Wielu z nas zawsze uważało Wojciecha Jaruzelskiego za zbrodniarza. Człowieka, który ma ręce umazane krwią wielu niewinnych ofiar.
Choć prawdopodobnie sam nigdy nie pociągnął za spust, strzelając komuś w głowę, nikogo osobiście nie zakatował na śmierć, to przecież dziesiątki, a może setki ludzi zginęły w wyniku jego decyzji politycznych. Za jego wiedzą i cichą aprobatą. W imię rzekomo wyższych celów.
Nie mieliśmy wątpliwości, że Jaruzelski co najmniej kilkakrotnie działał wbrew interesowi Polski, wysługując się bolszewickiej Rosji. Gdyby miał być za niektóre swoje czyny sądzony zgodnie z prawem wojennym, spotkałaby go najwyższa kara.
Jednak wobec powikłań naszych powojennych losów, a głównie z powodu uzależnienia Polski od Związku Radzieckiego, przestępcza działalność Jaruzelskiego w wielu przypadkach jest do dziś usprawiedliwiana. I do dziś wielu jego czynów sądy nie są w stanie ocenić zgodnie z duchem prostej, ludzkiej sprawiedliwości.
Czarna karta młodości
Wojciech Jaruzelski chlubi się swoim rodowodem szlacheckim, tym, że pochodzi z zamożnej rodziny ziemiańskiej w Trzecinach, rozpostartych nad rzeczką Brok wpadającą do Bugu. Lubi też wspominać rodzinną posiadłość otoczoną wspaniałą przyrodą, cudownymi krajobrazami, lubi podkreślać swoją miłość do zwierząt, a szczególnie do koni i psów.
To stamtąd cała rodzina Jaruzelskich uciekła na Litwę, a po podbiciu tego kraju przez Rosję w 1940 roku została zesłana na Syberię.
Pod bolszewickim knutem w syberyjskiej tajdze młody Jaruzelski karczował lasy. Tamte czasy owiane są mgłą tajemnicy; znamy je jedynie z relacji samego Jaruzelskiego. Jak twierdzi, po nieudanej próbie ucieczki do armii generała Andersa, znalazł się w szkole oficerskiej w Riazaniu. A stamtąd trafił do armii Berlinga, z którą przeszedł jako zwiadowca szlak bojowy do Odry i Łaby.
To właśnie wtedy, w wieku 22 lat, dawny ministrant katolicki stał się prawdziwym komunistą.
Zaraz po zakończeniu wojny Polski Jaruzelski przez ponad dwa lata walczył z oddziałami, jak się wówczas mówiło, podziemia antykomunistycznego w okolicach Częstochowy i Piotrkowa Trybunalskiego. Dziś wiadomo, że byli to żołnierze AK i WiN. To właśnie wtedy został agentem najbardziej zbrodniczej komórki w armii - Informacji Wojskowej, a w połowie 1946 roku przybrał pseudonim "Wolski".
Ktoś próbował zniszczyć ślady tego haniebnego fragmentu biografii Wojciecha Jaruzelskiego. Ale nie udało się do końca zamazać faktu, że był tajnym agentem Informacji. Trzeba pamiętać, że Informacja Wojskowa została utworzona przez kontrwywiad Armii Czerwonej i była całkowicie uzależniona od Związku Radzieckiego.
Bardzo szybko stała się narzędziem masowych represji popełnianych na żołnierzach Wojska Polskiego, Armii Krajowej oraz ludności cywilnej. W porównaniu z Informacją Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego, słynące przecież z okrucieństwa i bezwzględności, mogłoby uchodzić za oazę praworządności.
To dzięki Informacji Wojskowej, która dostarczała prokuraturze fałszywych oskarżeń w wyniku sfingowanych procesów w latach 50., wydawano wyroki śmierci na przedwojennych wysokich rangą dowódców. Wcześniej za pomocą tortur i psychicznego znęcania się wydobywano od nich obciążające ich samych zeznania.
Właśnie tak, po politycznych "pokazówkach" w najczarniejszym okresie terroru stalinowskiego w Polsce, zginęło wielu oficerów.
Młody agent Informacji Wojciech Jaruzelski jako człowiek przenikliwy i obdarzony dużą inteligencją musia zdawać sobie sprawę, komu i w jakim celu służy. Zniszczone materiały o agenturze Jaruzelskiego nie pozwalają dowiedzieć się, kto był jego oficerem prowadzącym. Jedna z niepotwierdzonych teorii głosi, że mógł nim być generał Czesław Kiszczak.
Tak się bowiem składa, że Kiszczak, który do 1981 roku był związany z tajnymi służbami wojskowymi, awansował na coraz wyższe stanowiska Wojciecha Jaruzelskiego, by w końcu uczynić go ich szefem. Począwszy od lat 70., Jaruzelski i Kiszczak stanowili nierozłączną parę; tak było aż do początku lat 90., gdy obaj musieli pożegnać się z władzą.
Tłumienie i czystki
Na przełomie sierpnia i września 1968 roku Wojciech Jaruzelski, jeden z najmłodszych wówczas generałów Ludowego Wojska Polskiego, dowodzi 2. Armią Wojska Polskiego, która pomaga brutalnie stłumić tzw. praską wiosnę.
W ramach operacji "Dunaj" na czele polskich żołnierzy, wykonując rozkazy generała Jurija Pawłowskiego, który koordynował akcję interwencji w Czechosłowacji, Jaruzelski zajmuje miasto Hradec-Kralowe.
Oficjalnie mówiło się wtedy o "ochronie sąsiedzkiego kraju przed przejęciem władzy przez siły socjalistyczne", o "udaremnieniu reakcyjnego przewrotu i zapobieżeniu przelewowi krwi". Ale wszyscy wiedzieli, że to militarny, stłumiony przemocą na rozkaz Moskwy zryw do wolności narodów czeskiego i słowackiego.
Wcześniej, w czerwcu 1967 roku, Władysław Gomułka mówiąc o polskich Żydach jako piątej kolumnie, dał sygnał do czystek kadrowych. Ich początkiem była fala wykluczeń z partii na uczelniach i wielu innych instytucjach cywilnych.
Jednak największe czystki miały miejsce w wojsku; odpowiedzialność za nie ponosi głównie Wojciech Jaruzelski, który pełnił wówczas funkcję szefa Sztabu Generalnego. Skreślenie z partii było wtedy tożsame z automatycznym wyrzuceniem z wojska.
Wystarczyło, że żona oficera była pochodzenia żydowskiego; w ten sposób armia pozbyła się ponad 150 wysokich rangą oficerów. To właśnie ta czystka - twierdzą historycy wojskowi - utorowała Jaruzelskiemu drogę do dalszych awansów.
W nagrodę za dobrą służbę na rzecz socjalizmu, rok po interwencji w Czechosłowacji Rosjanie zaprosili go do Moskwy na dwumiesięczny kurs strategiczno-operacyjny w Akademii Wojskowej im. Woroszyłowa.
Już rok później wiedzę zdobytą na tym kursie Jaruzelski miał okazję zastosować w praktyce. To właśnie on był jednym z dwóch wysokich rangą dowódców armii obecnych podczas odprawy w Komitecie Centralnym partii, na której Władysław Gomułka dał polecenie krwawej rozprawy z protestującymi mieszkańcami Wybrzeża.
Wojciech Jaruzelski był już w tym czasie najwyższym dowódcą wojska, ministrem obrony narodowej.
W grudniu 1970 roku oficjalnie zginęły 44 osoby, a ponad 110 zostało rannych.
Do dziś sąd nie potrafi wydać ostatecznego wyroku na Wojciecha Jaruzelskiego i kilku innych generałów odpowiadających za tamtą zbrodnię na Wybrzeżu.
Dziś generał broni się, że rozkaz strzelania do robotników został wydany na najwyższym szczeblu kierownictwa PZPR. A przecież on, jako zastępca członka Biura Politycznego, do tego gremium nie należał. I właśnie dlatego, jak przekonuje, nie ponosi żadnej odpowiedzialności za tamte tragiczne wydarzenia.
Stan wojenny
Podobną taktykę, taktykę człowieka przypadkowo wplątanego w dramatyczne wydarzenia o tragicznych skutkach, Wojciech Jaruzelski stosuje wobec najcięższego przestępstwa na jego koncie: stanu wojennego. Wtedy zdawało się, że bolesne doświadczenia z ostatnich dziesięcioleci, gdy Polacy w mundurach milicyjnych i wojskowych strzelali do własnych braci, nigdy się już nie powtórzą.
Tymczasem Wojciech Jaruzelski decyzją o wprowadzeniu stanu wojennego przywracał te karygodne czyny z powrotem do życia. To on kierował tysiące ludzi do więzień zwanych obozami dla internowanych. To on wraz z gen. Kiszczakiem dawał zgodę na strzelanie do protestujących górników, i to on aprobował po cichu skrytobójcze mordy na kapelanach związanych z podziemną opozycją.
Wojciech Jaruzelski od wielu lat konsekwentnie kreuje swój wizerunek człowieka, który działał w niezwykle trudnych warunkach, ale miał zawsze dobrą wolę i nie skrzywdziłby nawet muchy. Niczym bohater komedii Moliera udaje świętoszka, na którego spadają niezasłużone oskarżenia. Próbuje przekonać, że zawsze miał na celu dobro Polski i Polaków. Tylko że fakty temu przeczą.
Od kopalni Wujek do zabójstwa księdza Zycha
Jaruzelski nigdy nie odpowiadał przed sądem za wydarzenia w kopalni Wujek. Ale przecież to on był co najmniej współautorem wszystkich tragicznych wydarzeń w latach 1981-1989.
Za krwawą pacyfikację kopalni Wujek w Katowicach 16 grudnia 1981 roku bezpośrednio odpowiada były szef MSW gen. Czesław Kiszczak; zginęło wówczas 9 górników, a 16 zostało rannych.
Dziś Wojciech Jaruzelski zdaje sobie sprawę, że skazanie Kiszczaka, który wydał tajny szyfrogram pozwalający specjalnemu plutonowi ZOMO strzelać do górników, obciążyłoby również jego samego. Właśnie dlatego broni przed sądem Kiszczaka i zapewnia, że to nie on wydał rozkaz otwarcia ognia do górników.
Obaj - Jaruzelski i Kiszczak - próbują oszukać sąd i obciążyć tamtymi wydarzeniami nieżyjącego już generała Jerzego Grubbę, ówczesnego szefa śląskiej milicji.
W czasie stanu wojennego zginęło w niewyjaśnionych okolicznościach blisko stu ludzi związanych z Solidarnością; począwszy od uczniów szkół średnich, poprzez studentów i działaczy podziemnej S, aż po znanych duchownych, którzy nie godzili się na łamanie prawa przez ówczesną ekipę, na niesprawiedliwość i poniżanie ludzi.
To generał Jaruzelski - jako pierwsza wówczas osoba w państwie - odpowiada za najbardziej głośne zbrodnie i zabójstwa tamtych czasów; za śmiertelne pobicie warszawskiego maturzysty Grzegorza Przemyka, syna opozycyjnej poetki Barbary Sadowskiej.
Grzegorz pobity na posterunku milicyjnym na warszawskiej Starówce dzień później zmarł w szpitalu z powodu wewnętrznych urazów. To przecież Jaruzelski musiał zdecydować, by całe śledztwo skierować na ludzi, którzy nie mieli z tą śmiercią nic wpólnego. Chodziło o to, by ukryć prawdziwych sprawców, milicjantów z komisariatu na Jezuickiej.
To Jaruzelski w pośredni sposób jest winny śmierci księdza Jerzego Popiełuszki, bo to on razem z Kiszczakiem stworzył atmosferę, w której oficerowie Służby Bezpieczeństwa używali brutalnej przemocy jako naturalnego sposobu walki z niewygodnymi duchownymi.
Ten klimat przyzwolenia dla bezprawnych działań służb specjalnych, i cywilnych i wojskowych, był przyczyną śmierci innych przedstawicieli katolickiego duchowieństwa - księży Stanisława Suchowolca, Stefana Niedzielaka i Sylwestra Zycha.
"Nie mieliśmy wątpliwości, że Wojciech Jaruzelski co najmniej kilkakrotnie działał wbrew interesowi Polski, wysługując się bolszewickiej Rosji. Gdyby miał być za niektóre swoje czyny sądzony zgodnie z prawem wojennym, spotkałaby go najwyższa kara - pisze w DZIENNIKU publicysta Jerzy Jachowicz.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Reklama
Reklama
Reklama