Jeden z najbardziej znanych polityków PiS i jednocześnie najbardziej kontrowersyjnych działaczy tego ugrupowania w rozmowie z dziennikiem "Polska" najpierw próbował unikać odpowiedzi, potem prosił o pytania e-mailem, by mógł autoryzować każde słowo, aż wreszcie powiedział: "To jest bardzo brudna prowokacja bazująca na osobie nie do końca zrównoważonej emocjonalnie i wpisuje się to w brudną grę wyborczą. To wszystko, co mam do powiedzenia w tej sprawie".

O co chodzi? O wywiad Cugier-Kotki dla "Newsweeka". Powiedziała w nim między innymi: "Okoliczności związane z incydentem pobicia były chyba najlepiej wyreżyserowanym aktem przez Jacka Kurskiego w stylu Big Brothera".

A tak relacjonowała szczegółowo incydent z zeszłego roku: "Pamiętam dobrze ten telefon, zadzwonił i mówi <za chwilę zadzwoni do ciebie pan z TVN, masz opowiedzieć wszystko na żywo, popłacz się tam, wzrusz się troszeczkę>. Chcąc wykonać rolę zrobiłam to możliwie najbardziej wiarygodnie, wiedziałam cały czas, że jestem przecież związana kontraktem. To powodowało, że czułam się swoistą niewolnicą PiS, zakładniczką Kurskiego, Kaczyńskiego i całej tej grupy".

Jacek Kurski mówi "Polsce", że to "obrzydliwa prowokacja" i wypiera się znajomości z Cugier-Kotką. Ale trudno zapomnieć, jak kładła nogi na jego kolanach w programie "Superstacji".

"Żadna znajoma! To była osoba, którą spotkałem w życiu zawodowym, politycznym. Była producentką w telewizji" - wyjaśnia polityk PiS.