No i się zaczęło. Wygląda na to, że nawet szef prezydenckiej kancelarii minister Piotr Kownacki jest sytuacją skonfundowany.

Oznacza ona bowiem, że prokuratura, chcąc sprawę zbadać rzetelnie, powinna przesłuchać wszystkich uczestników spotkania. Nie tylko Annę Fotygę, Witolda Waszczykowskiego, Władysława Stasiaka, Andrzeja Dudę, Mariusza Handzlika czy wreszcie Radosława Sikorskiego, lecz także Lecha Kaczyńskiego, głowę państwa. I możemy sobie już wyobrażać, jak takie przesłuchanie będzie wyglądać: "Panie prezydencie, dlaczego pytał pan ministra Sikorskiego o znajomość z Ronem Asmusem? Dlaczego pytał pan, czy Sikorski jest tłumaczem? Panie prezydencie, skąd pan powziął takie przypuszczenie?" no i oczywiście "Panie prezydencie, komu opowiadał pan o tej rozmowie? Czy komuś z najbliższej rodziny?" W ten sposób znajdziemy się w maglu, jaki prezydent Kaczyński i jego urzędnicy sami sobie zgotowali. Wyobrażam sobie, że dziś wszyscy oni woleliby, byśmy o całej sprawie jak najszybciej zapomnieli, bo jeśli stawia ona kogoś w niekorzystnym świetle, to raczej prezydenta Kaczyńskiego.

Choć że minister Sikorski mógł dyplomatycznie powściągnąć język i nie opowiadać zbyt szczegółowo o przebiegu rozmowy - to pewne. Nie wiemy jednak, komu opowiadali o niej pozostali uczestnicy. Sikorski zaś - wyobrażam sobie - musiał być przebiegiem tego quasi-przesłuchania w dźwiękoszczelnej klatce mocno poruszony. To tłumaczy, że - jak sam przyznaje - podzielił się jego treścią z niektórymi współpracownikami. Zresztą możliwe, że opowiadał o niej osobom, które i tak mają dostęp do informacji niejawnych. Nade wszystko jednak wypada zauważyć, że nie byłoby o czym plotkować, gdyby treść rozmowy rzeczywiście dotyczyła negocjacji z Amerykanami i warunków instalacji tarczy antyrakietowej, a nie tego czy minister Sikorski był tłumaczem rozmowy premiera Tuska z Dickiem Cheneyem i czy specjalnie tłumaczenia nie zniekształcił. Rozmowa jednak wymknęła się ludziom prezydenta spod kontroli i zeszła na tory niemalże plotkarsko-towarzyskie. Minister Sikorski nie miałby się czym chwalić, gdyby Lech Kaczyński był zainteresowany li tylko stanem polsko-amerykańskich negocjacji. Kiedy jednak wylał na szefa MSZ kubeł niechęci doprawiony sporą porcją nieprzyjemnych podejrzeń co do jego dobrej woli, było się czym pochwalić w gronie platformersko-rządowym.

Ale najważniejsze przecież pozostaje pytanie, czy coś ważnego rzeczywiście z tej rozmowy wyciekło. Kancelaria Prezydenta jak dotąd nie stwierdziła kategorycznie, że "rozmowie w klatce" był nadany gryf tajności. Pojawiły się postulaty ujawnienia nagrania, by wszyscy mogli stwierdzić, czy prezydent nadał jej ten specjalny status. Na razie jednak o nagraniach nie słychać. Również minister Kownacki dzielił się z dziennikarzami wątpliwościami, czy w gazetowych przeciekach znalazło się coś prawdziwie niepokojącego, co mogłoby zagrozić interesom państwa. Wszystko więc, nie po raz pierwszy zresztą, wygląda na idiotyczną burzę rozpętaną w szklance wody sodowej, która czasami odbija nawet najbardziej wyważonym urzędnikom w kraju.