Już od dawna podążanie za Jarosławem Kaczyńskim jest dla dziennikarzy i publicystów zadaniem niełatwym, ostatnio zresztą także w sensie dosłownym. Nie tylko bowiem kongres partii - wyłączywszy przemówienie samego przywódcy - został utajniony, ale jeszcze bardziej niż kiedykolwiek utajniony wydaje się pomysł byłego premiera na uprawianie dalszej polityki i odzyskanie władzy.

W kolejnym ważnym przemówieniu nie pojawia się nic atrakcyjnego dla Polaków. Polityk, który wznosił swoją formację na szczyty władzy, umiejętnie wymyślając kolejne sposoby przekładania istniejących w społeczeństwie frustracji na poparcie dla walki PiS kolejno o ideę IV RP, o Polską solidarną, o Polskę dla zwykłych Polaków, dziś sam wydaje się frustratem. Bardziej dba o to, żeby zdobyć "koreański" wynik w głosowaniu nad wotum zaufania i odsłuchać "Sto lat", niż żeby pokazać jakiś nowy projekt. Zamiast zmobilizować partię, paraliżuje ją.

Kaczyński na kongresie powinien postawić przed działaczami drogowskaz, jak działać w opozycji, jak ustawić się wobec rządu. Szczególnie w sytuacji, gdy osób samodzielnie myślących i potrafiących skutecznie reagować na wydarzenia politycznej pozostało w niej niewiele.

Treścią swojego przemówienia przywódca Prawa i Sprawiedliwości przypominał jednego z żołnierzy własnej formacji. Potrafił jedynie powtarzać te same wyeksploatowane już treści oraz coraz mniej przekonująco atakować przeciwników. Kolejny raz słyszeliśmy to samo: wyssane z palca oskarżenia przeciwników o nazywanie "bydłem" społeczeństwa na zmianę z hasłowo jedynie formułowanymi wobec PO zarzutami o powrót do III RP. Do tego samozachwyt z lat rządzenia ("Jedno jest pewne! Pokazaliśmy, że potrafimy rządzić!"), w tym z wielkich osiągnięć w dziedzinie "niełamania prawa" ("Mogliśmy złamać prawo i rządzić całą kadencję, ale się nie zdecydowaliśmy na to - brawo! Jesteśmy naprawdę wdzięczni!") i trzymania z daleka od resortów bezpieczeństwa polityków Samoobrony i LPR oraz - jak chwalił się w jednej z telewizyjnych relacji z kongresu poseł Putra - z sukcesów "nawet w dziedzinie demokracji".

W żaden sposób nie da się zrozumieć celu zachowania Kaczyńskiego wobec trójki dysydentów - Zalewskiego, Ujazdowskiego i Dorna. Jeśli naprawdę potrzebna była Kaczyńskiemu totalitarna niemal jedność w partii (co nam przypominają listy trzech polityków, którym wódz zarzuca odchylenie inteligencko-liberalne, zakończone zapewnieniami: "Niech żyje jedyny przywódca Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński!"?), należało ich po prostu wyrzucić. Po co cały ten dziwaczny spektakl z wygrażaniem im przez media, z utajnianiem kongresu, z prowokowaniem do wystąpienia kolejnych krytyków? Po co na koniec Kaczyński wykonuje nagle przyjazne gesty wobec Ujazdowskiego, Dorna i Zalewskiego? Nie ma w tym żadnej logiki, a jest mania prześladowcza. Trudno będzie zrozumieć działaczom PiS jednoczesne mobilizowanie ich do zdobywania wyborców inteligenckich z wielkich miast i szykanowanie ostatnich polityków, którzy mogliby z tą częścią elektoratu nawiązać kontakt.

Połączenie obu tych okoliczności - wyraźnego braku politycznego pomysłu i wyżywanie się na własnej partii - dowodzi, że Kaczyński znajduje się w głębokim kryzysie. I to teraz, gdy sytuacja Prawa i Sprawiedliwości jest naprawdę komfortowa. Nie chodzi tylko o bardzo dobry mimo przegranej wynik wyborczy, ale o niezagrożone przywództwo w opozycji, które pozwala w całości dyskontować nieuchronne potknięcia i porażki partii rządzącej. A posiadanie prezydenta z własnej partii pozwala je kreować. Przemyślana gra z prezydentem przeciw Platformie Obywatelskiej - by użyć metafory brydżowej - "na przebitki" mogłaby łatwo utorować drogę braciom do władzy, gdyby tylko obaj mieli jakiś pomysł na uprawianie dalszej polityki. Niestety, nawet być populistą trzeba umieć. Ta zamiana jakości w jedność odbije się Kaczyńskiemu czkawką, gdy przyjdzie konieczność szybkiego i elastycznego reagowania na błędy ekipy rządzącej. Partia populistyczna jest jak rekin, żyje i może oddychać, dopóki cały czas się porusza. Tymczasem od przegranych wyborów PiS stoi w miejscu, zaczyna więc trawić własny organizm.

Konsekwencje słabości największej partii opozycyjnej mogą odbić się na całej klasie politycznej. W podobnym kryzysie ideologicznym znajduje się dziś także LiD, który reaguje na to działaniami wsobnymi. Może to zapewnić Platformie długoletnie rządy, ale równie prawdopodobne wydaje się wejście w ostry kryzys całej klasy politycznej w jej obecnym kształcie. Jej zamknięcie przez system finansowania partii politycznych i kształt ordynacji wyborczej, który uniemożliwia ewentualnym nowym podmiotom konkurowanie z istniejącymi, może spowodować upadek całego rządzącego Polską od 1989 roku pokolenia polityków.