Berlin, który będzie miał rosyjskiego gazu pod dostatkiem, nie ma powodów, by wspierać nasze poszukiwania gazu łupkowego i potem jego ewentualne wydobycie. Tamę dla łupków będzie próbowała postawić Bruksela, która coraz chętniej słucha argumentów ekologów. Świadczy o tym ostatnia deklaracja komisarza ds. energii Guenthera Oettingera. W ubiegłym tygodniu powiedział PAP, że prawdopodobnie na wiosnę przyszłego roku przedstawi propozycje unijnych standardów dotyczących wydobycia gazu łupkowego. Może stać się ono po prostu nieopłacalne.

Plany Brukseli idealnie pasują do stanowiska Londynu. Według opublikowanego w maju raportu Komisji Energii i Zmian Klimatu Izby Gmin, jeśli Warszawa będzie swoje złoża gazu łupkowego „zagospodarowywać jednostronnie”, a zwłaszcza gdy motorem jej polityki energetycznej będą względy bezpieczeństwa energetycznego, może to spowodować negatywne skutki konkurencyjne dla Zjednoczonego Królestwa. Tim Yeo, szef komisji i polityk partii konserwatywnej, zaproponował, aby Wielka Brytania zainicjowała na forum UE dyskusję o przyjęciu w tej dziedzinie jednolitych standardów. Jednocześnie jego komisja zarekomendowała, aby Londyn stworzył system bodźców zachęcających do wydobywania gazu łupkowego na Morzu Północnym.

Lista chętnych, którzy ograniczyliby poszukiwania i wydobycie gazu łupkowego w Polsce, jest zapewne o wiele dłuższa. Nic dziwnego, bo gaz niekonwencjonalny to broń o potężnej politycznej i ekonomicznej sile rażenia. Nasze złoża szacowane są na 5,3 bln m sześc., ukraińskie – na 1,19 bln. Taki skarb zmieniłby układ energetycznych zależności w naszym regionie Europy.

Dlatego kontrakcja zwolenników zachowania status quo będzie potężna. Czy jesteśmy w stanie jej sprostać? Dyplomatyczna porażka w wojnie przeciw Gazociągowi Północnemu pokazała, jak trudna jest walka o własne interesy energetyczne. W przypadku gazu łupkowego sytuacja jest wprawdzie inna, bo Polska może się stać źródłem sporych zysków dla działających już na tym rynku firm amerykańskich i kanadyjskich. Sojusze ekonomiczne mogą się okazać jednak za słabe. Energia to po połowie polityka i biznes. Jeżeli nie zbudujemy politycznych sojuszy z państwami naszego regionu, które tak jak my są uzależnione od gazu ze Wschodu, Europa znowu nas ogra.

Wiele wskazuje na to, że tak właśnie będzie. Warszawę bardziej interesują kłopoty strefy euro niż nasze realne interesy w Europie Wschodniej. Kłótnie z Litwą, wycofanie się z Białorusi, obojętne relacje z Budapesztem i Pragą na pewno nie ułatwiają nam zdobywania sojuszników. Kiedy my tracimy czas, nasi konkurenci spokojnie robią swoje.