Konsekwencje prawne w stosunku do osób, które oświadczeń nie złożą, są bardzo dotkliwe i niewspółmierne do winy. Naruszają też w odczuciu pracowników wyższych uczelni autonomię i kulturę funkcjonowania naszego środowiska - mówi DZIENNIKOWI Tadeusz Luty, Przewodniczący Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich.
Witold Głowacki: 20 kwietnia rektorzy polskich uczelni spotkali się z prezydentem Kaczyńskim. Czy to krok w stronę rozwiązania sporu o lustrację środowisk
akademickich?
Tadeusz Luty: Wyjaśniliśmy z prezydentem dość podstawowe kwestie. Po pierwsze - zaznaczyliśmy, że nie występujemy jako przeciwnicy ogólnej idei lustracji. Stwierdziliśmy tak w nawiązaniu do medialnych informacji po wcześniejszym spotkaniu prezydenta z grupą profesorów, które sugerowały, że prezydent spotkał się najpierw ze zwolennikami lustracji środowisk akademickich - tak jak gdyby rektorzy byli tej lustracji przeciwni.
To ze strony rektorów. A ze strony prezydenta?
Prezydent Kaczyński bardzo wyraźnie stwierdził, że przy tworzeniu nowelizacji ustawy lustracyjnej ani przez chwilę nie kierował się chęcią skłócenia środowiska akademickiego. Nie brał też pod uwagę możliwości powstania tak ostrego sporu na wyższych uczelniach.
Prezydent wybrał odpowiednie forum? Ta deklaracja zostanie dostrzeżona na polskich uczelniach?
Wyraźnie usłyszeliśmy, że pewnych reakcji środowiska prezydent nie przewidział i że mu absolutnie nie zależy na skonfliktowaniu naszego środowiska. Konferencja rektorów była chyba odpowiednim forum do tego rodzaju deklaracji - reprezentujemy całe środowisko, a zarazem powołani zostaliśmy także właśnie po to, by łagodzić rozmaite spory w świecie naukowym. W tej sytuacji mamy po prostu obowiązek działać kojąco. I właśnie to staramy się czynić.
Nie da się jednak ukryć, że do ukojenia jeszcze daleko. W środowisku akademickim ujawniły się przecież bardzo głębokie podziały.
Ten spór w moim przekonaniu nie dotyczy samego procesu lustracji, tylko tego, czy stosować bardzo obecnie niedoskonałą ustawę działającą przede wszystkim poprzez kontrowersyjne dla znacznej części środowiska oświadczenia lustracyjne.
Ale liczni, często wielcy, profesorowie twierdzą, że czują się przez tę ustawę po prostu upokorzeni.
Tak. To prawda. Mam jednak wrażenie, że nie jest to aż taka liczna grupa, jak się sądzi. Co ważne - w tych wszystkich dyskusjach i rozumowaniach, które prowadzą do tego, że niektórzy z członków naszej społeczności nie składają oświadczeń, używa się bardzo różnych argumentów i odwołań do różnych wartości, które każdy z nas rozumie nieco inaczej. Ta sprawa nie jest jednoznaczna. Starałbym się uszanować zdanie obu stron, ale równocześnie postarałbym się o takie regulacje prawne, które by zakończyły ten spór. Jak najszybciej.
Czy oświadczenia to jedyna według pana wada ustawy lustracyjnej?
Jest tych wad kilka. Oświadczenia - zdaniem części środowiska - naruszają konstytucyjną zasadę wolności prowadzenia badań naukowych. Po drugie, konsekwencje prawne w stosunku do osób, które oświadczeń nie złożą, są bardzo dotkliwe i niewspółmierne do winy. Naruszają też w odczuciu pracowników wyższych uczelni autonomię i kulturę funkcjonowania naszego środowiska. Pamiętajmy, że na wyższych uczelniach wszystkie decyzje dotyczące ewentualnego zwalniania z pracy były zawsze podejmowane przy współudziale gremiów akademickich. Nowa ustawa lustracyjna przewiduje natomiast dla osób, które nie złożą oświadczeń lustracyjnych, natychmiastowe zwolnienie z mocy prawa.
Z tym wiąże się kolejny problem - mianowicie ten, że w wypadku odmowy złożenia przez kogoś oświadczenia, to na nas, rektorach spoczywa obowiązek powiadomienia takiego pracownika, że z mocy prawa utracił pracę. To jest oczywiście dość jawne zrzucenie przez ustawodawcę odpowiedzialności na rektorów.
Wszystkie te wady ustawy sprawiają, że pojawia się wśród naukowców frustracja wywołana rozdźwiękiem pomiędzy z jednej strony obowiązkiem prawnym, a z drugiej strony - zwyczajami naszego środowiska.
Czy da się temu jakoś zaradzić?
Myślę, że tak. I że jesteśmy na dobrej drodze. Wraz z kolegami usłyszeliśmy wyraźnie, że pan prezydent nie zdawał sobie sprawy z tego, którędy przebiegają podziały postaw w środowisku akademickim. I to było bardzo ważne wyjaśnienie.
Po drugie, wydaje się, że nie zrozumiano tego, że osoby, które nie chcą złożyć oświadczeń lustracyjnych to specjalna grupa - dla której z góry powinno się przewidzieć inną procedurę. W tej sprawie padła więc z naszej strony propozycja, żeby w nowelizacji ustawy znalazła się zasada, w myśl której osoby, które nie złożą oświadczeń lustracyjnych, zostaną automatycznie zlustrowane z inicjatywy IPN.
To jakby forma kompromisu między pierwotną a znowelizowaną wersją ustawy?
Owszem. Dzięki takiemu rozwiązaniu osoby odmawiające złożenia oświadczenia nie korzystają z tego, co było istotą nowelizacji przez prezydenta. Pierwotna, październikowa wersja ustawy lustracyjnej przewidywała, że środowisko akademickie będzie zlustrowane z urzędu przez Instytut Pamięci Narodowej. To oznaczało, że osoba, której nazwisko znalazłoby się na listach IPN-u, musiałaby dochodzić swojej niewinności - jeśli oczywiście byłaby niewinna - na drodze sądowej. Stało to w sprzeczności z zasadą domniemania niewinności.
Prezydent w nowelizacji ustawy z lutego tego roku odwrócił tę sytuację. Ustawa zakładała, że jeżeli środowisko złoży oświadczenia, to wtedy IPN będzie musiał udowadniać, że ktoś dopuścił się ewentualnego kłamstwa, a dokumenty wskazują na jego dawną współpracę z komunistycznymi służbami. Teraz chodzi o to, by równolegle zastosować obie te metody lustracji.
Da się pogodzić dwa wadliwe rozwiązania?
Według takiej koncepcji osoby nieskładające oświadczeń lustracyjnych zostałyby następnie zlustrowane przez IPN. Gdyby więc się okazało, że IPN je oskarża o współpracę z SB, musiałyby dowodzić swej niewinności. Postawiłyby się zatem w gorszej sytuacji niż ludzie, którzy oświadczenie złożyli. Niemniej jednak byłoby to konsekwencją ich własnego wyboru.
Ta propozycja pozwalałaby uniknąć sytuacji konfliktu sumienia profesorom, którym nie pozwala ono złożyć oświadczenia. Stawiałaby zaś w trudnej sytuacji osoby, które odmawiają tego aktu tylko dlatego, że liczą, iż dzięki temu uda się ukryć niechlubną przeszłość.
Co na to prezydent?
Prezydent - po pierwsze - słuchał i notował te propozycje, a potem zapowiedział, że będzie się konsultował z prawnikami, i obiecał pomóc. Ale obie strony, jak sądzę, czekają przede wszystkim na werdykt Trybunału Konstytucyjnego.
A jeśli nie przełamie on konfliktu?
Wówczas pozostaje nam taka nowelizacja ustawy, która doprowadzi do tego, że środowisko zostanie przejrzane. Ci, którzy chcą sami oświadczać - niech oświadczają. Ci, którzy nie chcą oświadczać - niech nie oświadczają. I skończmy to wreszcie, bo robimy to i tak o siedemnaście lat za późno.
Tadeusz Luty, Przewodniczący Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich, rektor Politechniki Wrocławskiej
Tadeusz Luty: Wyjaśniliśmy z prezydentem dość podstawowe kwestie. Po pierwsze - zaznaczyliśmy, że nie występujemy jako przeciwnicy ogólnej idei lustracji. Stwierdziliśmy tak w nawiązaniu do medialnych informacji po wcześniejszym spotkaniu prezydenta z grupą profesorów, które sugerowały, że prezydent spotkał się najpierw ze zwolennikami lustracji środowisk akademickich - tak jak gdyby rektorzy byli tej lustracji przeciwni.
To ze strony rektorów. A ze strony prezydenta?
Prezydent Kaczyński bardzo wyraźnie stwierdził, że przy tworzeniu nowelizacji ustawy lustracyjnej ani przez chwilę nie kierował się chęcią skłócenia środowiska akademickiego. Nie brał też pod uwagę możliwości powstania tak ostrego sporu na wyższych uczelniach.
Prezydent wybrał odpowiednie forum? Ta deklaracja zostanie dostrzeżona na polskich uczelniach?
Wyraźnie usłyszeliśmy, że pewnych reakcji środowiska prezydent nie przewidział i że mu absolutnie nie zależy na skonfliktowaniu naszego środowiska. Konferencja rektorów była chyba odpowiednim forum do tego rodzaju deklaracji - reprezentujemy całe środowisko, a zarazem powołani zostaliśmy także właśnie po to, by łagodzić rozmaite spory w świecie naukowym. W tej sytuacji mamy po prostu obowiązek działać kojąco. I właśnie to staramy się czynić.
Nie da się jednak ukryć, że do ukojenia jeszcze daleko. W środowisku akademickim ujawniły się przecież bardzo głębokie podziały.
Ten spór w moim przekonaniu nie dotyczy samego procesu lustracji, tylko tego, czy stosować bardzo obecnie niedoskonałą ustawę działającą przede wszystkim poprzez kontrowersyjne dla znacznej części środowiska oświadczenia lustracyjne.
Ale liczni, często wielcy, profesorowie twierdzą, że czują się przez tę ustawę po prostu upokorzeni.
Tak. To prawda. Mam jednak wrażenie, że nie jest to aż taka liczna grupa, jak się sądzi. Co ważne - w tych wszystkich dyskusjach i rozumowaniach, które prowadzą do tego, że niektórzy z członków naszej społeczności nie składają oświadczeń, używa się bardzo różnych argumentów i odwołań do różnych wartości, które każdy z nas rozumie nieco inaczej. Ta sprawa nie jest jednoznaczna. Starałbym się uszanować zdanie obu stron, ale równocześnie postarałbym się o takie regulacje prawne, które by zakończyły ten spór. Jak najszybciej.
Czy oświadczenia to jedyna według pana wada ustawy lustracyjnej?
Jest tych wad kilka. Oświadczenia - zdaniem części środowiska - naruszają konstytucyjną zasadę wolności prowadzenia badań naukowych. Po drugie, konsekwencje prawne w stosunku do osób, które oświadczeń nie złożą, są bardzo dotkliwe i niewspółmierne do winy. Naruszają też w odczuciu pracowników wyższych uczelni autonomię i kulturę funkcjonowania naszego środowiska. Pamiętajmy, że na wyższych uczelniach wszystkie decyzje dotyczące ewentualnego zwalniania z pracy były zawsze podejmowane przy współudziale gremiów akademickich. Nowa ustawa lustracyjna przewiduje natomiast dla osób, które nie złożą oświadczeń lustracyjnych, natychmiastowe zwolnienie z mocy prawa.
Z tym wiąże się kolejny problem - mianowicie ten, że w wypadku odmowy złożenia przez kogoś oświadczenia, to na nas, rektorach spoczywa obowiązek powiadomienia takiego pracownika, że z mocy prawa utracił pracę. To jest oczywiście dość jawne zrzucenie przez ustawodawcę odpowiedzialności na rektorów.
Wszystkie te wady ustawy sprawiają, że pojawia się wśród naukowców frustracja wywołana rozdźwiękiem pomiędzy z jednej strony obowiązkiem prawnym, a z drugiej strony - zwyczajami naszego środowiska.
Czy da się temu jakoś zaradzić?
Myślę, że tak. I że jesteśmy na dobrej drodze. Wraz z kolegami usłyszeliśmy wyraźnie, że pan prezydent nie zdawał sobie sprawy z tego, którędy przebiegają podziały postaw w środowisku akademickim. I to było bardzo ważne wyjaśnienie.
Po drugie, wydaje się, że nie zrozumiano tego, że osoby, które nie chcą złożyć oświadczeń lustracyjnych to specjalna grupa - dla której z góry powinno się przewidzieć inną procedurę. W tej sprawie padła więc z naszej strony propozycja, żeby w nowelizacji ustawy znalazła się zasada, w myśl której osoby, które nie złożą oświadczeń lustracyjnych, zostaną automatycznie zlustrowane z inicjatywy IPN.
To jakby forma kompromisu między pierwotną a znowelizowaną wersją ustawy?
Owszem. Dzięki takiemu rozwiązaniu osoby odmawiające złożenia oświadczenia nie korzystają z tego, co było istotą nowelizacji przez prezydenta. Pierwotna, październikowa wersja ustawy lustracyjnej przewidywała, że środowisko akademickie będzie zlustrowane z urzędu przez Instytut Pamięci Narodowej. To oznaczało, że osoba, której nazwisko znalazłoby się na listach IPN-u, musiałaby dochodzić swojej niewinności - jeśli oczywiście byłaby niewinna - na drodze sądowej. Stało to w sprzeczności z zasadą domniemania niewinności.
Prezydent w nowelizacji ustawy z lutego tego roku odwrócił tę sytuację. Ustawa zakładała, że jeżeli środowisko złoży oświadczenia, to wtedy IPN będzie musiał udowadniać, że ktoś dopuścił się ewentualnego kłamstwa, a dokumenty wskazują na jego dawną współpracę z komunistycznymi służbami. Teraz chodzi o to, by równolegle zastosować obie te metody lustracji.
Da się pogodzić dwa wadliwe rozwiązania?
Według takiej koncepcji osoby nieskładające oświadczeń lustracyjnych zostałyby następnie zlustrowane przez IPN. Gdyby więc się okazało, że IPN je oskarża o współpracę z SB, musiałyby dowodzić swej niewinności. Postawiłyby się zatem w gorszej sytuacji niż ludzie, którzy oświadczenie złożyli. Niemniej jednak byłoby to konsekwencją ich własnego wyboru.
Ta propozycja pozwalałaby uniknąć sytuacji konfliktu sumienia profesorom, którym nie pozwala ono złożyć oświadczenia. Stawiałaby zaś w trudnej sytuacji osoby, które odmawiają tego aktu tylko dlatego, że liczą, iż dzięki temu uda się ukryć niechlubną przeszłość.
Co na to prezydent?
Prezydent - po pierwsze - słuchał i notował te propozycje, a potem zapowiedział, że będzie się konsultował z prawnikami, i obiecał pomóc. Ale obie strony, jak sądzę, czekają przede wszystkim na werdykt Trybunału Konstytucyjnego.
A jeśli nie przełamie on konfliktu?
Wówczas pozostaje nam taka nowelizacja ustawy, która doprowadzi do tego, że środowisko zostanie przejrzane. Ci, którzy chcą sami oświadczać - niech oświadczają. Ci, którzy nie chcą oświadczać - niech nie oświadczają. I skończmy to wreszcie, bo robimy to i tak o siedemnaście lat za późno.
Tadeusz Luty, Przewodniczący Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich, rektor Politechniki Wrocławskiej
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|