Gdy w październiku PiS ogłosiło, że to 46-letni Kazimierz Marcinkiewicz pokieruje rządem, wszyscy zrobili wielkie oczy. Bo był raczej politykiem mało znanym i tym z drugiego szeregu w partii.

Jako nauczyciela z ogólniaka typowano go raczej na ministra edukacji. "Zajmuję się nią od przedszkola" - żartował w "Fakcie". Swój szczyt w edukacji osiągnął, gdy został wiceszefem resortu oświaty w 1992 roku. Potem jednak otworzył się na nowe możliwości. Został szarą eminencją w rządzie Jerzego Buzka jako jego szef gabinetu politycznego.

No ale w 2005 roku naprawdę wypłynął. I trzeba przyznać, że natychmiast ujął Polaków swoim urokiem. Przyznał publicznie, że ma wielką słabość do długonogich kobiet. Konkretnie do koszykarek i dlatego namiętnie chadza na mecze damskiej koszykówki. Ale na kibicowaniu jego miłość się kończy. Zwierzył się, że zawsze miał powodzenie u kobiet, bo mdlały na widok jego niebieskich oczu. Jednak w szkole średniej zakochał się na zabój w Marylce. Teraz jest przykładnym mężem i ojcem. Ma syna i trzy dorodne córki.

Premier pokazywał się często: od strony prywatnej i jako niezły szowmen. Jeszcze kilka dni temu prezentował projekt rządu o ratownictwie medycznym ratując gumowego fantoma, grał w piłkę, czytał dzieciom bajki, gotował na ekranie. Mógłby też spokojnie wziąć udział w "Tańcu z Gwiazdami". Jako tancerz zaprezentował się na studniówce w swoim ogólniaku - zainicjował poloneza.

Ale koniec zabawnego premiera. Kiedy jego następcą zostanie prezes PiS Jarosław Kaczyński, zrobi się poważniej.