Mogli wygrać. Kaczora mogło nie być. Mogli przegrać. Kaczor mógł wyjść po pierwszej połowie. Nie z powodu wyniku. Mógł wyjść z tysiąca innych powodów. Mógł też - tak jak miało to miejsce - wcale nie wychodzić. Setki wariantów. Żaden doskonały. Ten, który się wydarzył, jest niezły, a i tak polecą głowy. Niby dobrze, że premier wybrał mecz w Helsinkach, a nie ten wcześniejszy w Lizbonie. Podróż tańsza, kraj bliższy, pogoda gorsza - aura umiaru i rozsądku wzniecona.

Z drugiej strony odpowiednie służby nie sprawdziły, ile premier Finlandii ma wzrostu. Takie rzeczy się sprawdza zawsze. Ktoś powinien sprawdzić. Wyszło jak wyszło. Wyszło, jak wychodzili. Jak wychodzili na trybunę, wyglądało jakby ten z Finlandii prowadził za rączkę - tak jak czynią to przed meczem piłkarze - małego chłopczyka. Piłkarze prowadzą chłopczyków przebranych za prawdziwych zawodników - premier Finlandii prowadził chłopczyka przebranego za prawdziwego kibica.

No bo ktoś naszemu doradził szalik i czapeczkę. Czy za to polecą głowy - nie wiem. W pewnym sensie głowy bezpieczniejsze - nie trzeba ich potem - jak piór wiecznych czy innych kosztowności - oddawać. Nie trzeba, że postawię kropkę nad i, bo się nie da. Serdecznie mi żal fińskiego szefa rządu - życie z tak monstrualnym wzrostem musi być koszmarem. Bez względu na stanowisko. Paradoksalnie im stanowisko (he, he, he) wyższe - tym gorzej.

Typowy fiński drwal. Tak się zawsze mówiło. Jak graliśmy z Grecją, to się mówiło, że gramy z "greckimi kelnerami". Jak graliśmy z Finlandią, to się mówiło (i pisało), że gramy z "fińskimi drwalami". Dziś drwale i kelnerzy są piłkarskimi potentatami. Nigdy do tego nie przywyknę. Prawdziwy kibic nigdy do tego nie przywyknie.
Prawdziwy kibic obecność na meczu jakichś dygnitarzy, cesarzy, premierów, prezydentów czy innych królów przyjmuje z wrogą obojętnością. Nie są oni nikim innym niźli przypadkowymi widzami, którzy znaleźli się na stadionie.

Szczerze mówiąc, są gorzej niż przypadkowymi widzami. Znacznie gorzej. Przypadkowi widzowie trafiają na mecze przypadkowo, a ci trafili nieprzypadkowo. Jak powszechnie wiadomo, nie wyłącznie w celach sportowych władza na trybunach zasiada. (Zwłaszcza jak wybory za pasem). Nie trzeba wiele gadać. Wiadomo, co jest grane. Jak chce jeden z drugim, niech siedzi, niech patrzy, niech udaje - byle nie przeszkadzał. Skądinąd zastrzeżenie retoryczne - prawdziwemu kibicowi nawet najwyższy imperator meczu nie zakłóci ani uwagi jego nie rozproszy.

Wedle mojej osobistej pamięci największe ożywienie na stadionie wzbudziła obecność premiera Józefa Cyrankiewicza. Największe i najżyczliwsze. Zdarzyło się to w roku pańskim 1966 na stadionie Cracovii przy ulicy Puszkina (obecnie Focha). Cracovia obchodziła 60-lecie i z tej okazji grała z Wisłą. (Wygrała 2:1. Bramki zdobyli: Kowalik i Stokłosa). Cyrankiewicz był honorowym patronem jubileuszu, pojawił się tuż przed rozpoczęciem imprezy. Był upalny, wrześniowy dzień. Sławna łysina premiera świeciła z daleka. Łyyysyyy! Łyyysyyy! - ryknęły trybuny i po kilku sekundach zajęły się rzeczami naprawdę ważnymi. Kiedy Cyrankiewicz wychodził, a wychodził grubo przed końcem, nikogo to nie ciekawiło.

Nie tyle doniosła historia związków futbolu z polityką jest do napisania, co prosta kronika obecności rozmaitych kacyków na meczach jest do ułożenia. Kto kiedy grał, jaki był wynik, jaki władca siedział na trybunie i po jakim czasie - licząc od ostatniego gwizdka - stracił władzę. Dlaczego np. Gierek z Jaroszewiczem nie jeździli w 1974 na mecze do Niemiec? Za bizantyjski był styl sprawowania władzy, by cesarze mogli zbyt blisko spoconych gladiatorów się znaleźć? Niewątpliwie. Toteż do historii przeszła faktycznie bizantyjska lampka szampana, którą srebrnych (odzianych w dramatyczne garnitury) medalistów podjęto w Belwederze.

Reklama

Lech Wałęsa jako prezydent chyba bywał na jakichś meczach? Nieskończenie donioślejsze były jednak jego wcześniejsze - jako osoby prywatnej - obecności na meczach Lechii Gdańsk. Kwaśniewski tym się różnił od innych, że był i jest prawdziwym kibicem. Na jego zawrotne notowania musiało to mieć wpływ niemały. Może nawet w drugą stronę przeginał, ale jak szedł na mecz, to szedł na mecz. Po to żeby zdychać do ostatnich minut. Między innymi dlatego Papież, też kibic, miał do niego miętę. Wiem, że to przykre, ale tak było. Tak było niestety. Jak Charków Charkowem.

Mało pamiętam, albowiem pamiętam wyłącznie składy i wyniki. (Cracovia w tamtym meczu: Michno, Chemicz, Rewilak, Antczak, Mikołajczyk, Szymczyk, Hausner, Stokłosa, Poprawski, Dawidczyński, Kowalik). Pamiętam światła nad boiskiem. Cień trybuny na murawie. Ktoś był na trybunie? Kto? Ktoś był. Już go nie ma. Na razie jest. Dopóki piłka w grze. Po remisie z Finlandią zachowaliśmy szansę awansu do mistrzostw. Walka jednak do samego końca będzie niezwykle trudna. Premier zapowiada obecność na kolejnych meczach.