Fakt, że metropolitą warszawskim został mianowany przez papieża hierarcha, o którego domniemanej współpracy z bezpieką informowały media, jest dowodem, że polskie dyskusje o przeszłości nie będą stanowiły istotnego kryterium w oczach Benedykta XVI - pisze w DZIENNIKU Tomasz P. Terlikowski.
Roma locuta causa finita mogą już spokojnie powtarzać wszyscy przeciwnicy lustracji w Kościele. Ostatnie personalne decyzje Benedykta XVI ostatecznie pokazały, że
nie tylko polscy biskupi, ale i papież nie przeprowadzą otwartej, publicznej debaty nad przeszłością ludzi Kościoła. A to oznacza, że zwolennicy lustracji są skazani na porażkę, stali się
ostatecznie "rycerzami przegranej sprawy”.
Mianowanie na metropolitę warszawskiego dotychczasowego ordynariusza płockiego biskupa Stanisława Wielgusa stanowi nie tylko początek nowej epoki w Kościele warszawskim, ale także - co nie mniej istotne - ostateczny koniec oficjalnej debaty nad lustracją w polskim Kościele. Fakt, że nowym metropolitą warszawskim został mianowany przez papieża hierarcha, o którego domniemanej współpracy z bezpieką informowały media, jest wystarczającym dowodem na to, że przeszłość ta nie stanowi dla Benedykta XVI problemu. Jest to tym wyraźniejsze, że nikt z hierarchów (w tym najbardziej zainteresowany, czyli nominat czy ktokolwiek ze Stolicy Apostolskiej) nawet nie próbował wyjaśniać publicznie sprawy przeszłości nowego metropolity, tak jakby w ogóle ona nie istniała w przestrzeni publicznej.
Ta decyzja personalna wraz z towarzyszącymi jej zaniechaniami może być zatem traktowana jako ostateczna egzegeza papieskich słów wypowiedzianych podczas pielgrzymki do Polski w archikatedrze św. Jana. "Trzeba unikać aroganckiej pozy sędziów minionych pokoleń, które żyły w innych czasach i w innych okolicznościach. Potrzeba pokornej szczerości, by nie negować grzechów przeszłości, ale też nie rzucać lekkomyślnie oskarżeń bez rzeczywistych dowodów, nie biorąc pod uwagę rozmaitych ówczesnych uwarunkowań" - mówił wówczas Benedykt XVI. I choć te słowa odczytywali jako wsparcie dla swoich działań tak zwolennicy, jak i przeciwnicy lustracji w Kościele - to teraz widać już wyraźnie, że oznaczały one zdystansowanie się od projektu otwartej publicznej (a nie tylko wewnątrzkościelnej) debaty nad kwestią winy, kary i pojednania.
Papieska teologia lustracji…
Ponowne odczytywanie tych papieskich słów trzeba zacząć od osób, do których zostały one wypowiedziane. Benedykt XVI zwracał się do duchownych, a nie do świeckich. To zaś może oznaczać, że papież uznał, że sprawę odpowiedzialności za dawne przewinienia, oczyszczenia i ewentualnie ukarania winnych załatwić należy w wewnętrznym gronie zaufanych duchownych, nie wyciągając tego na zewnątrz i nie informując o szczegółach zwykłych wiernych. Podejrzenie to wzmacnia jeszcze ostatnia nominacja. Jak informowały media (a nieoficjalnie potwierdzali to w rozmowach duchowni blisko związani ze Stolicą Apostolską), papież był poinformowany o lustracyjnych podejrzeniach wobec biskupa Wielgusa, osobiście zajął się tą sprawą i uznał, że nie stanowi ona problemu. Tyle że zamiast poinformować o takim stanowisku (niekoniecznie ustami Benedykta XVI), zdecydowano się udawać, że sprawy w ogóle nie ma, a ci, którzy próbują o niej mówić, "nie ufają Ojcu Świętemu”.
Decyzja ta, jeśli nawet nie traktować jej jako wyrazu głębokiej nieufności do eklezjalnego zmysłu wiernych świeckich, pozostaje bez wątpienia dowodem na niechęć do przejrzystości instytucji kościelnych. Pokazuje ona także, że prawo do wiedzy o przeszłości duchownego ma tylko jego przełożony, pozbawieni zaś jej zostają wierni, którymi dany duszpasterz ma się zajmować.
O wiele radykalniej niż w maju należy też obecnie rozumieć papieskie wezwania do ostrożności w ferowaniu wyroków. Jak pokazują dalsze debaty lustracyjne - papieżowi mogło nie tylko chodzić o zachowanie historycznej rzetelności, ale także o wzięcie pod uwagę wszelkich okoliczności tamtych upadków. Wiele wskazuje więc na to, że Benedyktowi XVI bliżej jest to tych spośród polskich duchownych, którzy nieustannie przypominają, że ci, którzy chcieli robić kariery naukowe i wyjeżdżać za granicę, nie mieli innego wyjścia niż rozmowy z bezpieką, niż do tych, którzy każdy taki czyn oceniają jako jednoznacznie zły i wymagający pokuty. Donoszenie (a przynajmniej opowiadanie o nich ludziom przeszkolonym do tego, by ich niszczyć) na przyjaciół i znajomych miało być zatem ceną za w miarę normalne funkcjonowanie Kościoła i jego instytucji...
Polska realizacja teologii lustracji
Papieska "teologia lustracji” - kładąca o wiele mocniejszy akcent na okoliczności niż obiektywną ocenę czynów oraz na miłosierdzie niż sprawiedliwość - jest konsekwentnie realizowana przez polskich biskupów. W przyjętym przez Episkopat „Memoriale” hierarchowie wprost uznają, że księża, którzy zdecydowali się na współpracę, są ofiarami systemu, a zatem nie można jednoznacznie oceniać ich działań. "Chodzi o to, aby spojrzeć na problem lustracji w nieco inny sposób, aby chcąc dobra, nie pomnażać krzywd, których wielu ludzi już i tak doznawało w czasach niewol"i – mówił abp Józef Michalik, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski. Równie mocno jak papież polscy biskupi próbują uznać dyskusję nad upadkami ludzi Kościoła wyłącznie za wewnętrzną sprawę duchownych. Abp Michalik wprost apelował do duchownych, by ci nie wynosili poza Kościół (niestety rozumiany tylko jako kler) spraw związanych ze współpracą duchownych z SB.
Taka teoria lustracji jest nie do pogodzenia z postawą ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego. Dla niego ujawnić prawdę trzeba nie tylko przed przełożonymi, ale także przed tymi, wobec których grzechy były popełniane. Jego zdaniem nie ma powodów, by wiedzę o upadkach niektórych duchownych katolickich zachowywać tylko dla ich przełożonych. On wreszcie jest zdania, że choć zbadanie okoliczności jest konieczne, to egzystencjalne czy osobiste uwarunkowania decyzji poszczególnych duchownych nie mogą przesłaniać samej moralnej natury ich czynów. I właśnie ta teologia (a nie niechęć do samego księdza) jest głównym przedmiotem krytyki biskupów. To ona stała się podstawą do sformułowania opinii zawartej w komunikacie ogłoszonym przez kurię krakowską w październiku, iż "dotychczasowe wypowiedzi księdza w mediach wywoływały zgorszenie wiernych, wpływały niszcząco na wspólnotę Kościoła i wypaczały obraz kapłana katolickiego”.
Rycerze przegranej sprawy
Po ostatnich decyzjach personalnych Stolicy Apostolskiej widać wyraźnie, że od tej krakowskiej opinii ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski nie znajdzie odwołania. Jeśli bowiem papież i kuria rzymska nie uznają za przeszkodę w mianowaniu na metropolitę warszawskiego krążących informacji o rzekomej współpracy duchownego z bezpieką i nie próbują nawet wyjaśnić źródeł takiej decyzji (być może w pełni uzasadnionej!) – to trudno oczekiwać, by uznały za odpowiednie zachowania ks. Zaleskiego, który całą swoją ostatnią działalnością sprzeciwia się takiej postawie. Jeśli Watykan nie chce jasnej debaty publicznej i kościelnej na temat przeszłości – to trudno, by chcieli tego polscy biskupi.
A najmocniej doświadczy tego ks. Zaleski. Już w kilka dni po symbolicznej dla sprawy lustracji nominacji biskupa Wielgusa pojawiły się kolejne sygnały, że wszelkie, nawet prywatne jego starania o oczyszczenie krakowskiego Kościoła są skazane na porażkę. Najpierw kuria krakowska poinformowała, że kard. Stanisław Dziwisz nie będzie zapoznawał się z treścią książki ks. Zaleskiego, zanim zostanie ona opublikowana, a krótko potem prezes wydawnictwa Znak wydał oświadczenie, w którym uznał za warunek konieczny publikacji książki zgodę kardynała oraz zdjęcia z krakowskiego duszpasterza kar dyscyplinarnych nałożonych na niego przez kurię. Oświadczenie prezesa zarządu wydawnictwa Znak w zasadzie zamyka sprawę publikacji książki ks. Zaleskiego w tym wydawnictwie. Ks. Zaleski nie jest bowiem w stanie spełnić stawianych warunków, a kuria krakowska na pewno nie będzie mu tego ułatwiać.
Wszystkie te sygnały pokazują jednoznacznie, że proces oficjalnej lustracji Kościoła w Polsce dobiegł już końca. Jej katoliccy zwolennicy zostali już albo zmuszeni do milczenia decyzjami administracyjnymi, albo zamilkli, widząc daremność swoich starań. Problem polega tylko na tym, że trudno to uznać za sukces hierarchii. Odkrywanie ciemnych kart przeszłości Kościoła i tak będzie się odbywać. Tyle że zamiast ludzi Kościoła robić to będą jego przeciwnicy, dla których lustracja to nie narzędzie uzdrowienia relacji czy pojednania, ale broń przeciwko katolicyzmowi w Polsce. I takie będą rzeczywiste skutki zakończenia nigdy nierozpoczętej lustracji w polskim Kościele.
Tomasz P. Terlikowski, doktor filozofii, tłumacz, publicysta Polskapresse. Ostatnio ukazała się jego książka „Moralny totalitaryzm. Bioetyczne dylematy współczesności”. Przygotowuje do druku tłumaczenie „Cudów Ewangelii” Sergiusza Bułgakowa.
Mianowanie na metropolitę warszawskiego dotychczasowego ordynariusza płockiego biskupa Stanisława Wielgusa stanowi nie tylko początek nowej epoki w Kościele warszawskim, ale także - co nie mniej istotne - ostateczny koniec oficjalnej debaty nad lustracją w polskim Kościele. Fakt, że nowym metropolitą warszawskim został mianowany przez papieża hierarcha, o którego domniemanej współpracy z bezpieką informowały media, jest wystarczającym dowodem na to, że przeszłość ta nie stanowi dla Benedykta XVI problemu. Jest to tym wyraźniejsze, że nikt z hierarchów (w tym najbardziej zainteresowany, czyli nominat czy ktokolwiek ze Stolicy Apostolskiej) nawet nie próbował wyjaśniać publicznie sprawy przeszłości nowego metropolity, tak jakby w ogóle ona nie istniała w przestrzeni publicznej.
Ta decyzja personalna wraz z towarzyszącymi jej zaniechaniami może być zatem traktowana jako ostateczna egzegeza papieskich słów wypowiedzianych podczas pielgrzymki do Polski w archikatedrze św. Jana. "Trzeba unikać aroganckiej pozy sędziów minionych pokoleń, które żyły w innych czasach i w innych okolicznościach. Potrzeba pokornej szczerości, by nie negować grzechów przeszłości, ale też nie rzucać lekkomyślnie oskarżeń bez rzeczywistych dowodów, nie biorąc pod uwagę rozmaitych ówczesnych uwarunkowań" - mówił wówczas Benedykt XVI. I choć te słowa odczytywali jako wsparcie dla swoich działań tak zwolennicy, jak i przeciwnicy lustracji w Kościele - to teraz widać już wyraźnie, że oznaczały one zdystansowanie się od projektu otwartej publicznej (a nie tylko wewnątrzkościelnej) debaty nad kwestią winy, kary i pojednania.
Papieska teologia lustracji…
Ponowne odczytywanie tych papieskich słów trzeba zacząć od osób, do których zostały one wypowiedziane. Benedykt XVI zwracał się do duchownych, a nie do świeckich. To zaś może oznaczać, że papież uznał, że sprawę odpowiedzialności za dawne przewinienia, oczyszczenia i ewentualnie ukarania winnych załatwić należy w wewnętrznym gronie zaufanych duchownych, nie wyciągając tego na zewnątrz i nie informując o szczegółach zwykłych wiernych. Podejrzenie to wzmacnia jeszcze ostatnia nominacja. Jak informowały media (a nieoficjalnie potwierdzali to w rozmowach duchowni blisko związani ze Stolicą Apostolską), papież był poinformowany o lustracyjnych podejrzeniach wobec biskupa Wielgusa, osobiście zajął się tą sprawą i uznał, że nie stanowi ona problemu. Tyle że zamiast poinformować o takim stanowisku (niekoniecznie ustami Benedykta XVI), zdecydowano się udawać, że sprawy w ogóle nie ma, a ci, którzy próbują o niej mówić, "nie ufają Ojcu Świętemu”.
Decyzja ta, jeśli nawet nie traktować jej jako wyrazu głębokiej nieufności do eklezjalnego zmysłu wiernych świeckich, pozostaje bez wątpienia dowodem na niechęć do przejrzystości instytucji kościelnych. Pokazuje ona także, że prawo do wiedzy o przeszłości duchownego ma tylko jego przełożony, pozbawieni zaś jej zostają wierni, którymi dany duszpasterz ma się zajmować.
O wiele radykalniej niż w maju należy też obecnie rozumieć papieskie wezwania do ostrożności w ferowaniu wyroków. Jak pokazują dalsze debaty lustracyjne - papieżowi mogło nie tylko chodzić o zachowanie historycznej rzetelności, ale także o wzięcie pod uwagę wszelkich okoliczności tamtych upadków. Wiele wskazuje więc na to, że Benedyktowi XVI bliżej jest to tych spośród polskich duchownych, którzy nieustannie przypominają, że ci, którzy chcieli robić kariery naukowe i wyjeżdżać za granicę, nie mieli innego wyjścia niż rozmowy z bezpieką, niż do tych, którzy każdy taki czyn oceniają jako jednoznacznie zły i wymagający pokuty. Donoszenie (a przynajmniej opowiadanie o nich ludziom przeszkolonym do tego, by ich niszczyć) na przyjaciół i znajomych miało być zatem ceną za w miarę normalne funkcjonowanie Kościoła i jego instytucji...
Polska realizacja teologii lustracji
Papieska "teologia lustracji” - kładąca o wiele mocniejszy akcent na okoliczności niż obiektywną ocenę czynów oraz na miłosierdzie niż sprawiedliwość - jest konsekwentnie realizowana przez polskich biskupów. W przyjętym przez Episkopat „Memoriale” hierarchowie wprost uznają, że księża, którzy zdecydowali się na współpracę, są ofiarami systemu, a zatem nie można jednoznacznie oceniać ich działań. "Chodzi o to, aby spojrzeć na problem lustracji w nieco inny sposób, aby chcąc dobra, nie pomnażać krzywd, których wielu ludzi już i tak doznawało w czasach niewol"i – mówił abp Józef Michalik, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski. Równie mocno jak papież polscy biskupi próbują uznać dyskusję nad upadkami ludzi Kościoła wyłącznie za wewnętrzną sprawę duchownych. Abp Michalik wprost apelował do duchownych, by ci nie wynosili poza Kościół (niestety rozumiany tylko jako kler) spraw związanych ze współpracą duchownych z SB.
Taka teoria lustracji jest nie do pogodzenia z postawą ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego. Dla niego ujawnić prawdę trzeba nie tylko przed przełożonymi, ale także przed tymi, wobec których grzechy były popełniane. Jego zdaniem nie ma powodów, by wiedzę o upadkach niektórych duchownych katolickich zachowywać tylko dla ich przełożonych. On wreszcie jest zdania, że choć zbadanie okoliczności jest konieczne, to egzystencjalne czy osobiste uwarunkowania decyzji poszczególnych duchownych nie mogą przesłaniać samej moralnej natury ich czynów. I właśnie ta teologia (a nie niechęć do samego księdza) jest głównym przedmiotem krytyki biskupów. To ona stała się podstawą do sformułowania opinii zawartej w komunikacie ogłoszonym przez kurię krakowską w październiku, iż "dotychczasowe wypowiedzi księdza w mediach wywoływały zgorszenie wiernych, wpływały niszcząco na wspólnotę Kościoła i wypaczały obraz kapłana katolickiego”.
Rycerze przegranej sprawy
Po ostatnich decyzjach personalnych Stolicy Apostolskiej widać wyraźnie, że od tej krakowskiej opinii ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski nie znajdzie odwołania. Jeśli bowiem papież i kuria rzymska nie uznają za przeszkodę w mianowaniu na metropolitę warszawskiego krążących informacji o rzekomej współpracy duchownego z bezpieką i nie próbują nawet wyjaśnić źródeł takiej decyzji (być może w pełni uzasadnionej!) – to trudno oczekiwać, by uznały za odpowiednie zachowania ks. Zaleskiego, który całą swoją ostatnią działalnością sprzeciwia się takiej postawie. Jeśli Watykan nie chce jasnej debaty publicznej i kościelnej na temat przeszłości – to trudno, by chcieli tego polscy biskupi.
A najmocniej doświadczy tego ks. Zaleski. Już w kilka dni po symbolicznej dla sprawy lustracji nominacji biskupa Wielgusa pojawiły się kolejne sygnały, że wszelkie, nawet prywatne jego starania o oczyszczenie krakowskiego Kościoła są skazane na porażkę. Najpierw kuria krakowska poinformowała, że kard. Stanisław Dziwisz nie będzie zapoznawał się z treścią książki ks. Zaleskiego, zanim zostanie ona opublikowana, a krótko potem prezes wydawnictwa Znak wydał oświadczenie, w którym uznał za warunek konieczny publikacji książki zgodę kardynała oraz zdjęcia z krakowskiego duszpasterza kar dyscyplinarnych nałożonych na niego przez kurię. Oświadczenie prezesa zarządu wydawnictwa Znak w zasadzie zamyka sprawę publikacji książki ks. Zaleskiego w tym wydawnictwie. Ks. Zaleski nie jest bowiem w stanie spełnić stawianych warunków, a kuria krakowska na pewno nie będzie mu tego ułatwiać.
Wszystkie te sygnały pokazują jednoznacznie, że proces oficjalnej lustracji Kościoła w Polsce dobiegł już końca. Jej katoliccy zwolennicy zostali już albo zmuszeni do milczenia decyzjami administracyjnymi, albo zamilkli, widząc daremność swoich starań. Problem polega tylko na tym, że trudno to uznać za sukces hierarchii. Odkrywanie ciemnych kart przeszłości Kościoła i tak będzie się odbywać. Tyle że zamiast ludzi Kościoła robić to będą jego przeciwnicy, dla których lustracja to nie narzędzie uzdrowienia relacji czy pojednania, ale broń przeciwko katolicyzmowi w Polsce. I takie będą rzeczywiste skutki zakończenia nigdy nierozpoczętej lustracji w polskim Kościele.
Tomasz P. Terlikowski, doktor filozofii, tłumacz, publicysta Polskapresse. Ostatnio ukazała się jego książka „Moralny totalitaryzm. Bioetyczne dylematy współczesności”. Przygotowuje do druku tłumaczenie „Cudów Ewangelii” Sergiusza Bułgakowa.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|