Wszystko zaczęło się od orędzia prezydenta Karola Nawrockiego. Zapowiedział on weto wobec unijnego programu SAFE, co wywołało natychmiastową reakcję rządu. Donald Tusk nie tracił czasu i wezwał ministrów na specjalne, poranne posiedzenie w piątek. Pałac Prezydencki postanowił wysłać tam swojego przedstawiciela, Zbigniewa Boguckiego.
Dziennikarze TVN24 ujawnili, że Bogucki otrzymał z Pałacu jasne instrukcje. Słowa, które padły w słuchawce, nie pozostawiały złudzeń co do charakteru wizyty: Jedziesz na posiedzenie i masz się tam bić.
Bogucki wchodził do gmachu KPRM wyraźnie zdenerwowany. Wiedział, że wkracza na teren przeciwnika. Jak zauważył Konrad Piasecki, minister prezydenta nie miał pewności, czy premier w ogóle wpuści go na salę obrad. Choć prawo pozwala przedstawicielowi prezydenta uczestniczyć w obradach dotyczących bezpieczeństwa, atmosfera była gęsta od wzajemnej niechęci.
Brak mikrofonu dla Boguckiego
Gdy Bogucki wszedł na salę, usiadł naprzeciwko Donalda Tuska. Szybko jednak poczuł, że nie jest tam mile widzianym gościem. Organizatorzy przygotowali dla niego miejsce, ale zapomnieli o jednym kluczowym szczególe – mikrofonie. To postawiło prezydenckiego ministra w trudnej sytuacji komunikacyjnej.
Atmosfera na sali była lodowata. Podczas gdy Bogucki próbował zabrać głos, ministrowie rządu Donalda Tuska okazywali mu całkowity brak zainteresowania. Dziennikarze TVN24 opisują to jako "demonstracyjne lekceważenie". Uczestnicy spotkania rozmawiali między sobą, odwracali się tyłem do mówcy lub zajmowali przeglądaniem dokumentów. Głos Boguckiego, pozbawiony nagłośnienia, ginął w celowo wywołanym "szmerku".
Starcie o program SAFE
Mimo trudnych warunków, Zbigniew Bogucki przeszedł do ofensywy. Choć treść nowej uchwały rządu w sprawie pożyczki SAFE otrzymał dopiero na miejscu, był przygotowany na krytykę. Wygłosił długą, sześciopunktową tyradę, w której dowodził, że rządowe plany łamią Konstytucję RP.
Donald Tusk nie pozostał mu dłużny. Premier zareagował z charakterystyczną dla siebie ironią i drwiną. Skomentował wystąpienie Boguckiego słowami, które miały ośmieszyć jego starania: Pierwszy raz zobaczyłem, jak ktoś, kto w dwie minuty przeczytał uchwałę, w taki pogłębiony sposób wykazał jej niekonstytucyjność. Tusk w ten sposób podważył wiarygodność prawną argumentów Pałacu, sugerując, że krytyka Boguckiego była przygotowana wcześniej, zanim minister w ogóle zapoznał się z dokumentem.
Tusk: Pan jest u mnie, nie u siebie
Kulminacyjny moment nastąpił, gdy Zbigniew Bogucki próbował kontynuować swoją wypowiedź mimo próśb premiera o zwięzłość. Tusk argumentował, że musi kończyć posiedzenie ze względu na nadchodzące głosowania w Sejmie. Gdy minister prezydenta nie zamierzał ustąpić, premier postanowił brutalnie zakończyć dyskusję. Wtedy padły słowa, które stały się symbolem tego spotkania: Panie ministrze, pan jest u mnie, a nie u siebie. Na szczęście w tym gmachu, w tym budynku to ja decyduję o tym, co się dzieje. Tymi słowami Donald Tusk nie tylko uciszył gościa, ale też definitywnie zakończył całe posiedzenie rządu.
Upadek "dealu" i napięcia w opozycji
Konfrontacja w KPRM to tylko wierzchołek góry lodowej. Dziennikarze TVN24 ujawnili, że jeszcze niedawno istniała szansa na porozumienie między rządem a prezydentem w innych sprawach, na przykład w kwestii wakatów w Narodowym Banku Polskim. Jednak wejście do gry Adama Glapińskiego oraz twarde weto wobec SAFE zniszczyło te plany. Donald Tusk uznał, że po takim ataku ze strony Pałacu, żadnego "dealu" nie będzie. Porozumienie stało się zbyt kosztowne politycznie.
W tle tych wydarzeń dochodzi również do pęknięć w samym środowisku opozycyjnym. Senator PiS Jacek Włosowicz publicznie przyznał, że jego partia zbyt mocno się radykalizuje i skręca w stronę nacjonalizmu. Według nieoficjalnych informacji, takie wypowiedzi mogą kosztować go miejsce w partii. Arleta Zalewska usłyszała w kuluarach krótką diagnozę: on wyleci z partii.