu.
To dewastowało społeczne zaufanie. Przede wszystkim do LPR i Samoobrony, sprowadzając poparcie dla nich na poziom podprogowy. Ale także do PiS, spychanego coraz bardziej ku radykalizmom. Zmuszonego do oddawania ciosów, polemizowania tym samym językiem, a trochę i akceptowania brutalnego języka i metod w życiu publicznym, do uznawania tego za normę. Stało się to, co przez lata rzucano pół żartem, pół serio. A na pewno ze strachem: dajcie populistom porządzić, a sami się wykończą. Wykończyli się. Test testów polskiej demokracji dość szybko skończył się zwycięstwem starych form i nazwisk.
Przy okazji Giertych i Lepper przekonali Polaków, że wybór ideowy jest w nowoczesnym państwie mocno ograniczony. Niższe podatki, wyższe podatki. Więcej państwa, mniej państwa. Więcej konkursów, więcej kolesiów na stanowiskach. Żadnej „trzeciej drogi, żadnego odrodzenia idei narodowej traktowania państwa jako „rodziny rodzin. To hasła, czasem ciekawe, ale raczej pokazujące intencje i budujące propagandową otoczkę, a nie coś realnie istniejącego. Czy to w edukacji czy w rolnictwie obaj panowie byli w stanie zaproponować jedynie powszechnie znane rozwiązania. Żadnej nowej idei. Więcej porządku i patriotyzmu w szkołach, więcej pieniędzy dla rolników. I nieważne, czy to dobre czy złe rozwiązania. Ale jakże banalne.
To zresztą szerszy problem. O małym wpływie polityków na wiele dziedzin życia boleśnie przekonują się kolejne fale rządzących. Inercja administracji, niezależność świata kultury, potęga mediów, wreszcie prawo krajowe i międzynarodowe, a także wydatki sztywne w budżecie ograniczają rządzących w stopniu dużo większym, niż to się wydaje opozycji. Zwłaszcza tej wchodzącej do parlamentu wprost z blokowisk i wiosek.

Pod ubłoconym sztandarem
To rozczarowanie to zresztą w jakiejś mierze także doświadczenie PiS. Bo przecież choć członków partii tam coraz więcej, to jednocześnie słychać coraz głośniejsze krzyki, że brakuje ludzi. Nie każdy, okazuje się, nadaje się na każde stanowisko. „Karteczkowy system rekrutacji szybko przynosi katastrofy. Wywołuje skandale uderzające natychmiast w rządzących. W LPR i Samoobronę media uderzą jeszcze nieraz. Bo tam innych kadr po prostu nie ma. Prawie każdy coś tam ma na sumieniu. Co było zapewne przykrą niespodzianką dla premiera. Zresztą nikt nie spodziewał się, że w poważnych strukturach z aspiracjami do władzy nie działają żadne, absolutnie żadne filtry. Nic nie kompromituje, nie wyrzuca poza nawias środowiska. Tylko jedno niełaska lidera.
Będzie więc ciekawie, ale gorzej być nie może. Czy jednak musi być tak dalej? Oferta Platformy Obywatelskiej proponująca przyspieszone wybory w zamian za poparcie budżetu i konstytucyjny zakaz kandydowania do Sejmu osobom skazanym nie ma raczej szans realizacji. Jest to bowiem oferta obok logiki poważnej polityki, oferta wychodząca z założenia, iż niesmak i etyka mogą być czynnikami decydującymi o oddaniu władzy. To nieprawdziwe założenie. Dlatego sądzę, iż ten układ będzie trwał. Zresztą nieoficjalnie wiadomo, że Andrzej Lepper błagał premiera, by nie zrywał koalicji obiecywał pełną lojalność aż po grób a na pewno po kres kadencji. On zresztą wszystko obieca i każdego zabije. Ale Jarosław Kaczyński dał się przekonać. Wierzy, że tę historię też da się przeczekać.
Pewnie, jak wszystko, się da, choć nie za darmo. Sztandar rewolucji moralnej jest mocno ubłocony. Czy to znaczy, że mamy przed sobą trzy smutne lata? Niekoniecznie. Rozwiązaniem jest przebudowa myślenia o tej koalicji. Powinna być mniej porozumieniem trzech sił i programów, a bardziej próbą szukania także wśród opozycji rozwiązań dla konkretnych spraw. Wtedy można liczyć na jakąś wartość dodaną. Bo na razie LPR i Samoobrona dodane razem oznaczają skandale. Doklejone do PiS przyniosły kłopoty. Jedyne, na co mogą się dziś przydać, to jako sejmowe mięso armatnie. Jeśli PiS nie chce polec jak koalicjanci, musi do końca rozbić ich jedność, zwasalizować i pozbawić woli. Zatkać nos i uciekać do centrum.
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj