Naukowiec nie wie i nie rozumie wszystkiego. Ja wiedziałem trochę więcej dzięki dziennikarzom, ale oglądałem politykę przez folię. Mój obraz nie był fałszywy,
raczej ubogi. Już po dwóch miesiącach uprawiania polityki byłbym dużo lepszym politologiem.
Choćby odkrycie, jak wielką rolę odgrywają osobowości, personalia. Byłem przywiązany do heglowskiego ducha dziejów, do procesów. Tymczasem rola jednostek w polityce - ich humorów, animozji,
słabości - jest nie do przecenienia. Można być ponad to, ale nie można tego nie wiedzieć, bo nic się nie rozumie.
Niech pan poczeka, aż znów będę politologiem.
Z liderem mam akurat doświadczenia pozytywne. Zawsze uważałem Jarosława Kaczyńskiego za wybitnego polityka, za wizjonera i nie zawiodłem się. Wcześniej zetknąłem się z nim zaledwie dwa
razy. A teraz poznałem człowieka autoironicznego, dowcipnego. Były i inne zaskoczenia. Joachim Brudziński to prywatnie człowiek sympatyczny i ciepły, choć w mediach jawi się jako agresywny
ponurak. Z kolei Zbigniew Girzyński zaskoczył mnie na jednym z politycznych spotkań porywającym historycznym wstępem do projekcji filmu "Nil". Patrzyłem i oczom nie
wierzyłem: to jest ten radiomaryjny żołnierz? Choć na tym samym spotkaniu zobaczyłem też ułomność ludzkiej natury. Girzyński mówi pięknie, z patosem, a dwaj posłowie wymieniają uwagi o
swoich miejscach na listach.
Widzę, że w polityce jest mnóstwo niewiadomych. Ona nie jest precyzyjnie sterowana, to walka we mgle, jak na poczatku filmu "Gladiator". Przeciwników prawie nie widzę. Widzę
współtowarzyszy i nie bardzo wiem, co będzie za chwilę. Przeważnie chaos, improwizacja. Gdy miałem przemawiać na konwencji we Wrocławiu, mogłem powiedzieć wszystko - na przykład:
"ludzie, głosujcie na PO".
Ale ja raczej nie powinieniem (śmiech). Ale mógłbym. Ważne, że miałem duże pole manewru. Powtórzę: to jak na wojnie, przeciwnika widzi się rzadko. W zasięgu wzroku są głównie towarzysze
boju.
Jestem pierwszy na liście i w moim interesie byłoby, żeby za mną były same łajzy i miernoty, bo nikt mi nie zagrozi. Ale w interesie partii jest, aby cała lista była jak najsilniejsza. Jako
nowicjusz myślę kategoriami interesów całej partii. I rozumiem, że są ludzie, którzy myślą kategoriami interesu osobistego: wolę mieć partię na 15 procent, byleby mnie było dobrze. Mogę
zawsze zasiadać w opozycji jak Ziuganow w Rosji.
Jak przestanę być politykiem (śmiech).
Nie widzę, aby Kaczyński chciał być zawsze w opozycji, to psychologicznie nieprawdziwie. On lubi i umie rządzić. Może są w partii takie osoby, ale nie on.
Nie sądzę, abym dowiedział się o partii Kaczyńskiego czegoś, czego nie wiem o partii Tuska. Przyszedłem do PiS dla tego konkretnego lidera. On na początku był rzeczywiście otoczony ludźmi,
których dziś już nie ma. PiS im sporo zawdzięcza. Ale głównym spoiwem ugrupowania pozostaje sam lider. To partia oparta na jego autorytecie.
W PiS rola ludzi młodych, trzydziestolatków jest ogromna, większa niż w PO. Większa niż sądziłem jako politolog.
Byłaby to prawda, gdyby Jarosław Kaczyński wybierał się na emeryturę. Ale się nie wybiera.
Partią można kierować z nogą w gipsie.
Dorna szanuję, ale się z nim nie zgadzam. Jeśli zakłada, że pisałem po to, aby wejść do polityki, to się myli. Czy równie świadomie skłoniłem władze dwóch uczelni, żeby nie dały mi
habilitacji? I czy wpłynąłem na Kaczyńskiego? Musiałbym być wielkim manipulatorem, Dorn mnie przecenia. To prawda, że uważałem Kaczyńskiego za człowieka, który rzadko się myli i w tym
sensie naturalne jest moje miejsce w PiS, a nie w PO czy w SLD. Dodatkowo to przejście dużo mnie kosztowało. Wylano na mnie kubeł pomyj jako na sprzedajnego naukowca. Kolarskiej-Bobińskiej,
Kikowi, Środzie nikt niczego nie wypomina, a też startują.
Tak jak moje przed moim wejściem do PiS - niemal kompletna izolacja. Parę razy odmawiałem napisania analiz PiS-owi. Także Grzegorz Napieralski prosił mnie o analizę sporów w SLD, bo
usłyszał, jak go chwalę w telewizji. Gdy się nie zgodziłem, zaproponował to Rafałowi Chwedorukowi, a ten napisał to, co szef Sojuszu chciał usłyszeć.
Mogą pisać, na przykład w ramach politycznych think tanków, ale nie powinni potem występować jako bezstronni obserwatorzy i komentować polityki, która jest następstwem tych analiz. A ja
polubiłem zajęcie komentatora.
Nie, chciałbym zrobić habilitację. Gorzej z komentowaniem. Ale dał nam przykład Paweł Śpiewak, że można wrócić i do komentowania.
Można by mu więc zarzucić komentowanie na rzecz PiS.
Nie tylko zabójcy królów mają prawo do opuszczenia polityki. Śpiewak miał prawo uznać, że on, a nie Donald Tusk się nie nadaje. Jest ciekawszym komentatorem niż wcześniej, bo poznał
mechanizmy. Więc wyobrażam sobie taki powrót, jeśli media mnie przyjmą, niekoniecznie po publicznym mordowaniu Kaczyńskiego.
W rankingu dziennikarskim we "Wprost" uznano mnie za drugiego komentatora kraju - po Jadwidze Staniszkis, królowej komentatorstwa. Ale nie każdy ornitolog umie latać. W polityce
może mi nie wyjść. Okaże się, że jest ona dla mnie zbyt brutalna, nudna, miałka, że tracę czas. Że to tylko naparzanka w TVN 24. I polityka może mnie też wypluć. Okażę się zbyt
słaby, nawet fizycznie.
Mnie będzie trudniej niż Śpiewakowi, bo PiS-owcom wolno mniej.
Widziałem to jako komentator, teraz czuję na własnej skórze. Biegniemy z innymi partiami na 200 metrów, tylko że my musimy dodatkowo skakać przez płotki, a jeszcze ciagną nas za spodenki.
Chodzi o media. Ten sam dziennikarz telewizyjny gawędzi sobie leniwie z Róża Thun czy Jerzym Buzkiem, a mnie czy Ziobrę wali po głowie i uznaje to za odważne dziennikarstwo.
Dlatego się nie skarżę, tylko opisuję. Gdybym chciał mieć spokój, dogadałbym się na uniwersytecie z moim szefem, ubeckim kapusiem. Albo mówiłbym to, co chciała usłyszeć Platforma.
Czytałem o sobie, że jestem śmieciem, PiS-owskim sługusem. Gdybym wychwalał PO, byłbym obiektywny. Ale kiedy moja mama radziła mi: mów łagodniej o Platformie, bo cię wyrzucą z mediów,
odpowiadałem: jest odwrotnie. Zapraszają mnie, bo mówię w poprzek. Chwalców PO jest na pęczki.
W jakimś sensie tak - opłacało się być oszołomem i uważać, że nagranie Renaty Beger to nie koniec demokracji w Polsce (śmiech). Choć poczucie presji nie było miłe. W latach 90. w ogóle
bym nie zaistniał.
Zastanawiałem się, czy to nie ucieczka, czy nie porzucam swojego Westerplatte. Czy będę mógł zdziałać w polityce więcej niż jako komentator? Jeśli uznam, że nie, że robię rzeczy
jałowe, odejdę. To ja przewidziałem względnie wysoką frekwencję w wyborach 2007 r., ale nikt się potem do tego nie odwoływał. I miałem też wrażenie, że to, co mówię w telewizji, jest
jałowe, odbija się od ściany, jest źle rozumiane.
Ale to tylko teatr. Służy zdobyciu władzy, więc zrobieniu czegoś dobrego.
W europarlamencie można zrobić wiele rzeczy istotnych, choćby dzięki pieniądzom. Będę mógł zatrudnić 20 sensownych osób i zrobić razem z nimi coś ważnego. Na przykład założyć na
Śląsku szkołę młodych liderów, zachęcić wartościowe jednostki do angażowania się w życie publiczne. To sensowniejsze, niż kłócić się w telewizji z kretynami. Albo z ludźmi, którzy
mnie uważali za kretyna.
Niech pan nie zapomina, że idę do polityki europejskiej. No i mam nadzieję być magnesem, który odzyska dla PiS wyborcę, którego nazywam PO-PiS-owym. Dzięki temu Kaczyński będzie mógł
wrócić do władzy.
A ja mówię panu o moim rozczarowaniu zawodem komentatora. A nauka? Jakby pan przyjechał na naukową konferencję, na której ci sami ludzie klepią referaty, których nie chce słuchać nikt poza
następnymi referentami... Te wszystkie "demokracje w dobie globalizacji", słuchając tego, marnowało się czas. W polityce jest mimo wszystko więcej treści. Mogę spać do 10,
ale budzę się o 6 - jak w piosence Kultu: "poranne zorze budzą mnie ze snu". Ciągle się czegoś uczę, ciągle coś się dzieje. Jak patrzę teraz na swoich dawnych kolegów
politologów, mam poczucie, że bredzą.
Dotknąłem i tyle. Ale czwartym spin doktorem nie jestem. Przekonałem się tylko, że Bielan, Kamiński i Kurski to arcybłyskotliwi ludzie, którzy wiedzą o polityce więcej niż wszyscy
politolodzy razem wzięci.
Wymyśliłem tak naprawdę jedną rzecz: język wysuwający się z logo Platformy. Ale byłem tylko doradcą. Patrzę na razie, jak oni to robią.
Istotą spinu jest przekonywanie wyborców, aby móc realizować program. I zapewniam pana, że dużo brutalniej walczy się o władzę w samorządzie, w gminie, nawet w środowiskach naukowych. Mam
wrażenie, że to Donald Tusk walczy o władzę dla władzy, a nie Bielan, Kamiński i Kurski.
Świat, jaki jest, każdy widzi. Nieuwzględnianie tego byłoby zbrodnią, a raczej eskapizmem moralnym. Kamiński, Kurski i Bielan ani nie kłamią w żywe oczy, ani nie robią niczego, czego nie
robią inne partie.
Yossarian mówi w "Paragrafie 22", że nie chce iść do wojska, bo się boi. Lekarz pyta: ale co by było, gdyby wszyscy postępowali jak pan? A on na to: to byłbym idiotą,
gdybym robił inaczej. Spinuje się na całym świecie. Nie da się bez tego wygrać wyborów. Więc mam powiedzieć: ja się tym nie zajmę? Nie, wolę zaoferować swoje umiejętności.
Nie wiem, może miał czyste intencje, działał w dobrej wierze. Z dziadkiem z Wehrmachtu miał przecież rację.
Nie uważam, że nie ma granic. Z pewnością trzeba znaleźć jakąś równowagę między przezroczystością polityki i ochroną naszej prywatności. Z drugiej strony Donald Tusk sam sobie
strzelił samobója, nie przyznając się do tego dziadka.
Jest historykiem, jego krewni wiedzieli, a on nie wiedział? Ale jestem ze Śląska, znam komplikacje ludzkich losów i sam nie chciałbym rozgrzebywania przeszłości swojej rodziny. To nie jest
spin. Tak samo, jak nie są nim wyczyny Janusza Palikota.
Na pewno umiem czytać badania, sondaże, potrafię z nich wyciągnąć na przykład to, jakie są słabości przeciwnika. Ale w znalezieniu odpowiednich środków wyrazu co innego jest
przydatniejsze niż warsztat naukowca. Ten wysunięty język z pierwszego spotu to przecież pomysł z Rolling Stonesów. Natomiast przygotowanie politologiczne pomaga mi w oswajaniu się z
mechanizmami. Widzę, że ktoś pode mną ryje i od razu to sobie tłumaczę politologicznym procesem. W tym sensie jestem jednak trochę heglowski.
To gazety nauczyły mnie pisania krótkich przerysowanych tekstów. To w telewizji żądano ode mnie, abym wyjaśnił skomplikowane zjawisko w 45 sekund. Umiem się posługiwać skrótem,
uproszczeniem.
Jeśli wszedłeś między wrony, musisz krakać jak i one. Jak wchodzisz do polityki, nie możesz udawać naukowca. Siedemnaście półcieni to ja jako polityk mogę dostrzegać w swoich
pamiętnikach. Gdy zacznę je dostrzegać w spotach, będę nielojalny wobec parti. Nie cierpię pięknoduchostwa.
Gdybym lubił się dopieszczać, zostałbym misiem pluszowym.
Powiem szczerze: byłem przekonany, że nasz wyrazisty język będzie jeszcze weryfikowany przez prawników, przejdzie przez dodatkowe sito. Tak się nie stało.
Nie, bo Misiak został wyrzucony z PO za coś. Nie skrzywdziliśmy go.
Nie wychwyciłem tego, słuchając tekstu spotu.
Nie. Nie uważam ludzi Platformy za gorszych Polaków czy gorszych ludzi. Uważam ich za ludzi, którzy gorzej służą Polsce niż PiS, bo mają gorsze koncepcje.
Ale mam o to pretensje do innych komentatorów, do mediów. Politycy mają prawo faulować, to sędzia nie powinien być stronniczy. Kopniaki Tuska czy Niesiołowskiego przyjmę z pokorą jako
konsekwencję polityki.
Pytanie tylko, czy pogodzę to z rolą europosła. Ale odrzucam postawę: niech Bielan, Kurski, Kamiński dobijają Platformę, a ja wolę tego nie wiedzieć. Dekować się nie będę.
Tak, pokazywano mi materiały na Jerzego Buzka.
Nie wiem, czy były przekonujące, bo się w nie nie zagłębiałem. To nie były analizy jego wystąpień, a rzeczy, o których w kampanii mówić się nie powinno. Ale gdyby ktoś mi pokazał
dowody na niemoralną działalność publiczną kogokolwiek, nie zawahałbym się z nich skorzystać.
*Marek Migalski, politolog, kandydat Prawa i Sprawiedliwości w wyborach do Parlamentu Europejskiego