Oto najpierw dowiadujemy się, że tajne posiedzenie Sejmu na temat podejrzenia nielegalnych podsłuchów było w istocie skróconym wykładem podstaw prawa i zwykłą pyskówką. Że po prawie trzech miesiącach rządów politycy PO wciąż tkwią w kampanii wyborczej i nie potrafią powiedzieć, czy te nielegalne podsłuchy były czy nie. Wciąż mówią, że podejrzewają.

Reklama

W sobotę pojawił się dowód tej marności: rzekome stenogramy z posiedzenia Sejmu. Tym bardziej marny, że szybko okazuje się, iż nic takiego jeszcze nie powstało! Nagranie z posiedzenia leży w sejmowym sejfie, spisywane ma być dopiero dzisiaj. To może oznaczać tylko jedno: któryś z posłów, raczej z kręgu czującej w tym interes PiS-owskiej opozycji, wniósł na salę obrad dyktafon, nagrał i przekazał dziennikarzom jako stenogram. I pewnie czuł się prawie jak Ryszard Kukliński.

W sumie śmieszne. Ale i żenujące. Tym bardziej, im mocniej skąpane jest w sosie poważnej z pozoru debaty o służbach specjalnych, zagrożeniu bezpieczeństwa państwa i państwie policyjnym. A przecież, jeśli poseł nie boi się nagrywać tajnego posiedzenia, to może mamy państwo za mało policyjne? To oczywiście żart, bo tak naprawdę mamy do czynienia ze zwyczajną dziecinadą.

Nie da się ukryć, że ta zabawa wciąga. Nawet poseł Janusz Zemke z SLD, polityk do tej pory raczej oszczędny w słowach, nie potrafił powstrzymać się przed dołączeniem do piaskownicy. Ogłosił kilka dni temu, że były aż 94 nielegalne podsłuchy. Zrobił to po jednym z tych rajcujących uczestników tajnych posiedzeń za białymi drzwiami komisji do spraw służb specjalnych. Nie możemy więc sprawdzić, skąd się wzięła liczba "94". Nie możemy zweryfikować prawdziwości tego oświadczenia. Bo może było 95? Musimy wierzyć posłowi Zemke, tak jak nieistniejącym stenogramom i ministrowi Ćwiąkalskiemu.

Mam dość. Odpadam. To ja już wolę być podsłuchiwany. Nieważne, legalnie czy nie. To i tak mniejsza tortura.