Dokument z dymisją Guły przywiózł wczoraj do siedziby Centrum Bezpieczeństwa szef kancelarii premiera Tomasz Arabski. Równocześnie dostarczył też akt nominacji dla nowego szefa. Został nim kapitan Straży Granicznej Marcin Samsonowicz-Górski. "Jesteśmy zaskoczeni" - mówi anonimowo jeden z pracowników Centrum. "Samsonowicz-Górski podczas pierwszego spotkania z nami sam stwierdził, że nie czuje się mocny w sprawach kryzysowych. Dlatego też chce się oprzeć na obecnej kadrze" - dodaje nasz rozmówca.

Na efekty zmian nie trzeba było długo czekać: na biurku nowego szefa centrum leżą już dwie rezygnacje. Z pracy postanowili odejść szef biura ochrony infrastruktury krytycznej Paweł Tarnawski i generał Straży Pożarnej Ryszard Grosset. "Tarnawski, który jest doświadczonym policjantem CBŚ pracującym ostatnio w Brukseli, uzasadnił swoje odejście faktem, że nowy szef nie zapewnia instytucji koniecznej fachowości i apolityczności" - twierdzi nasz informator.

Rzecznik rządu Paweł Graś nie chciał się wypowiadać o przyczynach zmian w Rządowym Centrum Bezpieczeństwa. "Mogę potwierdzić jedynie roszadę personalną" - powiedział krótko. W resorcie spraw wewnętrznych nie milkną jednak spekulacje na temat przyczyn odwołania Przemysława Guły. Według naszych nieoficjalnych informacji, na które powołuje się również Radio RMF, może chodzić o interesy potężnych firm informatycznych. Chodzi o aplikację SARNA, która od kilku tygodni działa w RCB. Dzięki niej pracownicy Centrum na bieżąco są informowani o aktualnej liczbie przypadków świńskiej grypy oraz m.in o wolnych łóżkach na oddziałach ratowniczych w polskich szpitalach. Wcześniej, aby uzyskać taką wiedzę, należało obdzwonić blisko 700 polskich szpitali.

"Aplikację SARNA napisali cybernetycy z Wojskowej Akademii Technicznej. Zrobili to za darmo, w ramach swojej pracy" - mówi jeden z urzędników resortu. Za taki sam program firmy żądały od RCB nawet kilkuset tysięcy euro i to właśnie one miały dążyć do odwołania zbyt samodzielnego dyrektora. Ten "informatyczny" wątek dymisji Przemysława Guły bada już Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

czytaj dalej


Według innego z naszych rozmówców tworzący RCB Guła miał wielu nieprzyjaciół w samym resorcie spraw wewnętrznych. Problemem byłą jego osobowość: Guła był raczej charyzmatycznym liderem niż zwykłym urzędnikiem. Jest uznanym ekspertem od medycyny ratunkowej (robi habilitację), TOPR-owcem i równocześnie czynnym lekarzem pogotowia ratunkowego. W ostatnich latach brał czynny udział w wielu misjach ratunkowych w Polsce i na całym świecie: od tragicznego wybuchu w kopalni Halemba po trzęsienia ziemi. "Budował RCB tak, aby naprawdę działało, a nie jedynie stanowiło miejsce, w którym przekłada się papiery z miejsca na miejsce" - wyjaśnia nasz rozmówca.

Guła miewał też konflikty z ministerialnymi urzędnikom. "Była choćby taka sytuacja, kiedy urzędnik miał gdzieś zawieźć kwiaty na święto 11 listopada. Guła odmówił wtedy dyrektorowi generalnemu MSWiA Janowi Węgrzynowi argumentując, że auta dyżurne są po to, aby reagować na zagrożenia kryzysowe. Dyrektor uznał to za wypowiedzenie otwartej wojny. A po dymisji ministra Grzegorza Schetyny jest najpotężniejszą osobą w ministerstwie" - uważa jeden z dyrektorów w resorcie. Przez kilka ostatnich dni bój o dymisję Guły toczył się w samym rządzie. Część bliskich współpracowników odradzała premierowi Donaldowi Tuskowi składanie pod nią podpisu.

"Rządowe Centrum Bezpieczeństwa zaczęło prężnie działać. Pokazało klasę podczas epidemii świńskiej grypy czy ostatniego kryzysu związanego z Czeczenami wybierającymi się do Strasburga. Niestety, przegraliśmy bój i kilku wyjątkowych specjalistów jest straconych dla administracji państwowej" - ubolewa wysoki rangą urzędnik MSWiA, który nie chce zdradzać nazwiska. Sam Przemysław Guła odmówił komentarza na temat swojej dymisji.