Ireneusz Krzemiński, profesor socjologii z UW:
Nigdy nie byłem fanem Aleksandra Kwaśniewskiego, ale moim zdaniem to on w debacie wypadł lepiej niż Jarosław Kaczyński. Formuła programu ubrała polityków w pancerz, jednak tylko Kwaśniewski
starał się z niego uwolnić. To dzięki niemu ta dyskusja nabrała rumieńców. Były prezydent był otwarty, wychodził do przeciwnika, w uprzejmy sposób go zaczepiał, ale też w swoich sądach
był skłonny do kompromisu.
Z kolei premier prezentował myślenie bardzo ideologiczne. W rozmowie ustawiał Kwaśniewskiego jako wroga, a nie przeciwnika w dyskusji. Korzystając z nomenklatury sportowej, można ocenić,
że debata była remisowa ze wskazaniem na Aleksandra Kwaśniewskiego. Ci, którzy cenią sobie Jarosława Kaczyńskiego, uznają, że to on był górą. Z kolei ci, którzy większą sympatią
darzą Kwaśniewskiego, powiedzą, że to on wygrał. Ale na niego wskażą także te osoby, które nie przepadają za żadnym z tych polityków.
Jadwiga Staniszkis, profesor socjologii:
Lepiej wypadł Jarosław Kaczyński ze względu na osobowość i dynamikę, którą zaprezentował. Wygrał przede wszystkim dlatego, że był inny, niż się spodziewano - miejscami autoironiczny,
wykazał się dużym refleksem, potrafił dokonywać uników.
W pierwszej części porażające dla mnie było podobieństwo etatyzmu obydwu polityków. Obaj zupełnie nie rozumieją problemów służby zdrowia. Sprawdziła się więc teza Donalda Tuska, że było to spotkanie socjalisty z socjalistą. Obydwaj zaproponowali dołożenie pieniędzy do systemu, nie rozumiejąc idei wolnorynkowości służby zdrowia. Ten segment przysporzy zatem głosów Platformie Obywatelskiej.
Cześć dotycząca polityki zagranicznej sprowadziła się do jednostronnych ataków. Tu osobowością i refleksem wykazał się Jarosław Kaczyński, który unikał ciosów wymierzanych przez Monikę Olejnik. Z kolei Kwaśniewski nie potrafił tego wykorzystać.
W segmencie trzecim Jarosław Kaczyński zbyt mało wyraziście pokazał różnice pomiędzy III a IV RP. Oczywiście tutaj Kwaśniewski był najsłabszy, ale Kaczyński mógł być o wiele lepszy.
Ta debata nie przysporzy głosów żadnej z reprezentowanych przez nich partii politycznych. Padło bowiem zbyt mało deklaracji na temat tego, co chcą zrobić po wyborach. Szczególnie dotkliwe
będzie to dla LiD, bo ta partia jako nowy twór polityczny nie zaprezentowała nic, co by chciała wnieść do życia politycznego.
prof. Jacek Raciborski, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego:
Obaj wygrali. To była dobra debata, pełna fajerwerków i złośliwości. Ale też dobra pod względem merytorycznym. Jej główną funkcją dla obu stron było ustabilizowanie poparcia i uzyskanie
go wśród niezdecydowanych i miękkich wyborców PO. I myślę, że obie strony to osiągnęły. W pierwszej części debaty nadspodziewanie dobrze wypadł premier Jarosław Kaczyński. Zrobił
wrażenie kompetentnego. Do tego był spokojniejszy od Kwaśniewskiego. Były prezydent był dość defensywny, choć opowiadając się za rozwagą przy redukowaniu podatków, postąpił jak
klasyczny socjaldemokrata i był przekonywający dla sporej części wyborców. Większość Polaków płaci niskie podatki i ta większość wcale nie chce, by je zredukować dla mniejszości
płacącej wysokie podatki.
W części poświęconej sprawom międzynarodowym lepiej wypadł Aleksander Kwaśniewski. Bardzo dobre było jego skonstruowanie ogólnego obrazu polityki międzynarodowej Europy, świata i sposobu obecności Polski w tym świecie. Może zbyt natrętnie, jak dla mnie, mówił o dotychczasowych sukcesach, ale skądinąd w marketingu politycznym powtarzanie jest najważniejsze.
W trzeciej części Kwaśniewski bardzo zaryzykował, opowiadając się za liberalną polityką karną. Nie tylko wśród wyborców PiS, ale w ogóle w polskim społeczeństwie dominuje
restrykcyjne nastawienie w tej kwestii. To, co powiedział w rewanżu Jarosław Kaczyński, musiało zrobić bardzo korzystne wrażenie na szerszej grupie wyborców, która jest nastawiona na karanie
i wierzy, że to jest skuteczne. Chociaż riposta Kwaśniewskiego o "wielkim więzieniu" i sądach 24-godzinnych ścigających przede wszystkich furmanów i motocyklistów też
była niezła. Na koniec debaty zdecydowanie bardziej elegancko od Kaczyńskiego zachował się Kwaśniewski: już nie odnosił się do tez przeciwnika, tylko podsumowywał i wystosował apel do
wyborców. Jarosław Kaczyński był bardziej agresywny.
prof. Paweł Śpiewak, socjolog i historyk idei z Uniwersytetu Warszawskiego:
Debata była nudna. Z góry było wiadomo, jakie odpowiedzi padną, i w tym sensie niewiele wniosła. Być może poza informacją, że Kaczyński dąży do jednego: żeby uczynić swoim realnym
przeciwnikiem Aleksandra Kwaśniewskiego, a Platformę podzielić. Żeby stworzyć obraz polityki podzielonej na wielką prawicę i centrolewicę. Podczas debaty powiedział to niemal wprost. Z
punktu widzenia dramaturgii powiedziałbym, że troszeczkę lepszy był Kwaśniewski. On się lepiej czuje przed kamerą, był bardziej wyluzowany, bardziej dynamiczny, dowcipniejszy. On jest
mistrzem telewizyjnego show. Do tego mocno i jasno argumentował, momentami wykorzystywał złośliwości: powiedział o Kaczyńskim, że wszystko niszczy. Premier był niezły pod koniec
spotkania.
Z punktu widzenia wyborczego ta debata nie ma wielkiego znaczenia: wyborcy wierzą i będą wierzyli w swoich faworytów. Z punktu widzenia informacyjnego i programowego debata ma znaczenie prawie
zerowe. Pozostaje oczywiście pytanie o Tuska. Kim mógłby być tutaj? Jaką rolę by odegrał? Kaczyński boi się go. Stara się, żeby szef PO nie istniał albo był tylko dodatkiem do jego
pomysłów politycznych. To właśnie z nieobecnym Tuskiem tak naprawdę obie strony toczyły wojnę. Kaczyński jest przekonany do tego, co robi. Nic - poza sugestią, żeby rozwalić PO i uczynić
z Kwaśniewskiego swojego partnera polemicznego, negatywnego partnera - nie miał do powiedzenia.
dr Anna Materska-Sosnowska, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego:
Jaki wynik debaty? Dałabym 1:1. Myślę, że wyborcy pozostaną przy swoich preferencjach. Debaty prezydenckie, kiedy jest spór o coś, mają sens. To mi się nie podobało. Ta była miałka.
Każdy pozostał przy swoim zdaniu. Kwaśniewski był bardziej otwarty na świat. Kaczyński powtarzał swoje kwestie. Kaczyńskiemu udało się trochę okiełznać emocje. Ogólnie debata nie była
porywająca. Uczestnicy niczym nie zaskoczyli. Kwaśniewski próbował rozerwać trochę narzucone uczestnikom debaty reguły. Dobrze, że trochę zaczął żartować. Kaczyński niepotrzebnie
atakował personalnie parę razy i Kwaśniewskiego, i Tuska, i ludzi z PZPR. Obaj wymienili hasła swoich partii. Ale to nic nowego. To nie był wielki pojedynek.
dr Marek Migalski, politolog, Uniwersytet Śląski:
Pierwsza runda remisowa, ale od drugiej rundy zaczęło się zwycięstwo Kaczyńskiego. Jest to o tyle dziwne, że druga część to przecież polityka międzynarodowa i wydawało się, że
Kwaśniewski jest w tym silny. A wtedy dostał najsilniejsze ciosy, po których zeszło z niego powietrze. A Kaczyński przeszedł do poważnych rzeczy.
"Jawohl" zostało bez odpowiedzi. Podobnie jak teza, że Kwaśniewski kiedyś był podporządkowany Moskwie, a teraz Brukseli. Ta runda była przełomowa. Kaczyński świetnie
zaprezentował się jako obrońca polskiej racji stanu.
Trzecia runda to dobijanie Kwaśniewskiego. Wtedy dyskusja dotyczyła przestępczości. PiS jest rozpoznawalne dla elektoratu jako partia, która sobie z tym najlepiej radzi. Wtedy nastąpiła
kompletna wpadka Kwaśniewskiego z Kaczmarkiem. Kaczyński jeszcze raz powtórzył, że to jest dowód na to, że PiS jest partią, która walczy z korupcją nawet we własnych szeregach. Także
wątek Zbigniewa Sobotki zadziała na korzyść Kaczyńskiego, który mógł zaprezentować PiS tak, jak sam tego chciał: jako partię zwykłych ludzi walczącą z korupcją, z korporacjami i
przestępczością.
Kolejna sprawa: pytanie o koalicję. Debata była nakierowana na wyborców niezdecydowanych i wyborców Platformy Obywatelskiej. Pytanie o koalicję Kaczyński wykorzystał, żeby powiedzieć po
raz kolejny, że on chce współpracy z PO albo chociaż z jej konserwatywną częścią. Bo do tego elektoratu Platformy on może się odnosić. Tego nie wykorzystał Kwaśniewski, który mógł
przekonać do siebie elektorat PO. Też mógł powiedzieć, że się otwiera na koalicję z PO i skokietować jej wyborców, zwłaszcza tych antypisowskich. Były prezydent nie wykorzystał jednak
tej okazji.
Eryk Mistewicz, konsultant polityczny:
Po raz pierwszy w debacie połączono dwa modele: amerykański, w którym politycy, stojąc daleko od siebie, patrzą w stronę ludzi,
oraz francuski, gdzie kandydaci siedząc 2,5 metrów od siebie wchodzą w dyskusję. To z jednej strony gra na rzecz Kaczyńskiego, który może nie ma tak dobrze opanowanego wzroku jak Kwaśniewski,
ale też gra na ochłodzenie samej debaty. Chłodzić atmosferę miała również niebieska, zimna kolorystyka studia.
Kaczyński bardzo świadomie wybrał strój. Jego "czerwony krawat samca alfa" dawał jasny sygnał: ja tu rządzę. Kwaśniewski postawił na "wycofaną
elegancję" człowieka z klasą. Dodatkowym atutem byłego prezydenta była "twarz ogorzała od słońca", zdrowa opalenizna, lepiej wykonany make up. W tej kategorii
Kaczyński zdecydowanie przegrywał - był zbyt biały.
Kwaśniewski okazał się pewniejszy siebie. Charakterystyczny był powtarzany kilkakrotnie gest zwycięstwa. Gdy dziennikarka dyscyplinowała: "pana czas minął", natychmiast zareagował: "mój czas minął dwa lata temu, teraz mój czas znów sie zaczyna".
Kaczyński odwrotnie: uciekał do góry wzrokiem (jakby nie wiedział, co ma powiedzieć), nie patrzył na Kwaśniewskiego, spoglądał na salę, jakby szukając kogoś, kto miałby mu
podpowiedzieć replikę do trudnego pytania. Takich błędów Kwaśniewski nie popełnia. Wybiera jeden punkt i w ten punkt się patrzy.
Kwaśniewski potrafi też nawiązać kontakt ze swoim przeciwnikiem. Pochylał sie do Kaczyńskiego jakby chciał z nim rozmawiać. Ale gdy głos zabiera Kwaśniewski, Kaczyński przyjmuje pozycję
zamkniętą. Po zakończeniu kwestii odchyla sie do tyłu, co może być odebrane jako strasznie gburowate. Kwaśniewski inaczej: przejmuje inicjatywę, jak wtedy, gdy apeluje: "scenariusz
nie jest ważny, ważne abyśmy porozmawiali".
Kaczyński nie potrafił też opanować rąk. Odbiera w ten sposób sobie siłę argumentacji. Inaczej Kwaśniewski: zmienia łatwo formułę, najpierw wita ludzi. Potem twierdzi, że program przypomina typowy telewizyjny show, gdy Monika Olejnik nie do końca panuje nad salą. Wreszcie mówi to, co chce powiedzieć, nie zważając zbytnio na ustalone reguły.
Mówiąc krótko, Kwaśniewski przyszedł z przesłaniem: mój czas się nie kończy, mój czas się zaczyna. Kaczyński nie miał przygotowanego podobnego bon motu, ale miał przygotowaną strategię: upozycjonować się jako twardy szeryf, może nie PR-owiec brylujący na salonach i dobrze odbierany przez światową prasę, ale człowiek konkretów. Ale popełnił też błąd: wyprowadzony z równowagi, zaatakował Kwaśniewskiego jako byłego PZPR-owca. To błąd strategiczny, bo ludzie należący do PZPR, którzy zagłosowali na PIS w 2005 r., zadecydowali o zwycięstwie PIS, to poważny elektorat do odbicia, a nie do dobicia. Zapewne sztabowcy Kwaśniewskiego będą wykorzystywali ten wątek.
Obydwoje wiedzieli, że ostatnie chwile są w każdej debacie najważniejsze. Kwaśniewski mnie rozczarował, poświęcając czas na reklamówkę LID, Kaczyński poszedł innym tropem: starał
się wykazać, że debata była pożyteczna, bo pokazała, że Polska III Rzeczpospoliej była światem korupcji i złych rzeczy. Stąd ostatnie chwile należały do Kaczyńskiego. I to mimo że
Kwaśniewski probował mu przerywać: "oczywista oczywistość", jakby bawiąc się jak dziecko w przedrzeźnianie.
Tomasz Witkowski, doktor psychologii:
Rywale debaty telewizyjnej zaprezentowali charakterystyczne dla siebie style perswazji. Ilość występujących w czasie debaty manipulacji z jednej i z drugiej strony była podobna. Kwaśniewski
jest mistrzem pozytywnego języka. Jego wypowiedzi skrzą się od tak nic nieznaczących sformułowań jak: "otwarty dialog" czy "zgoda ponad podziałami". Potrafi
tymi słowami zamarkować nawet swoje kompletne gafy, jak chociażby zachęcanie do zaostrzonej polityki wobec Polski. Podkreśla swoją powagę, mówiąc: "Ten program przypomina
telewizyjny show, ale ja powiem poważnie". Wykorzystuje fałszywą skromność, np. "Nie mówię tutaj o sobie, bo mi nie wypada...". Korzystając ze swojej inteligencji,
Kwaśniewski błyskotliwie operuje dowcipem, a nawet grą słów, np. "Jeśli ja załatwiłem to, co mógł załatwić każdy, to Pan zepsuje to, co tylko Pan może zepsuć",
wyłapuje lapsusy językowe adwersarza, jak np. "oczywista oczywistość".
Z drugiej strony premier Kaczyński korzysta z dokładnie tych samych metod, tyle że w wersji negatywnej. "Szalejące wściekłe elity", "korporacje", "korupcja", "układ", "polityka wielkiego kompleksu niższości".
Podobnie jak u Kwaśniewskiego, często za tymi słowami nic nie stoi (np. "fakty empiryczne", "wasze interpretacje" itp.). Przez pierwszą część debaty Jarosław Kaczyński najwyraźniej starał się kontrolować i po to, by zdeprecjonować rywala wykorzystywał presupozycję, np. "Powinien pan porozmawiać z ekonomistami" (supozycja: nie zna się pan na ekonomii). W drugiej części mechanizmy kontroli najwyraźniej osłabły, pojawiły się etykiety i zaczął wprost umniejszać rywala, np. "pan jest nieuleczalny", "metoda jawohl", "jakie ma pan kwalifikacje dyplomatyczne, jeśli pan nawet słuchać nie potrafi" itp.
Niewątpliwej inteligencji Kaczyńskiego, niestety, nie dorównują jego mechanizmy samokontroli. Prędzej czy później sięga po najmniej wyrafinowane metody walki politycznej. W języku Kaczyńskiego dominuje zaimek "my", sugerujący podział my - wy. Strategią na dodanie sobie blasku jest podkreślanie związku (w wielu miejscach przypadkowego) pomiędzy rozwojem gospodarczym i innymi procesami społeczno-politycznymi a okresem 2 lat rządów PiS (przypisywanie sobie sukcesów). Strategia odwrotna do Kwaśniewskiego, który podkreślał ciągłość polityczno-gospodarczą i niezależność obecnych sukcesów od działań rządu, czym umniejszał rolę Kaczyńskiego.