Czy dyskurs polskiej polityki jest moim dyskursem i czy jest w nim miejsce dla mnie, osoby dwudziestoczteroletniej, pozbawionej mentalnych obciążeń poprzedniego ustroju? Nie. Nie, i co więcej, czuję, że ten język nie będzie moim językiem przez najbliższe kilkanaście lat.
Zastrzyk świeżej politycznej krwi nic tu nie zmieni - przypadki Ziobry czy Olejniczaka to przykłady czystego politycznego karierowiczostwa, nadrabiania młodą (a nawet - jak u wymienionych
polityków - młodzieńczą) twarzą politycznych programów i dyskursów wykutych z partyjnego betonu. Nie mam najmniejszej ochoty, aby ci ludzie mnie reprezentowali. Ich obecność na scenie
politycznej wynika jedynie z próby stworzenia iluzji pokoleniowej sztafety. Tymczasem polityczny język dalej będzie kreowany przez ów beton, który praktycznie po wszystkich stronach barykady
wywodzi się z PRL-owskiej mentalności, z postulatów państwa opiekuńczego i rozciągającego swe macki na wszystkie aspekty życia obywateli. I ten język mówi do nas fantazmatami, sztucznie,
stawianiem wyrazów "naród", "ojczyzna', "wspólne dobro" jako jakichś ideologicznych punktów odniesienia.
Młode pokolenie chce więcej
Jednak zarówno te idee, jak i niesione przez nie sztucznie postawione opozycje i podziały mają się nijak do naszego życia, naszych problemów i naszych aspiracji, które chcemy realizować
samodzielnie. Samodzielnie, czyli bez większej pomocy państwa. Dzięki Opatrzności nasze pokolenie nie odczuwa satysfakcji, odbierając zasiłek dla bezrobotnych. Ono chce dla siebie więcej i
myśli o swoich własnych interesach - chociażby wyjeżdżając za granicę (co najciekawsze, w największej liczbie do krajów, w których socjal i interwencjonizm państwowy jest - jak na Europę
- najmniejszy, czyli do Wielkiej Brytanii i Irlandii).
Wyrosłem w gospodarce wolnorynkowej (to znaczy w jej chaotycznych i gwałtownych początkach) i owszem, tak jak chce tego Konrad Werner, mogę dyskutować o ideach, dyskutować o kwestiach
moralnych i etycznych, ale wiem, że ten język nie może być oficjalnym językiem moich reprezentantów w rządzie i Sejmie. Myślenie, że ten język jest konieczny, aby mówić o konkretnych
problemach państwa - administracji, gospodarki, samorządów lokalnych - jest wyrazem nabrania się na funkcjonujące w Polsce od dawna standardy marketingu politycznego. Standardy każące
odwoływać się do prostego, ideowego i emocjonalnego języka przeszłości.
Państwo jak przedsiębiorstwo
Państwo nie jest dla mnie jakimś fundamentem mojego patrzenia na świat, nieokreślonym "wspólnym, solidarnym dobrem", o które toczy się bitwa między Dobrymi a Złymi. Ono dla
mnie jest powierzchnią do realizacji moich własnych działań, cytując Tomasza Platę - mojego własnego projektu. I wymagam od państwa, aby było sprawnym, w miarę możliwości schowanym
przedsiębiorstwem, które jeśli chce się wtrącić w to, co robię, to jedynie po to, aby mi pomóc. Gdyby ktoś zapytał, jak wiele spraw moim zdaniem powinno być domeną państwa, odparłbym,
że dla dobra ogółu jak najmniej, ale na pewno jako pierwsze wykreśliłbym z niego wdrażanie, za pomocą programów politycznych i wypowiedzi, moralnych wzorców, zakreślanie pewnych
ideologicznych pól. Ten sposób prowadzenia dialogu już wystarczająco moim zdaniem skompromitowały zarówno Prawo i Sprawiedliwość, jak i Platforma Obywatelska.
Państwo nie jest czymś nieokreślonym i wzniosłym, a lewica i prawica nie są szkołami filozofii badającymi abstrakcje i dociekającymi, jaki jest rzeczywisty silnik działania świata.
Państwo to firma, państwo to przedsiębiorstwo, to pewien projekt, a lewica i prawica nie powinny prowadzić sporów o etykę, lecz o kształt, ramy i zakres działania tegoż przedsiębiorstwa.
Tak, jestem liberałem, nawet anarcholiberałem, i bardzo chciałbym, aby odrzucenie u większości moich rówieśników dzisiejszego politycznego dyskursu wynikało - tak jak pisze Tomasz Plata - z
podobnych pobudek.
Kreowanie podziałów
Tymczasem młodzi politycy, którzy rzekomo mają mnie reprezentować, jeszcze przez długi czas będą się posługiwali tym samym językiem, którym posługują się ich starsi wodzowie i
poprzednicy - językiem idei, językiem kreowania prostych dualizmów, tworzenia fikcyjnych wrogów, w oparciu o których potencjalny wyborca może kreować swoje poczucie tożsamości. Dlaczego?
Odpowiedź jest prosta. Główną część elektoratu stanowią ludzie, dla których kwestie ideowe, moralne są kwestiami najważniejszymi w ich myśleniu politycznym. Ich polityczna świadomość
kształtowała się w momentach, gdy o realnych problemach ustroju, o gospodarce, administracji, o samej roli i kształcie państwa w życiu publicznym nikt nie myślał. Wielu ludzi, których
młodość przypadła na przełom lat 70. i 80. czy nawet dekadę później, nie mówiąc już o ludziach starszych, budowało swoje polityczne poglądy w sposób najprostszy z możliwych -
stawiając się po jednej ze stron barykady. Dziś tej barykady nie ma i - jak pokazał przykład sprzed dwóch lat - najprostszy sposób na wygrane wybory to zbudowanie u wyborcy poczucia
identyfikacji przez zarysowanie prostego dualizmu, tak jak przed "naszą wiosną" 1989 roku - my/oni, tam stało ZOMO, tu Polska liberalna/solidarna. Do takich ludzi nie mówi się
językiem nowoczesnej polityki, gospodarki; do takich ludzi mówi się językiem idei. Prostymi zdaniami hasłami, które funkcjonowały wtedy, gdy świat był dużo prostszy - przed 1989 rokiem tak
naprawdę mieliśmy przecież tylko jedną partię. Kreowanie podziałów, forsowanie drogi "moralnej słuszności" wymaga od obywateli, elektoratu przystosowania się i
opowiedzenia za lub przeciw. Ja, w przeciwieństwie do ludzi w wieku moich rodziców, aby kształtować swój los i dokonywać wyborów, nie muszę się z niczym identyfikować.
Idee zastępują rzeczowe problemy
Polityka nie jest filozoficznym dialogiem. Polityka powinna być realną dyskusją o rozwiązywalnych zagadnieniach, a nie etycznych
problemach, na które i tak nie ma się żadnego wpływu. Polscy politycy, uprawiając "starczy" dyskurs, odwołują się cały czas do systemu wartości, który tak naprawdę
funkcjonował w PRL - jakiegoś mitycznego, nieokreślonego ogółu, wspólnego, solidarnego dobra. Zamiast rzeczowej dyskusji o palących zagadnieniach, takich jak potrzeba zreformowania systemu
podatkowego, budżetówki, finansów państwa, ZUS, mamy wątpliwy, ideologiczny płomień, który najchętniej zajmuje kwestie moralne i etyczne oraz historyczne rozliczenia. Czyli kwestie, którymi
w mojej opinii dwudziestokilkulatka państwo w ogóle nie powinno się zajmować. Tymczasem polscy politycy nie wierzą we mnie jako w indywidualną osobę, w mój potencjał, w moją
odpowiedzialność za samego siebie oraz w to, że mogę widzieć świat w trochę bardziej skomplikowany oraz rzeczowy sposób. Powiem wprost: jeśli już jako młody człowiek istnieję dla
polskich polityków, to istnieję jako idiota, którego można nabrać przez zaciemnianie mu oczu, skierowanie jego uwagi na zupełnie nieistotne sprawy. Czy naprawdę palącymi problemami państwa
są teczki? Mundurki? Spis lektur szkolnych? Sposoby dochodzenia do majątku przez polskich najbogatszych? Statut o ochronie życia poczętego? Jestem pewien, że nie, ale Oni nawet nie chcą mnie
słuchać. Więc dlaczego ja mam słuchać ich?