Zamiast czystego przykładu walki z korupcją mamy kolejną niejasną aferę. Lider Samoobrony znów wskakuje w szaty ofiary. Dla politycznych organizatorów całej akcji to zła wiadomość. Bo teraz będzie gryzł jak wściekły pies. Odwdzięczy się dawnemu koalicjantowi niejednym bolesnym ukąszeniem. Trafi w czułe miejsca i wykorzysta wszystko, czego dowiedział się, będąc w rządzie. Niezależnie od chwilowych deklaracji, nie cofnie sie przed niczym, by zemścić się na Kaczyńskich. I jak to robił tyle razy w przeszłości, uciec od starych kłopotów w nową awanturę - taki rozwój wypadków to oczywisty wniosek płynący ze znajomości jego życiorysu.

Ale ten sam zestaw informacji pozwala na postawienie jeszcze jednej tezy: tej spirali upadku nie da się już zatrzymać. Jest tak jak przewidywaliśmy w DZIENNIKU po ujawnieniu seksafery: ta partia jest tak zdegenerowana, jej działacze tak skupieni na traktowaniu polityki jako źródła wszelkich przyjemności, że kolejne, być może jeszcze gorsze skandale są kwestią czasu. A jednocześnie coraz trudniej będzie im bronić się tak jak poprzednio. Bo po pierwsze, ze sprawy na sprawę spada wiarygodność Leppera i jego najbliższego otoczenia, przybywa osób przełamujących zmowę milczenia. A po drugie, tych historii jest już zbyt wiele i wypływają zbyt szeroką rzeką, by można je spokojnie - jak to Lepper robił wcześniej - opanowywać. - Dziś w polityce wiarygodność to sprawa podstawowa. Przyszłość Andrzeja Leppera zależy od tego, czy będzie w stanie przekonać Polaków, że te wszystkie pojawiające się historie nie mają z nim nic wspólnego. To trudne zadanie i Lepper może teraz zapłacić cenę za budowanie akceptacji otoczenia z szemranych osobników - ocenia Artur Balazs, polityk, który miał duża rolę w zbudowaniu koalicji PiS - Samoobrona.

To właśnie ze względu na ten kontekst afera gruntowa raniła go [Leppera czy Balazsa?] jednak na tyle poważnie, że niezależnie od tego, jaka interpretacja tej historii zostanie przyjęta ostatecznie, ciężko będzie mu z tego wyjść. - Tym razem zaryzykowałbym tezę, że to już koniec - ocenia jeden z polityków dobrze znających Andrzeja Leppera i jego partię. Inny analizuje: - To paradoks. Bo z jednej strony wychodził z ciężkich kryzysów w czasach, kiedy mógł tylko marzyć o sporym klubie w Sejmie, ministerstwach, doradcach i bogatej partii. A z drugiej, po raz pierwszy to wszystko wymyka mu się z rąk! Nawet on, tak doskonale grający dowolne role, w ostatnich dniach nie potrafił ukryć zagubienia.

Pojętny uczeń?

Wiele napisano, czegóż to przez ostatnie lata Andrzej Lepper się nie nauczył, jakich umiejętności nie nabył. Sztuczek socjotechnicznych i medialnych, nowych przyjaciół, limuzyn i drogich butów. To prawda. Ale mało kto odwracał to pytanie: co twórca Samoobrony stracił? Wbrew pozorom, całkiem dużo. Kto wie, czy nie klucze do wychodzenia z takich kryzysów, jak ten wywołany akcją Centralnego Biura Antykorupcyjnego.

Przede wszystkim, i to najbardziej zaskakujące, chyba zawiódł go instynkt. Przez pierwsze miesiące po wyborach nie wierzył premierowi Kaczyńskiemu, uważając, że jest traktowany tylko jako narzędzie potrzebne do zdobycia władzy. Potem jednak nabierał zaufania, dał się uśpić hojnej ręce premiera dającego przyzwolenie na inwazję na stanowiska w agencjach rolnych i administracji. Tak doszedł do momentu, w którym 29 czerwca ogłosił w komunikacie po podpisaniu aneksu do umowy koalicyjnej, iż "to, co robiono dotychczas, a co będzie kontynuowane w ramach koalicji, dobrze służy Polsce". I - jak mówią rozmawiający z nim ostatnio szczerze ludzie - naprawdę w to wierzył. Ta koalicja naprawdę miała iść razem do następnych wyborów.

Może nie miał mu kto podpowiedzieć? Bo tym, co zostali, zależało tylko na stanowiskach? Porzucili go lub zostali wyrzuceni ostatni starzy towarzysze, tacy prości, mało giętcy i często także obracający się w szarej sferze gospodarczej, ale na pewno autentyczni trybuni ludowi, na dodatek naprawdę w nim zakochani. Witaszek, Żero, Rękas, Borczyk i setki innych. Istotą tych ubytków nie był wcale brak kadr, bo szybko pojawiły się nowe, ale całkowita zatrata jakichkolwiek hamulców moralnych. Czasem można było wręcz odnieść wrażenie, że Lepper wymieniał ludzi na takich, przed którymi nie musiał się niczego wstydzić. Którzy też gotowi byli na każdy numer. Takich jak Piotr Ryba.

Za tym poszła trudno uchwytna na co dzień zmiana emocji, zniknięcie tej chemii, która powoduje, że w trudnej sytuacji ludzie są w stanie skoczyć w ogień za liderem. Bo choć przesadne są relacje o rzekomych łzach w oczach Leppera w czasie posiedzenia klubu tuż po wyrzuceniu go z rządu, to niewątpliwie po raz pierwszy w historii lepperyzmu jego wódz spotkał się z odmową ze strony własnych działaczy. Nie podchwycili jego stwierdzenia, że "to jest koniec tej koalicji". Powiedzieli coś wręcz przeciwnego: my tego układu chcemy. To nasze i naszych rodzin życie, dochody, przywileje. - Interes polityczny partii i Andrzeja Leppera jest w trwaniu tego rządu i obecności w nim. Na drugiej szali leży osobisty uraz i żal przewodniczącego - mówi o tym sporze Ryszard Czarnecki, zdeklarowany zwolennik sojuszu Samoobrony z PiS. Mówiąc jeszcze prościej: [chodzi o] zwykłe interesy każdego partyjnego aparatu. Tak właśnie wyglądają upudrowani buntownicy.

Jak w tym kontekście można zdefiniować interes i interesy samego Leppera? Czy to, co o nim wiemy, także z przeszłości, pozwala uprawdopodobnić bądź odrzucić zarzut korupcyjny? Zacznijmy od kolejnej zguby przewodniczącego Samoobrony.

Ewolucja życiorysu

Jeszcze w 1995 roku, w udzielonym Wojciechowi Reszczyńskiemu przed wyborami prezydenckimi wywiadzie, dość prostymi kreskami rysował historię rodzinnego domu. "Matka uczyła nas zawsze, żeby być uczciwym człowiekiem, żeby niczego do domu nie przynosić, co nie jest nasze, chociaż w domu była bardzo duża bieda, bo w 1965 roku, kiedy ojciec zmarł, była nas jeszcze czwórka dzieci i matka. Żyliśmy tylko ze skromnej renty po ojcu. Starczało tylko na skromne życie, a często nawet brakowało pieniędzy. Matka zawsze uczyła nas, że trzeba szanować drugiego człowieka, że trzeba być czułym na krzywdę ludzką. [...] Ojciec pracował jako brukarz. Matka była natomiast córką chłopa. Skończyła przed wojną siedem klas, potem pracowała na roli. Po wojnie pracowali w PGR-ach. To znaczy ojciec pracował, bo matka była chora".

Potem te wątki zanikają. Coraz więcej w kolejnych wypowiedziach pragnienia dowartościowania, coraz więcej wzmianek o doktoratach honoris causa dziwnych uczelni o wątpliwej reputacji. Z czasem - i to jest wersja najnowsza - tylko korzenie żony Ireny zostają wiejskie. "Od najmłodszych lat ciężko pracowała w gospodarstwie rolnym i opiekowała się młodszym rodzeństwem. Wykształcenie podstawowe. Wspaniała żona i matka".

I tyle. O sobie mówi już inaczej. W opublikowanej ostatnio kolejnej książce w formie wielkiego wywiadu rzeki bez specjalnego zażenowania opowiada o swoich kosztownych nawet jak na standardy polityki strojach i butach. Podkreśla, że musi godnie reprezentować Rzeczpospolitą, że jest przyjmowany przez najważniejszych możnych tego świata, że to wszystko zobowiązuje. To jest już inny Lepper. Świadomy siły pieniędzy, kochający luksus i prestiż. Przekonany, że on sam należy już do świata elit.

Książkę wydała partia Samoobrona, rozdawano ją na ostatnim kongresie tej partii w Sali Kongresowej w Warszawie. I można tam było zobaczyć, że to już inna partia. Zamiast buntowniczych gazetek pełnych gniewu w stosunku do elit III RP biuletyny informacyjne ministerstw obsadzonych przez Samoobronę. Zamiast wezwań do buntu - pojawiające się kilkakrotnie w przemówieniu Leppera słowo "odpowiedzialność". Bo obietnica skutecznych rządów w obronie biednych stawała się powoli głównym hasłem lepperyzmu, hasłem zastępującym retorykę rewolucji. To przecież zaledwie kilka tygodni wcześniej lider Samoobrony przekonywał, że to on jest twórcą postulatu budowy IV RP! Co ośmiesza samo hasło, ale też pokazuje, jak głęboko chciał zakotwiczyć w obozie Kaczyńskiego.

A na widowni zamiast rolników działacze samorządowi, młodzi chłopcy po studiach, trochę biznesu. I kuluarowe rozmowy o interesach, spotkaniach, załatwianiu rozmaitych spraw. Gdy chodziłem wśród tych działaczy, przypominały mi się opowieści nieżyjącego już Leszka Zwierza, długoletniego współpracownika Leppera w najcięższych dla niego czasach. Ten działacz, który przyznawał, że widział w liderze Samoobrony zbawcę polskich chłopów, snuł długie opowieści o protestach pod cukrowniami czy zakładami tłuszczowymi, nagle przerywanymi po spotkaniach Leppera z menedżerami danych firm. - Nikt nie rozumiał wtedy, o co chodzi. Bo zakłady nie ustępowały, chłopi chcieli protestować, a Lepper kazał iść do domu. Nikomu nie przychodziło wtedy nawet do głowy, że mógł wziąć za to jakieś pieniądze - opowiadał mi w siedzibie swojego Związku Zawodowego Rolników "Ojczyzna", który założył po odejściu z Samoobrony.

Ale kto na obecnych zjazdach Samoobrony pamięta stare blokady? Lepper, Filipek, Maksymiuk, Beger. Reszta to działacze przychodzący już bez skrupułów do partii władzy, skąpani w tym specyficznym klimaciku charakterystycznym dla takich ugrupowań, niezależnie czy jest nią AWS, Unia Wolności czy SLD. Atmosfera interesu, poczucie spełnienia, narastające przekonanie, że polskie sprawy idą dobrze, bo przecież nam żyje się coraz lepiej. Tak było, jest i będzie. I od kierownictw partyjnych zależy, czy w porę ograniczą apetyty, czy dostrzegą w tym nie tylko zjawisko partyjnej integracji, ale także zagrożenie korupcyjne.

A jeśli szefostwo daje przyzwolenie na "dilowanie", jeżeli otwiera kanały nieformalnych kontaktów z administracją rządową, katastrofa gotowa. Lepper to właśnie zrobił, szeroko, bez udawania i zasłon dymnych. I właśnie za to płaci. Cena może być zresztą zwielokrotniona, jeśli poznamy - a prędzej czy później to nastąpi - zapisy stenograficzne rozmów negatywnych bohaterów operacji przekwalifikowywania działki pod Mrągowem ze ścisłym kierownictwem Samoobrony. Istnienie tego typu materiałów sugerowali na konferencjach prasowych i szef CBA Mariusz Kamiński, i minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro.

Wszystko wskazuje, że finałem będą przyspieszone wybory parlamentarne. Może Samoobrona pozostanie w koalicji, może część działaczy przejdzie do Prawa i Sprawiedliwości. Ale to już będą tylko konwulsje tego koalicyjnego układu. Bo Lepper nie daruje. Jest też chyba za bardzo upokorzony, by wrócić do rządu.

Chłop nie popuści

Nigdy nikomu nie darowywał. Wojciech Mojzesowicz, obecnie ponownie poseł PiS, a przed laty działacz Samoobrony, był jego szkolnym kolegą w technikum rolniczym. Wspomina, jak wracając ze szkolnej wyprawy do teatru, biegli ze stacji kolejowej do internatu. Było ciemno, a oni zmęczeni. Przypadkiem wpadli więc na idącego z żoną kierownika szkoły. Zdarza się, przykry wypadek. Trzeba przeprosić, sprawdzić, czy nic się nikomu nie stało i pobiec dalej. Tak zrobiłaby większość, ale nie Lepper. Młody rolnik nie wytrzymał i pobił kierownika. Sprawa zrobiła się głośna, Leppera relegowano i technikum kończył gdzie indziej. I tak działa od zawsze.

W Samoobronie jest dla wszystkich oczywiste, że wewnętrzna demokracja to sztandar dla naiwnych dziennikarzy. To Lepper wywyższa, to on rozdaje przywileje, stanowiska i mandaty poselskie. A więc i on może je odebrać. I odbiera. Wie, że po kilku latach wzięci znikąd działacze nabierają zgubnego przekonania, iż są znaczącymi osobistościami. I zaczynają mieć wątpliwości, czy tak bezwzględna dyktatura wodza jest potrzebna. Wtedy on ich wymienia. Najczęściej przy okazji rejestracji list wyborczych, w momencie kluczowym dla każdej partii, kiedy nagle wywraca ustaloną na dole hierarchię i przedstawia własnych kandydatów na posłów, ludzi, którzy mieli dość zasobów, by wkupić się w jego łaski. Tak w Sejmie pojawili się posłowie Rutkowski, Misztal, Wójcik. A działacze terenowi odchodzili, wycinani równie brutalnie jak ich poprzednicy u boku Leppera. Teraz będzie tak samo.

Wystarczyło przecież kilka tygodni poza koalicją, gdy Jarosław Kaczyński nazwał go "warchołem", by jego ludzie zaangażowali się w przygotowanie taśm Beger. Co zrobią tym razem? Jakie oskarżenia wysuną? Ileż wysiłku premier Jarosław Kaczyński włożył w obłaskawienie Leppera, ileż sektorów państwa, nie tylko przecież w rolnictwie, oddano na łup działaczy, ileż wspólnych kolacji z nim i Giertychem, by osiągnąć minimum stabilizacji. Znamy tylko część tych zabiegów, ale to wystarczająco dużo, by zrozumieć, że przed nami chaos i ostra wojna lepperowców przeciw pisowcom. Tym ostrzejsza, im bardziej Lepper widział siebie wraz z upływem czasu jako element obozu Kaczyńskiego.

Jasne, że nie na zawsze, oczywiste, że w oczekiwaniu na zmianę układu sił. Ale jednak. Teraz to wszystko się rozsypało i nie da się już poskładać. Potrzebne jest oczyszczenie. Potrzebne i chyba nieuniknione są szybkie wybory. PiS je pewnie przetrwa, ale czy Lepper? Wątpliwe, bo Samoobronie skończyło się naturalne paliwo, a próby poszukiwania nowego właśnie przerwano. Dziś Samoobrona to - parafrazując znane określenie - taka łże-partia. Ni prawica, ni lewica, ni ruch rewolucyjny, ni oligarchiczny. Spółka kilku lepperowców uwłaszczonych na chwytliwej nazwie.

Z groźnej siły mającej okazję i ambicję wywrócenia kraju do góry nogami została niewielka grupka klientów związanych feudalną zależnością z liderem. Z siły rozpalającej autentyczne nadzieje milionów Polaków, miłość porzuconych przez tak zwaną transformację, nienawiść zadowolonych z postkomunistycznego państwa, zaciekawienie całej reszty, zostało śmieszne towarzystwo na koszt podatnika rozgrywające w Sejmie sceny prawdziwie kabaretowe.

Prostacki taran

Jest jednak naszym obowiązkiem zanotować tę kończącą się historię. Z prostego powodu: bo gasnący bunt Lepperowców zmienił nasz kraj. Był jak prostacki taran, który rozbił mury miasta, wpuszczając fale dezaprobaty dla III RP. Jak młot, który zdruzgotał dobre samopoczucie jej elit, zmusił do ustępstw i otworzył pole dla bardziej umiarkowanych, ale przez to skuteczniejszych, sił rewolucyjnych. Gdyby na drodze projektu o nazwie III RP, tego dziwnego tworu doskonale łączącego kościec PRL z dokooptowanymi działaczami części opozycji, nie pojawił się Andrzej Lepper, prezydentem byłby dzisiaj Włodzimierz Cimoszewicz, a słowo Adama Michnika wciąż znaczyłoby więcej niż wyrok. Rolnik z Zielnowa wybił III RP zaledwie kilka zębów, wyjął z tej budowli może z pięć cegieł. Ale wystarczyło, by wszystko runęło.

Donald Tusk wspomina, że jednym z najbardziej wstrząsających przeżyć w jego życiu był moment, kiedy Lepper wchodził do Sejmu witany oklaskami pracowników parlamentarnego personelu technicznego (było to, gdy Samoobrona po raz pierwszy znalazła się w Sejmie). - Przez otwarte okna ludzie bili brawo. I to było wstrząsające, bo wcześnie sądziłem, że tego typu emocje są zarezerwowane dla ludzi z - umownie nazywanego - obozu "Solidarności", czy może szerzej, po prostu dla ludzi prawych - wspomina. Z tych gruzów, z tego wstydu miała się narodzić IV Rzeczpospolita. I czy ktokolwiek mógł przewidzieć, że jednym z jej ojców będzie właśnie twórca Samoobrony?

Pamiętam jedną z dyskusji telewizyjnych gorącej jesieni 2005 roku i moje oraz wszystkich pozostałych uczestników debaty wyśmiewanie nieśmiałej tezy, też rzuconego bez wiary pytania, czy aby Kaczyński nie może spróbować dogadać się z Lepperem. "Przecież to żoliborski inteligent!" - krzyknęliśmy niemal chórem. A jednak! A jednak się dogadał.

Oczywiście, sprawa nie jest taka prosta. Zagadka, dlaczego nie powstała koalicja PO-PiS nigdy nie będzie rozwiązana. Bo choć im dalej od wyborów, im więcej o sprawie wiemy, to jednocześnie coraz bardziej przekonujemy się do tezy, że zdecydowała psychologia. Strach liberałów przez oszalałymi, prowadzącymi lud na Belweder Kaczyńskimi, pamięć lidera PiS o czerwcowej nocy z udziałem Tuska. Zarzuty prawdziwe i wyolbrzymione. Potworna mieszanka.

Zresztą, powiedzieli to nam szczerze. Tusk i Rokita w swoich dywagacjach o obawie przed pisowską policją łomoczącą do domów o piątej nad ranem, Kaczyński w mowie nad exposé rządu Marcinkiewicza, gdy dowodził, że do Leppera mu bliżej, bo łączy go z nim znak sprzeciwu wobec III RP, a od liberałów dzieli niechęć do nurtu zawłaszczeniowego Polski.

Stało się. Ale nerwowy sojusz zawarty w momencie głosowania nad kandydaturą Marka Jurka na marszałka Sejmu dość szybko przerodził się w pakt stabilizacyjny. A ten, po kilku szarpnięciach, dość płynnie przeszedł w koalicję rządową.

Może rzeczywiście nie było innego wyjścia, w końcu ktoś tę władze musiał sformować. I musiał to być Kaczyński. I może naprawdę musiał z lepperowcami? Podkreślam - na odpowiedź pełną i zimną na razie nie ma szans, choć każdy miesiąc trwania tej koalicji prowadzi jednak do wniosku, że myśl o porozumieniu z Lepperem nie była dla premiera tak obca, jak nam się wydawało. Powracają te słowa o wspólnym znaku sprzeciwu wobec III RP. Przypominają się słowa Ryszarda Czarneckiego, posła do Parlamentu Europejskiego z ramienia Samoobrony, który tłumaczył mi, że do Leppera, już w maju 2002 roku, doprowadziła go antyestablishmentowość.

Lepper bez zębów

Ale najbardziej zaskakuje i zasmuca co innego. To, że Lepper i jego ludzie tak szybko zdominowali myślenie o państwie, odpowiedzialności i moralności pozostałych uczestników wykutego jesienią 2005 roku obozu władzy. Bo choć na zewnątrz to oni się ucywilizowali, upudrowali sobie buntownicze noski, to i oni coś z siebie dali. Trochę niezależnie od siebie, przez fakt, że przestali być elementem kontrolnym, że zabrakło naturalnego patrzenia sobie na ręce przez koalicjantów. Prymitywne tło ośmiela, budzi instynkty i tak przecież nieobce politykom, wszystkim politykom. Przy Lepperze każdy będzie cywilizowany, przy jego ludziach każdy wygląda na fachowca. Przy jego aferach reszta to podchody małych chłopców. Przy jego ekscesach można pić i śpiewać w hotelu sejmowym do rana.

I tak, krok po kroku, Lepper zatruwał marzenie o nowym państwie, które zastąpi koślawy moralnie od początku, a z czasem po prostu niewydolny projekt III Rzeczypospolitej. Oczywiście - coś się jednak udało. Polska nie będzie już taka sama. Chwilami lepsza, momentami całkiem dobra. Może nawet, po kolejnych wyborach, powróci PO - PiS. Ale to już na pewno nie będzie projekt tak ambitny, tak idealistyczny. Nikt już nie powie o szarpnięciu cuglami w administracji i gospodarce, nikt nie ogłosi projektu sanacji życia publicznego i nikt już na serio nie weźmie pomysłu solidarnej Polski.

Tak, nie uciekliśmy Lepperowi. Stracił zęby, skończył się jako buntownik. Mamy rządowego polityka w garniturze od Zegny. Chwilowo nawet "w kręgu podejrzeń" CBA. Ale czy na pewno mamy się z czego cieszyć?

A może jeśli jego metodę rozbierzemy na czynniki pierwsze, jeśli spróbujemy zrozumieć, czym uwiódł aż tylu Polaków, może wtedy uda nam się wypędzić jego ducha? Może wtedy wyrwiemy się z rodzącej się z diabelską siłą i zmyślnością alternatywy: państwo Rywina lub państwo z udziałem Leppera? Tak, tak, wiem: to przesada. Tak jak Trzeciej RP nie da się i nie powinno sprowadzać do wizyty Rywina w Agorze i tego, co było przedtem i zdarzyło się potem, tak samo projektu Czwartej nie da się zamknąć w kręgu Leppera, choć on sam przypisuje sobie dziś autorstwo tego politycznego pomysłu. To wciąż była i jest wolna, demokratyczna i niepodległa Polska.

Ale mimo wszystko, po Lepperze trzeba posprzątać. Tak jak trzeba było po Rywinie. Chętnych nie brakuje. Ale nawet gdy się poskrobie, to trudno znaleźć sensowne oferty. Lewica i Demokraci idealizują dokonania epoki Kwaśniewskiego i wydają się niezdolni do głębszego reformatorskiego ruchu, Platforma Obywatelska osłabia język zmian i chyba za bardzo skupia się na projekcie odbicia prezydentury, a Prawo i Sprawiedliwość ośmiesza się w rozkroku pomiędzy ściganiem Leppera a pragnieniem współrządzenia z nim.

I to jest właśnie szansa dla tak skompromitowanego przecież lidera Samoobrony. Bo to może banalne pytanie, ale prawdziwe: czy to Lepper był tak dobry, czy jego konkurenci tak bezwolni, a chwilami tak do niego podobni?


Jesienią ukaże się książka Michała Karnowskiego o Andrzeju Lepperze i Samoobronie