Posłowie dali się wpuścić w maliny. Szczerze opowiedzieli o swoich bajecznych zarobkach, bo nie wiedzieli, że ankieterzy nieistniejącej Europejskiej Agencji Badania Opinii, którzy pytali ich o pieniądze, to tak naprawdę dziennikarze "Faktu".
"Panie, co to jest 9400 zł brutto? No sam pan powiedz? Przecież na rękę to wychodzi niecałe 6200 zł. Burmistrzowie, wójtowie i inni siedzący w zarządach spółek menedżerowie zarabiają kilka razy więcej niż my. A my nie mamy ani komórki służbowej, ani auta służbowego" - denerwuje się Tadeusz Dębicki z Samoobrony. Jego pazerność nie zna granic. Bo posłowie oprócz pensji dostają także dodatkowe wynagrodzenie na prowadzenie biura, drugie tyle!
"10 tys. zł na biuro to mizerne pieniądze. Niewiele da się za to zrobić. Koszty prowadzenia biura są przecież olbrzymie. Bo to nie tylko siedzenie za biurkiem, ale także praca w terenie. Do tego drogie ekspertyzy" - wylicza poseł Waldemar Nowakowski, także z Samoobrony. Wyliczył, ze dieta poselska powinna być wyższa o 30-40 procent, a pieniądze na prowadzenie biura nawet o 70 procent! "Inaczej nikt w Sejmie nie będzie ciężko pracował" - odgraża się. Bezczelność posła sięga zenitu! Tym bardziej że z zachłanności urządził biuro poselskie w siedzibie firmy, której jest prezesem!
Trzeba mieć nadzieję, że wyborcy docenią szczerość posłów i w kolejnych wyborach nie dadzą się nabrać.