W miniony wtorek otwarłem nieopatrznie przysłaną mi przez wydawcę książkę; pierwsze zdanie brzmiało: "Najlepiej jak dziewczyna trzyma cię za jaja", dalej było niestety - nie tylko pod względem - powiedzmy: warsztatowym - jeszcze gorzej; autor zawartą na pierwszej stronie naukę na następnych dwustu rozwinął do postaci, która w najlepszym razie - niczego nie wulgaryzuję, przeciwnie - uwznioślam to rzężenie - mogłaby brzmieć: "Najlepiej jak dziewczyna trzyma cię za jaja w Pradze czeskiej".
Dla twórcy, który uchodzi za znawcę Czech (ma się rozumieć poza kręgami bohemistycznymi, w nich uchodzi za tego, za kogo uchodzi w kręgach recenzentów literackich - niestety pisywaniem recenzji ów człowiek czeskiego renesansu też się para) może jest to myśl oddająca jakąś fascynację - gdyby napisane to było lepiej (gdyby na przykład tzw. spokojna aura nie była kreowana za pomocą wyrażeń typu: "Było cicho i spokojnie"), gdyby rzecz nie była w każdym paśmie wierutnym literackim kłamstwem - ktoś może mógłby się utożsamić - niestety. We wszystkich przypadkach: niestety.
Zasady zobowiązują, przestrzegam ich, nie pastwię się nad żadnym początkującym kolegą po piórze; autor jest z zawodu etatowym wicedyrektorem w rozmaitych warszawskich firmach, teraz postanowił zaistnieć jako wiceliterat, nawet wybaczać nie ma czego. "Najlepiej jak dziewczyna trzyma cię za jaja". Proszę bardzo.
Zamknąłem książkę początkującego wicepisarza i sięgnąłem po gazetę, która wydrukowała wywiad z kolei z bardzo doświadczonym pisarzem, z pisarzem pełną gębą, ze znanym poetą i eseistą. (Też prozaikiem, ale o tym mniej się teraz mówi - jedna jego proza sprzed lat to jest wielka pieśń miłosna o Adamie Michniku - sami rozumiecie).
Swego czasu bardzo na wielosłowne eseje i pastiszowe wiersze tego pisarza byłem łakomy, bezpowrotnie minionych zachwytów nie ma co unieważniać - one były i były ważne.
Pozostała ciekawość, specjalnie ciekawość do wywiadów, pisarz od pewnego czasu słynie z kontrowersyjnych wypowiedzi o Polsce. Tym razem kontrowersyjność okazała się wątlejsza, silna natomiast obrazowość, można powiedzieć: kontrowersyjność poszła w obrazowość. Bo tezy, że pod obecnymi rządami Polacy są szczęśliwi i weseli jak od lat nie byli, że Jarosław Kaczyński jest wybitny jak Piłsudski, że autor urodzony w dwa miesiące po śmierci Marszałka jest być może jego, Marszałka, reinkarnacją - takie tezy kontrowersyjne nie są - powoli ze świecą, a może z lotniczymi reflektorami, przyjdzie szukać tych, co o Kaczorach mają dobre zdanie; reinkarnację zaś ma każdy, jakiej dusza jego pragnie.
Natomiast obraz Polski naszkicowany w wywiadzie jest - powiedzmy - mocny. Mocny jak żubr. Otóż Polska, zdaniem pisarza, "to był wielki ospały żubr śpiący pod drzewem w Puszczy Białowieskiej (…) spał on sobie słodko lub spał dręczony okropnymi snami gdzieś na polanie w głębi puszczy i sen jego, podobny do śmierci, mógłby trwać jeszcze wiele lat - gdyby Jarosław Kaczyński nagle nie ugryzł go w dupę. Żubr ugryziony przez pana premiera podniósł głowę, ryknął i popędził. Dokąd, tego nikt nie wie. Ale galopuje, pędzi ku swoim nieznanym, dzikim przeznaczeniom".
Obraz ten w wywiadzie powtarza się refrenicznie, prawdopodobnie zbytecznie jąłem się weń wmyślać. Wizja Jarosława Kaczyńskiego gryzącego żubra w dupę zdała mi się wpierw niezręczna, lepiej by chyba było - pomyślałem nieopatrznie - jakby on tego żubra w dupę kopnął, ale przecież - uzmysłowiłem sobie - ten żubr to Polska, a Polski w dupę kopać nie można w żadnym wypadku!
Nagle zrozumiałem, w jak rygorystycznej wewnętrznej cenzurze pracował pisarz - chciał dać obraz ostry, ale uczuciowy; z patriotycznych powodów Kaczyński nie mógł żubra nie tylko w dupę kopnąć, nie mógł on też niczym - ani nożem, ani szydłem, ani nawet gwoździem żubra w dupę kolnąć; wyszłoby, że premier ostrzem jakimś na ojczyznę się zamierza; żadnego oręża w tej scenie być nie może; szczypanie żubra, a tym bardziej szczypanie Polski w dupę też odpada, wrażenie byłoby lepkie - pozostało gryzienie.
Efekt ryzykowny, ale jedyny. Prawdziwy twórca idzie jedyną ścieżką, jedyne ma do dyspozycji rozwiązanie, jedynie możliwy obraz daje: Żubr śpi w trawie, Jarosław Kaczyński zachodzi go od tyłu, kuca, a może się kładzie i nie bacząc na fetor (Polska we śnie popierduje sobie - nawias specjalnie dla BW) - gryzie go w dupę. Nie całuje. Gryzie. "Ugryzł żubra w dupę - pointuje pisarz - to czyni go postacią historyczną". Proszę bardzo.
Złożyłem gazetę, włączyłem telewizor - trwała tam dyskusja, czy Polska to jest kraj totalitarny oraz debatowano nad kwestią: Czy człowiek niewiarygodny może mówić prawdę? Ktoś się zdumiewał: Dlaczego były minister spraw wewnętrznych zaczął ujawniać dopiero jak go wyrzucili? Przecież przez to jest niewiarygodny! - Jakby zaczął ujawniać od razu, dopiero by był niewiarygodny!
- Dlaczego? - Bo by nic nie wiedział. Dopiero jak się napatrzył totalitarnych nadużyć, farbę puścił. - Farbę puścił, jak go wyrzucili. - Wyrzucili go, bo za dużo się napatrzył…
Resztkami sił wyłączyłem telewizor, włączyłem radio, usłyszałem głos byłego Yes!Yes!Yes! premiera - mówił, że był podsłuchiwany, że podsłuchy są wszędzie, że żyjemy w świecie Orwella i w rzeczywistości totalitarnej. Yes! Yes! Yes!
Niestety nie - chciałem odpowiedzieć, ale coś zaczęło mnie morzyć. Niestety nie. Niestety, nie żyjemy w rzeczywistości totalitarnej. W pewnym sensie wielka szkoda. Jakbyśmy bowiem żyli w rzeczywistości prawdziwie totalitarnej, nasi tyrani przygotowaliby zamach, na przykład na Ziobrę. W ogóle szereg rozmaitych zamachów i skrytobójstw by szykowali, ale doraźnie na Ziobrę. W taki ma się rozumieć przebiegle totalitarny, w tak klasycznie stalinowski sposób, by bez cienia wątpliwości wynikało, że zamachu dokonał układ.
Ile by z tego było plusów! Nieskończenie wiele! Tyle spraw kadrowo-organizacyjnych za jednym - że się tak wyrażę - strzałem załatwionych. Niewygodny minister usunięty i zarazem wywindowany! Z rządu wyprowadzony i zarazem najwyżej jak można, bo w zaświaty awansowany! W sensie ścisłym ofiarą uczyniony! Pierwszy z krwi i kości męczennik IV RP! Koalicjanci pa, pa! Komisje śledcze pa, pa! Wybory - pa, pa! Krwawość i zbrodniczość układu czarno na czarnym udowodniona! Wszelkie wojska i wszelkie służby na nogi postawione! Nic, tylko totalitarną śrubę dokręcać! Ile korzyści!
Aż dziw, że się powstrzymują! Jakimiż demokratami w gruncie rzeczy być muszą! I takim ludziom totalizm skrzyżowany z orwellizmem się przypisuje! Jaki total? Sielskość czysta.
Polski żubr w trawie kima. Jarosław Kaczyński w dupę go gryzie. Żubr się zrywa i gdzieś pędzi. Gdzie? Nie wiem, bo już śpię na dobre. On pędzi ku swym nieznanym dzikim przeznaczeniom. Cały jest na podsłuchu, cały w chmurze kabli do inwigilacji służących! Zerwać je próbuje, one nie schodzą! W nie spowity pędzi! Gdzie? Najprzód mi się we śnie zdaje, że do Irlandii na zarobek leci. Ale kierunek przeciwny! Ach ten żubr, co go premier w dupę ugryzł, najwyraźniej ku Pradze czeskiej zmierza! Czyżby liczył, że ktoś go tam za jaja złapie?