Dziennik Gazeta Prawana logo

"Kaczyński przetrwa bunt"

13 października 2007, 14:32
Ten tekst przeczytasz w 9 minut
Największą słabością Marka Jurka jest jego brak zdolności organizacyjnych do budowy ogólnokrajowej partii. Polityk ten to materiał na typowego ideologa, lecz nie majstra od ciężkiej partyjnej roboty - pisze w DZIENNIKU Janusz Rolicki, publicysta.
Irredenta marszałka Marka Jurka z PiS wywołuje mieszane uczucia wśród obserwatorów. Po pierwszym zaskoczeniu górę bierze przekonanie, że tak naprawdę nic szczególnego się nie stało. Jestem odmiennego zdania.
Przy tej okazji marszałek Sejmu, jak nigdy dotąd, wysłuchał wielu komplementów ze strony i opozycji, i komentatorów zadowolonych zapewne z kłopotów, jakich przysporzył partii Kaczyńskiego. Z wypowiedzi marszałka i jego akolitów można już ułożyć minibiblioteczkę z wieloma artykułami objaśniającymi zalety Marka Jurka. Szacunek dla secesjonisty, który na zew chwili porzucił najwyższe godności i nieomal o żebraczym kiju wyruszył na krucjatę, objawiają też porzuceni koledzy partyjni, którzy nie mogą się nachwalić licznych zalet tego polityka.

Krótki rozpęd
Pod naporem tych wydarzeń premier w pierwszej chwili zapowiedział rewizję swej polityki w sferze aborcyjnej i poinformował, że celem skutecznego uzupełnienia konstytucji zostanie powołana międzypartyjna grupa posłów do pracy nad tym problemem. Jednak zaledwie kilka dni po złożeniu tych obietnic nie pozostały już właściwie żadne ślady. Wydaje się, że po pierwszym szoku szef PiS powrócił do normy i zaczął prostować swą linię polityczną. Celem doraźnym jest, jak mniemam, przywrócenie w koalicji statusu quo ante.

Jest to zwrot nie do przecenienia, albowiem jeszcze w sobotę można było sądzić, że klub Marka Jurka będzie na scenie politycznej pełnił funkcję podobną do psiego ogona, który merda psem. Wręcz wyglądało, że marszałek tak dalece osłabi swą byłą partię, iż niebawem będzie mógł zdecydowanie wpływać na kształt linii politycznej rządu. Czyli że jego słowo będzie znaczyło więcej niż w dniach, kiedy był wiceprzewodniczącym PiS. Rachuby te były niebezpodstawne pod warunkiem, że klubowi Jurka udałoby się odgrywać rolę języczka u wagi w rządzącej koalicji.

Niespodziewanie okazało się, że strach Kaczyńskiego przed secesją ma dziś mniejsze oczy niż kilka dni temu. Może sprzyja temu to, że za Jurkiem nie opowiedziało się trzydziestu czy czterdziestu posłów, jak niektórzy oczekiwali. Secesja pięciu czy siedmiu szabel jest dla Jarosława Kaczyńskiego absolutnie do przyjęcia. Niczego bowiem nie zmienia w arytmetyce sejmowej. Koalicja bez tej piątki zachowuje swą bezpieczną przewagę. Gdy z tego punktu widzenia spojrzy się na krok Marka Jurka, trzeba stwierdzić, że został on dokonany po partacku.

Trzy lata temu, gdy ówczesny marszałek Sejmu Marek Borowski, również powołując się na względy ideowe - tam chodziło co prawda o korupcję, a nie Pana Boga - rozbijał partię stworzoną przez Millera, zapewnił sobie poparcie ponad trzydziestu posłów. Sprawiło to, że Miller pod naciskiem prezydenta Kwaśniewskiego uznał, że nie ma sensu kopać się z koniem i podał swój gabinet do dymisji.

Jarosław Kaczyński w porównaniu z Millerem jest jednak - jak na razie - w komfortowej sytuacji. Secesja jest śladowa, a prezydentem rodzony brat. Stąd biorą się jego publiczne wezwania, aby Jurek zjednoczył swe siły z Romanem Giertychem. Dla uszu marszałka ta propozycja musi brzmieć prawdziwie bezczelnie.

Ideolog, nie polityk
Największą w obecnej sytuacji słabością Marka Jurka jest niewątpliwie jego brak zdolności organizacyjnych do budowy ogólnokrajowej partii. Jak się wydaje, polityk ten to materiał na typowego ideologa, lecz nie majstra od ciężkiej partyjnej roboty. Swego czasu na przykład zasłynął jako organizator wycieczki polityków prawicowych do Augusto Pinocheta, eksdyktatora Chile internowanego w Wielkiej Brytanii na polecenie hiszpańskiego sędziego.

Nie wiem, w jakim stopniu wizyta Jurka i kwiaty pomogły temu politykowi, uznawanemu przez cały świat liberalny i lewicowy za zbrodniarza winnego śmierci tysięcy przeciwników politycznych. W każdym razie gest obecnego marszałka wobec krwawego dyktatora należy uznać za przejaw już nie pragmatyzmu politycznego, lecz czystej hipokryzji. Najwyraźniej bowiem to, że generał był aktywnym katolikiem chętnie przyjmującym komunię, stanowił dla obecnego marszałka okoliczność oczyszczającą go z zarzutu popełnionych zbrodni.

Przypominam tamto wydarzenie, aby uświadomić, że białe nie zawsze musi być białe. Stąd uważam, że dzisiaj dosyć powszechne zachwyty nad krystaliczną czystością moralną zaożyciela nowej partii powinny być nieco stonowane. Zresztą potwierdza to półtoraroczny okres kierowania przez niego Sejmem. Nie wahał się używać swej władzy marszałkowskiej w sytuacjach wątpliwych, takich jak ubiegłoroczne zawirowania polityczne przy uchwalaniu budżetu.

Przypomnę, że wówczas zdesperowani posłowie stanowiący przez chwilę większość z racji dyktatu marszałka chcieli obradować poza gmachem Sejmu, gdyż salę sejmową mieli mieć zamkniętą. Dyktat marszałka przejawiał się też w karnym realizowaniu wszelkich zaleceń partyjnych, takich jak chociażby długie przetrzymywanie w przepastnych szufladach marszałkowskich projektów ustaw niewygodnych dla partii rządzącej. Dzięki temu Lepper wciąż może sobie bimbać z sądu, bo ustawa pozbawiająca osoby skazane biernego prawa wyborczego nie może ujrzeć światła dziennego.

Po tej dygresji warto powrócić do wątku, któremu na imię organizacyjne uzdolnienia marszałka. Jak dotąd niczym się w tym względzie nie wyróżnił i jeśli w jego zapleczu nie pojawi się jakiś Schetyna czy inny Janik, niezmiernie trudno mu będzie zorganizować nową machinę partyjną.

Skąd wieją wiatry
Po chwilowym szoku Kaczyński zorientował się, skąd wieją niekorzystne wiatry. Dopóki oszołomiony wzywał Jurka do współpracy i zachęcał do działań koalicyjnych, dopóty stanowił potencjalną igraszkę w jego ręku. Jurek bowiem jako koalicjant był bardzo niebezpieczny dla spoistości rządzącej partii. Po pierwsze, mógł stale wzywać i ponaglać rząd do realizacji swej fundamentalistycznej wizji polityki katolickiej; a po drugie, uzyskałby bardzo wdzięczną pozycję do podejmowania dalszych działań rozłamowych.

Niepisana zasada, że rebelianci partyjni i ideowi stają się z dnia na dzień głównymi wrogami, wynika właśnie z ich destrukcyjnych możliwości. Stąd nieprzypadkowo Trocki był dla Stalina (do czasu) większym wrogiem niż Hitler, a Luther z Kalwinem byli dla Watykanu gorsi od islamu. Dlatego współpracę między Jurkiem a Kaczyńskim widzę w czarnych barwach. I to nie z powodu jakichś cech charakterologicznych obu polityków, lecz niepisanej zasady, która stała się prawidłowością. Zgodnie z nią do dziś najprzykrzejsze rzeczy opowiadają o sobie Miller z Borowskim...

Konsekwencją przemyśleń premiera stało się najwyraźniej wezwanie Jurka do podjęcia współpracy z Giertychem. Widać, że premier liczy, iż obaj ci politycy nie tylko nie stworzą wspólnie potężnej partii katolickiej - chcąc nie chcąc konkurentki dla PiS - lecz raczej wzajemnie się uwikłają w spory, które dla ich politycznej przyszłości okażą się zabójcze.

Jeśli Marek Jurek nie wykorzysta swych pięciu minut, czeka go prezesura w partii kanapowej bądź posada przybocznego Giertycha. Przeciwko dzisiejszemu marszałkowi z każdym dniem coraz mocniej będzie pracowało opadnięcie emocji wywołanych szumem wokół zmian konstytucyjnych. Znamienne jest na przykład, że ojciec Rydzyk - nie tylko animator medialny, lecz także promotor skrajnych i dogmatycznych ruchów katolickich - coraz bardziej kieruje się dziś rozsądkiem, a nie emocjami.

Jego spotkanie po powrocie z Ameryki z Jarosławem Kaczyńskim w pierwszym wolnym terminie dowodzi, że stara się patrzeć na politykę realistycznie. Stąd tak bliski mu ideowo Marek Jurek, a także potulny już Roman Giertych nie są warci razem i osobno konfliktu z premierem. Ten wzgląd na realia polityczne musi, chcąc nie chcąc, doprowadzić do marginalizacji politycznej, tak obecnego marszałka, jak i lidera LPR.

Kaczyński wybrał przyszłość
Secesja marszałka Jurka wywarła wpływ nie tylko na polską politykę, lecz także zmusiła premiera do przewartościowania wielu spraw. Po pierwsze, nie ma on już zamiaru trwać za wszelką cenę do wyborów za dwa lata. Najwyraźniej jest dziś skłonny do działań wyprzedzających ruchy rywali.

Te działania to zapowiedziana decyzja rozwiązania parlamentu, jeśliby tylko secesja Jurka przybrała niebezpieczne dla jego partii rozmiary. Doświadczenia poprzednich rządów tak Millera, jak Buzka dowodzą, że premier czekający na poprawę niekorzystnych dla siebie tendencji skazuje swą partię na klęskę, a siebie na polityczną anihilację. Jarosław Kaczyński - jak sam powiedział w rozmowie z DZIENNIKIEM - woli oddać władzę, aby zachować w przyszłości mocną pozycję w ławach opozycji. Ponadto chyba dojrzewa do rozwiązań, które na skróty i - powiedzmy szczerze - niezbyt demokratycznie przybliżą nas do systemu dwupartyjnego.

Rozważana dziś poufnie koncepcja podniesienia progu wyborczego do 8 punktów wyeliminuje z Sejmu drobnicę partyjną. PiS wspólnie z PO, mając przychylność prezydenta, może tego dokonać bez zbytniego wysiłku. Więcej, przyjęcie ustawy pozbawiającej osoby po wyrokach karnych biernego prawa wyborczego musi doprowadzić do upadku tak Leppera, jak Samoobrony. A to skutkowałoby prawdopodobnym przejęciem przez PiS znacznej części elektoratu nie tylko tej partii, ale i LPR. W tej sytuacji przyszły Sejm miałby nie pięć czy sześć klubów i kół poselskich, lecz trzy reprezentacje parlamentarne: PiS, PO i LiD. Pamiętajmy, że nawet w opozycji, lecz za to z poparciem prezydenta, PiS mogłoby budować skutecznie przyczółki do przyszłego mocniejszego niż dziś zwycięstwa.

Marek Jurek uruchomił procesy, nad którymi nie jest już w stanie zapanować. Wyznam, że jeszcze niedawno sądziłem, iż partia marszałka Sejmu będzie pełniła funkcję ogona, co merda rządem i koalicją. Do tego jednak było niezbędne jedno: większe osłabienie Jarosława Kaczyńskiego. Dziś jednak, gdy premier przetrwał kryzys, czekają nas poważne przegrupowania polityczne, które najprawdopodobniej doprowadzą do nowych wyborów i nowego rozdania kart. Trzeba jednak pamiętać, że ten, kto tasuje karty, zyskuje na tym dodatkowe punkty.
Janusz Rolicki - historyk, publicysta. Obecnie związany z "Faktem"
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj