Mikołaj Wójcik: Mówi coś panu data 22 lutego?

Przemysław Gosiewski*: Nie przypominam sobie.

Reklama

To był pana ostatni występ w mediach elektronicznych, u Moniki Olejnik w "Siódmym dniu tygodnia" w Radiu Zet. Zresztą dziennikarka już kilka razy wyrażała na antenie żal, że przestał pan u niej bywać.
Moja nieobecność u pani Olejnik wiąże się z dwoma faktami. Po pierwsze nie lubię sytuacji, gdy ktoś tendencyjnie mi ciągle przerywa, że nie sposób się wypowiedzieć. Po drugie kolidowało to z moimi zobowiązaniami w okręgu wyborczym, ponieważ niedziela to dzień spotkań z wyborcami.

A trzecie przykazanie o święceniu dnia świętego?
Najbardziej efektywne spotkania z wyborcami są właśnie w niedzielę. To dzień pracowity nie tylko dla duchownych, ale i dla polityków.

Ale programy Moniki Olejnik to jedno. Są też media publiczne, a w radiowej "Jedynce" i "Sygnałach dnia" nie bywa pan od 5 lutego. To już Declan Ganley jest tam częściej.
To jest już pytanie o to, kto kieruje polskim radiem.

W TVN 24 od zakończenia bojkotu tej stacji przez PiS pana w ogóle nie ma. W RMF był pan ostatni raz w połowie listopada. Nawet pańska mama gościła w tej rozgłośni później. Czy to wszystko ma oznaczać, że darował pan już sobie tę część aktywności politycznej?
Tak, stawiam sobie teraz inne cele. Przede wszystkim mocne przyspieszenie ustawodawcze. Stawiam sobie dwa zadania. Po pierwsze przełożenie programu PiS na projekty ustaw. Mamy bardzo ciekawy program, tyle że to są pewne zapisy polityczne i merytoryczne. Chcemy dosyć szybko przygotować zestaw ustaw, które należy zmienić, aby móc ten program zrealizować.

Ile to ustaw?
Sądzę, że gdzieś około 250-300.

Chcecie przebić Palikota?
To coś zupełnie innego. Palikot robił tak, że jeden przepis to była jedna ustawa. My chcemy pokazać, że będziemy mieć szuflady pełne ustaw. Pokazać, że nie tylko mamy program, ale wiemy, jak go wprowadzać w życie.

Czyli PiS chce spełnić niedoścignione dotąd marzenie i obietnicę wszystkich partii opozycyjnych, które miały przejąć władzę. Te magiczne szuflady pełne ustawy, które potem okazywały się przeważnie puściutkie.
Tak, być może część z tych ustaw będziemy wcześniej zgłaszali, ale chcemy mieć wiele z nich gotowych jeszcze przed kampanią wyborczą.

A to drugie zadanie, jakie pan sobie stawia?
To stworzenie czerwonej księgi.

Dotąd popularne były w polityce białe księgi. Czerwone były książeczki, choć dawno temu. Co będzie zawierać ta tajemnicza czerwona księga?
To będą takie ustawy, które koalicja PO i PSL zepsuła. Po wygranych wyborach, gdy będziemy mieć większość w parlamencie, będziemy chcieli dokonać ich szybkiej nowelizacji. Jest już kilka ciekawych przykładów takich ustaw, np. o służbie cywilnej oraz prawo geologiczno-górnicze, które może naruszać prawo własności obywateli, czy absurdalny rządowy pomysł, by każda firma zatrudniała strażaka. To właśnie ta praca plus aktywne kierowanie klubem sprawia, że z jakiejś części aktywności medialnej muszę rezygnować. Na szczęście będę miał jeszcze tutaj wsparcie Grażyny Gęsickiej. Oboje mamy duże doświadczenie rządowe, więc będzie nam łatwiej.

>>>Jak Gosiewski przechytrzył spin doktorów

Kiedy powstanie pierwszy zalążek czerwonej księgi?
Powinniśmy to mieć w ciągu sześciu miesięcy.

Minister Gęsicka pana wspiera, ale aktywności medialnej nie porzuca. Więc dałoby się to pogodzić.
Jestem osobą bardzo pracowitą, ale na wypełnienie wszystkich obowiązków czasem nie starcza przysłowiowych 24 godzin.

Nie obawia się pan jako szef klubu, że ważni posłowie spakują manatki i wyjadą do Brukseli?
Uważam, że sytuacja, w której ma miejsce masowy exodus posłów do europarlamentu, będzie źle odebrana przez społeczeństwo, ponieważ każdy parlamentarzysta, będąc wybranym, zawarł swoistą umowę z wyborcami na czas czteroletniej kadencji. Kandydowanie do PE po upływie niecałych 15 miesięcy od wyboru do Sejmu może być odebrane przez wyborców jako niewywiązanie się z tej umowy.

*Przemysław Gosiewski, szef klubu PiS

Reklama