Cezary Michalski: Ćwierć wieku po wprowadzeniu stanu wojennego, który zniszczył pierwszą „Solidarność”, jedno z najcenniejszych w wymiarze społecznym dzieł,
które się Polakom udało kiedykolwiek w swojej historii stworzyć, narzuca się właściwie tylko jedno pytanie: Czy „Solidarność” była do uratowania? Czy liderzy związku
lub władza komunistyczna mogły zrobić coś, co pozwoliłoby przedłużyć oficjalne istnienie „Solidarności” i znaleźć jakieś inne, nie tak niszczące dla Polaków
wyjście.
Antoni Dudek: Gdyby ktoś w rodzaju Kani stał dalej na czele PZPR i gdyby wewnątrz Solidarności koncepcja nazwana przez Jadwigę Staniszkis samoograniczającą się rewolucją
rzeczywiście wzięła górę, to znaczy udałoby się powstrzymać niektórych najbardziej radykalnych przywódców związku przed pewnymi wystąpieniami, które władze PRL odbierały jako
prowokacje, to utrzymanie stanu swoistej dwuwładzy byłoby możliwe na przykład do momentu śmierci Breżniewa. Przypomnę, że w niespełna rok po wprowadzeniu stanu wojennego umarł Breżniew i w
Związku Radzieckim zaczął się głęboki kryzys przywództwa, który zakończyło dopiero dojście do władzy Gorbaczowa. To prowadzi do pytania, czy była jakakolwiek szansa na zrealizowanie
takiego quasi-fińskiego modelu, w którym Polska pozostałaby w Układzie Warszawskim i RWPG, partia komunistyczna nadal odgrywałaby silną rolę, ale równocześnie byłby to kraj o wysokim
poziomie swobód, których gwarantem byłaby "Solidarność" oraz różnego rodzaju stowarzyszenia, a nawet partie polityczne, które w jej cieniu zaczęły rosnąć już w 1981 r.
Jakaś niewielka szansa na realizację takiego scenariusza istniała, ale warunkiem koniecznym było to, by na czele PZPR stali wówczas ludzie o zupełnie innej mentalności niż Jaruzelski.
Andrzej Paczkowski: Zadałem kiedyś pytanie panu Gieorgijowi Szachnazarowowi, który w 1981 r. był sekretarzem komisji Biura Politycznego KC KPZR ds. Polski, czy Rosjanie byli
gotowi interweniować. On powiedział tak: Mogliśmy, ale nie chcieliśmy. Pytanie następne było oczywiste: Czy byłaby taka sytuacja, w której czulibyście się zmuszeni do wkroczenia? On
powiedział, że były trzy takie sytuacje, w których naprawdę wywarliby zdecydowany nacisk, a być może nawet zdecydowaliby się na podjęcie akcji bez akceptacji aktualnego pierwszego sekretarza
KC PZPR. Pierwsza: gdyby władzę w partii przejęli socjaldemokraci, to jest osoby takie, jak: Fiszbach, Rakowski, Barcikowski... Nastąpiłby proces dubczekizacji Polski, czyli proces podobny do
tego, który miał miejsce w Czechosłowacji w 1968 r. i który trzeba by było wyhamować. Druga: gdyby Wałęsa przejął władzę, czyli w jakiś sposób „Solidarność”
usunęła Jaruzelskiego, zajęła budynki rządowe etc. I trzecia: gdyby w Polsce wybuchła wojna domowa. Szachnazarow dodał (może półżartem), że byłoby to tak jak z Bośnią, i ONZ
poprosiłby Breżniewa o zaprowadzenie porządku. To, co było między jesienią 1981 r. a dubczekizacją PZPR, tzn. przejęciem władzy przez Wałęsę czy rozpoczęciem się walk ulicznych i
partyzanckich w Polsce, stanowiło obszar, na którym kierownictwo PZPR mogło jeszcze działać środkami politycznymi.
C.M.: Stawia pan mocną tezę, że stan wojenny został wprowadzony w momencie, kiedy jeszcze nie był konieczny. Co przesądziło w takim razie o decyzji? Przy założeniu, że Jaruzelski
nie był najlepszym z ludzi na czele partii, na pewno był gorszy od Kani, ale nie był też skrajnym radykałem.
A.P.: Myślę, że odbierał on w sposób nerwowy "twarde" sygnały z Moskwy, chyba uważał, że jest osobiście zagrożony. Większość ludzi z kierownictwa
partii bała się Związku Sowieckiego, miała w pamięci Węgry z 1956 r. i Czechosłowację z 1968 r. Starała się lawirować, dopóki to było możliwe pomiędzy polskim społeczeństwem a
Moskwą. Bała się jednych i drugich. Właściwie tylko Gomułka przez pierwszych parę lat po Październiku nie bał się społeczeństwa, ale to był okres w historii PRL raczej wyjątkowy.
Ponadto Jaruzelskiego musiał dręczyć chaos, jaki powstał w Polsce od 1980 r. Był on przecież przyzwyczajony, że jak wydaje się rozkaz, to wojsko wychodzi do koszar albo wchodzi, zdejmuje
onuce lub zakłada. A w rzeczywistości społecznej albo to nie działało, albo tamto, wydaje się rozkazy, a ludzie ich nie słuchają. Więc wydawało mu się, że już utracił kontrolę.
Oczywiście utracił kontrolę nad społeczeństwem, ale nie utracił kontroli nad władzą. Obawiał się jednak, że i ją może utracić.
C.M.: Czy państwo Gwiazdowie utożsamiani w legendzie „Solidarności”, a także w języku ówczesnej władzy czy SB, ze skrzydłem radykalnym, uważani za
solidarnościowych jastrzębi, kiedy już się okazało, że stan wojenny, mówiąc delikatnie, nie będzie zwycięstwem, nie myśleli czasem o innym rozwiązaniu, o zmarnowanych szansach?
Andrzej Gwiazda: Z ryzykiem użycia siły liczyliśmy się, wzywając do strajku, w czasie strajku oraz po podpisaniu porozumień w sierpniu 1980 r. Porozumienia uważaliśmy za
wybieg taktyczny i wiedzieliśmy, że zostaną złamane, gdy tylko „S” osłabnie. Przed użyciem siły powstrzymywała ich tylko determinacja społeczeństwa gotowego bronić
związku zawodowego „S”, jego niezależności i zawartych porozumień. Mieliśmy trzy okresy, gdy władza była gotowa wycofać się z realizacji porozumień. Po miesiącu
odpowiedzieliśmy na to czterogodzinnym strajkiem powszechnym. Rano 4 października 1980 r., w dniu strajku, na wprost naszych okien ustawiło się siedem radzieckich okrętów wojennych, które
odpłynęły z chwilą rozpoczęcia strajku o godz. 12. Związek Radziecki lubił nas straszyć, lecz jak wiemy z dokumentów, odmówił Jaruzelskiemu pomocy militarnej. Następna próba to konflikt
rejestracyjny w listopadzie i zdecydowana postawa „S”. Wszystkie te terminy wybrano na podstawie ekspertyz zespołu psychologów przy KC PZPR, które kolejno przewidywały
wygaśnięcie „fali rewolucyjnej”. W marcu Jaruzelski, już premier, otrzymywał sprzeczne informacje: od agentury o pełnej gotowości bojowej „S”, a z
kierownictwa - serwilistyczne sygnały, ugodowe, kapitulanckie. Jaruzelski zdecydował się je sprawdzić, zrobił test i to była tzw. sprawa bydgoska. I wtedy jeszcze mobilizacja była ogromna. A
związek ledwo, zakulisowymi machinacjami agentury, autorytetem Wałęsy i prymasa, udało się powstrzymać od odpowiedzi, jakiej należało udzielić. Czyli od strajku generalnego. Mówiąc
językiem marksizmu, jedyną szansą przetrwania „S” była „mobilizacja mas”, a warunkiem tej mobilizacji, zdecydowana i twarda postawa, gdyż organizacji
„letniej”, idącej na pasku władzy, nikt bronić by nie chciał.
C.M.: Ludzie musieli być zmobilizowani do obrony związku, ale jednocześnie trzeba ich było powstrzymywać przed radykalizacją i uderzeniem na władzę. Czy taką jałową społeczną
mobilizację można utrzymywać w nieskończoność?
Ireneusz Krzemiński: Mówienie o radykałach czy radykalizacji związku jako przyczynie stanu wojennego oznacza akceptację języka, którego wówczas używali komuniści. Na dobrą
sprawę zgadzam się z Andrzejem Gwiazdą, że decyzja o zniszczeniu związku była niezależna od tego, co „Solidarność” zrobi albo nie zrobi. Co znaczy radykalizacja? Moim
zdaniem nie było żadnej radykalizacji – bo chociaż ten ruch się rozwijał, budując swoją świadomość, świadomość celów, będących wizją innej, wolnej Polski, to zarazem był
bardzo świadomy tego, co właściwie w takiej a nie innej, ograniczonej przez geopolitykę sytuacji można byłoby osiągnąć, mieć „normalne życie” w Polsce. I tym normalnym
życiem w Polsce byłaby taka sytuacja, w której obywatele mają prawo głosu i władza się z tym głosem liczy.
A.D.: Jeśli dobrze rozumiem, twoim zdaniem żądanie wolnych wyborów do Rad Narodowych jesienią 1981 r. nie było przejawem radykalizacji
„Solidarności”?
I.K.: Po pierwsze, takie żądanie było dosyć odosobnione, ponieważ samokontrola tego ruchu, samoświadomość ograniczeń, była bardzo istotna i wszyscy od początku mieli
głębokie przekonanie, że stoją wobec przemocy, na którą nic nie mogą poradzić. Gra się toczyła o to, żeby tę władzę pozyskać na coś, co było istotne już w czasach gierkowskich. Bo
ta władza, która posługiwała się przemocą, lubiła być kochana i tu chodziło o to, że na to można ich złapać. Oni w zamian za szacunek wobec siebie włączą się w taki układ, w którym
zaczną przynajmniej uwzględniać nasz głos. Da się wtedy jakoś lepiej żyć. I część aparatu partyjnego, nawet ta, która właściwie wiedziała, że ten ruch jest groźny i trzeba to
zlikwidować, uległa jednak tej presji na porozumienie. Polska zamieniła się przecież wtedy w jedną wielką salę debaty, która się toczyła bezustannie. Natomiast co do radykalizacji
społecznej, to nie przywódcy „S” się radykalizowali. Oni mieli bardzo poważny problem już od czerwca, lipca 1981 r. Po pierwsze, marsze głodowe. To było absolutnie
wymuszone przez szeregowych członków i działaczy związku z zakładów pracy. Działacze regionalni i działacze krajowi byli przeciwni, ale musieli ulec. Druga kwestia jest do pokazania na
przykładzie strajku studenckiego. Postulaty studenckie były do uzgodnienia i załatwienia z ministrem oświaty w ciągu tygodnia. Jeżeli władze tego nie zrobiły, to właśnie tylko dlatego, że
nie chciały tego zrobić. I to oczywiście prowadziło do społecznej radykalizacji. Zresztą tutaj widziałbym podstawową różnicę między tym modelem związku, który tylko częściowo udało
się zrealizować Wałęsie, a na przykład ówczesnym działaniem pana Gwiazdy. Jeżeli Gwiazda był wówczas radykałem, to nie dlatego, że chciał wysłać ludzi, żeby palili komitety, ale
wyłącznie w tym rozumieniu, że uważał, iż po prostu trzeba wprowadzić demokratyczne procedury od początku do końca. I że demokratycznie trzeba także kontrolować proces negocjacji z
władzą.
A.G.: Radykalny to znaczy demokratyczny, w języku propagandy to były synonimy. Na zjeździe w Oliwii bezpieka zrealizowała swoje podstawowe cele, przegrało demokratyczne
skrzydło związku, choć nie do końca. Wałęsa został przewodniczącym i dostał prawo wyboru prezydium. Komisja Krajowa, dotychczasowa władza, została bardzo poważnie osłabiona, ponieważ
nie miała żadnych kompetencji w stosunku do władzy wykonawczej związku.
Joanna Gwiazda: Po zjeździe pojawiło się rozczarowanie wywołane brakiem komunikacji z górą. Członkowie odbierali to jako utratę oparcia we władzach związku, ale dopóki w
„Solidarności” działała demokracja, można było to zmienić. Doły związkowe wciąż były groźne. W ten sposób grudzień 1981 stał się dla Jaruzelskiego ostatnim
dogodnym momentem wprowadzenia stanu wojennego.
A.G.: A co do naszego rzekomego radykalizmu – Państwo nie wiedzą, bo nie znalazło się to w dokumentach, że gdy w sierpniu 1980 r. został powołany Międzyzakładowy
Komitet Strajkowy, 28 zakładów przysłało delegatów z listami żądań strajkowych, w których w większości pierwszy punkt to były wolne wybory. A drugi – wolne związki zawodowe. Z
żalem musieliśmy z postulatu wolnych wyborów zrezygnować. Więc proszę nie mówić o postępującej radykalizacji, tylko wręcz przeciwnie – o postępujących ograniczeniach. Znamy
protokoły z posiedzenia w Radomiu, po którym władza spreparowała słynne taśmy będące jednym z uzasadnień wprowadzenia stanu wojennego. Przecież w rzeczywistości decyzje, jakie tam
zapadły, to była kapitulacja. Warto też pamiętać, że nie było to zebranie Komisji Krajowej, tylko tzw. poszerzone prezydium, poszerzone głównie o doradców.
C.M.: Jeszcze raz zapytam, czy utrzymywanie w nieskończoność społecznej mobilizacji było możliwe przy pustych sklepach i w poczuciu bezsilności wobec władzy?
I.K.: Jesienią 1981 r. po stronie „Solidarności” rzeczywiście narastała świadomość kryzysu, bezradności. To była sytuacja demobilizacji psychicznej. I
ten moment został wykorzystany przez władzę.
A.P.: Badania robione w regionie Mazowsze wyraźnie wykazywały spadek zaangażowania, zwiększającą się liczbę członków związku, którzy nie deklarowali gotowości do
podjęcia strajku powszechnego. Wedle badań socjologicznych spadała wiara w „Solidarność”, rozrastała się frakcja osób, które obie strony obciążały odpowiedzialnością
za kryzys. Wydaje się, że od późnego lata 1981 następował odpływ, może nie tyle sympatii do „Solidarności” ile wiary w to, że ona może być skuteczna. Bo już rok
mijał, a właściwie z punktu widzenia życia codziennego nic się nie zmieniło. „Solidarność” okazywała się w oczach rosnącej części opinii nieefektywna. A była zawsze
duża część opinii wroga wobec „Solidarności”. Sądzę więc, że nie dawało się podtrzymać tego poziomu mobilizacji w skali społecznej, jaki był w czasie kryzysu
bydgoskiego. Można było utrzymać mobilizację wśród działaczy związku czy wśród tych, którzy byli aktywnymi członkami, angażowali się w działania związkowe, ale nie w całej
wielomilionowej masie.
I.K.: W badaniach prowadzonych wówczas także z moim udziałem wychodziło, że proreżimowa część opinii publicznej nie wyniosła nigdy więcej niż 21 – 22, może 23
proc., w zależności od kwestii, a więc około jednej piątej społeczeństwa.
J.G.: To przekonanie, do którego nawiązuje pan Michalski, że wciąż atakujemy i wycofujemy się, to w wielu wypadkach były działania agentury we władzach związku,
dezintegracyjne, demobilizacyjne działania. Przy bardzo silnym działaniu agentury utrzymanie równego nacisku i normalnej działalności związkowej było niemożliwe. Ale jeszcze jedna rzecz,
program Związku nie był de facto programem związku, powstał w grupie ekspertów, gdzie panowało przekonanie, że formuła związku się wyczerpała, musimy przejść na wyższy etap.
Wielokrotnie mogliśmy się przekonać, jak serwilistyczni doradcy potrafią zmieniać nagle opcje, najpierw, że przed władzą trzeba się ukorzyć, nie stawiajmy za ostrych warunków, a za
chwilę, jak jednak coś się dzieje czy widać sukces, to natychmiast już nie patrzą na realia. W tym politycznym programie „Solidarności” znalazł się akapit będący
pomysłem naszych elit eksperckich chcących już wtedy uprawiać wielką politykę.
A.G.: To brzmiało mniej więcej tak: „Solidarność” zobowiązuje się lepiej zabezpieczyć interesy Związku Radzieckiego w Polsce, niż potrafi to nieudolna
PZPR.
J.G.: No więc w tej sytuacji, jeślibym była Jaruzelskim, tobym wprowadziła stan wojenny.
A.D.: Moim zdaniem nie było możliwe utrzymanie mobilizacji zwolenników „Solidarności” w perspektywie dłuższej niż góra kilka miesięcy. Zgadzam się z
panem Gwiazdą, że ta mobilizacja byłaby nieco dłuższa, gdyby inny był koniec kryzysu bydgoskiego, to znaczy gdyby nie było tego porozumienia, tylko doszło do strajku generalnego. Wówczas
władze prawdopodobnie by się jeszcze raz cofnęły i „Solidarność” uzyskałaby trochę paliwa w postaci nowego sukcesu. Tak się jednak nie stało. Zaczął się stopniowy
spadek nastrojów w „Solidarności” i w konsekwencji Jaruzelski i jego otoczenie coraz energiczniej przygotowywali się do stanu wojennego.
C.M.: Członkowie „Solidarności” zawarli przed 13 grudnia pewien kontrakt, a wywiązanie się z kontraktu jest jednym z kryteriów bycia cywilizowanym człowiekiem. Ten kontrakt
polegał na tym: jeśli władze uderzą w związek, rozpoczynamy strajk generalny. Dziewięćdziesiąt parę procent członków „Solidarności” z tego kontraktu się nie
wywiązało, wywiązali się na przykład górnicy, ludzie w innych zakładach pracy punktowo, trochę młodzieży. Czy państwo oceniają to jako sukces – bo ludzie zachowali się
racjonalnie i uznali, że kiedy władza zdecydowała się użyć siły, większy opór tylko by zwiększył liczbę ofiar – czy też takie zachowanie jest oznaką cywilizacyjnej klęski
Polaków?
I.K.: Protestuję przeciwko takiemu postawieniu sprawy. Nie zawierałem wówczas tak brzmiącego kontraktu. Myślę o „Solidarności” nie tylko w kategoriach
związku, organizacji, która była największym osiągnięciem tego ruchu, ale jako o ruchu społecznym. I tutaj mam inny punkt widzenia. Jestem głęboko przekonany, że poczucie klęski, które
wtedy temu ruchowi – nam wszystkim – towarzyszyło, jednocześnie miało w sobie zalążek śmierci systemu, który ten cios zadał. 13 grudnia naprawdę był końcem komunizmu i
początkiem niezależnego życia tego społeczeństwa.
C.M.: I nie był pan rozczarowany kompletną klęską pierwszych tygodni?
I.K.: Nie, choć być może denerwowałem się w pewnym momencie, że ludzie się boją i że mogliby zrobić więcej. Filozofia działania „Solidarności” jednak
była oparta na tym, że trzeba się liczyć z tą partią, trzeba się liczyć z Sowietami, można reformować Polskę, zostawiając jednak dominującą rolę partii itp., byle tylko władza więcej
ludzi słuchała. Po 13 grudnia nie można było więcej wierzyć w jakąkolwiek socjalistyczną drogę. Nastąpiła kompletna likwidacja możliwych dróg legitymizacji systemu. Od tego momentu
władza rządziła wyłącznie w negatywny sposób. Nawet jak zgłaszała czasami sensowne propozycje, były i tak nie do przyjęcia. A przekonanie, że ci, którzy rządzą, nie mają żadnego do
tego prawa, stało się całkowicie powszechne. Reżim Jaruzelskiego próbuje później rozwijać rozmaite inicjatywy, takie, które otwierają możliwości legalnego działania. Ale nawet jeśli
się z nich korzystało, to i tak pracowało się na dwie strony. To bardzo dobrze było widać w administracji. Zmuszona do zrobienia czegoś, wyrzucenia kogoś z pracy, nie wyrzuca tego kogoś,
tylko na przykład go przesuwa na inne stanowisko...
A.P.: Ja się zaliczałem właściwie do tych, którzy nie wywiązali się ze zobowiązania, bo myśmy się zebrali w Instytucie Historii, zaczęli się zastanawiać, co robić. Ktoś
przekazał informację, że ma być strajk pracowników Polskiej Akademii Nauk w Pałacu Staszica. I jak ja się udałem pod Pałac Staszica, to właśnie wyprowadzali strajkujących do suk. Nie
pojechałem do Ursusa ani pod Hutę Warszawa. Po prostu wróciłem do domu (mieszkałem poza domem na wszelki wypadek, niepotrzebnie zresztą, bo mnie nikt nie szukał). Według mnie w
„Solidarności” jako masie nie było woli walki, ona nie była przecież stworzona jako organizacja walki. To była organizacja, która miała naciskać na władzę, przedstawiać
swoje postulaty, swoje nadzieje i oczekiwania, z założeniem, że władza je wypełni. Ale nie walczyć w sensie fizycznym. Choć oczywiście wielu było takich, którzy o tym właśnie
myśleli.
I.K.: Całkowicie się z tym zgadzam, tym bardziej że ta oferta dla władzy i autentyczna chęć dogadania się z nią były bardzo mocne. Ale sądzę, że to oznacza jeszcze coś
ważniejszego: odrzucenie starego wzorca walki, tego, co symbolicznie Wajda przedstawił jako atak kawalerii z szablami na niemieckie czołgi. „Solidarność” jakby przerobiła
ten wzór walki godnej, ale beznadziejnej w coś innego.
C.M.: No tak, ale to ma też swój cień, bo wiadomo, że na przykład gdyby wprowadzono stan wojenny w sierpniu 1980 r., gdy na Wybrzeżu strajkowało 15 zakładów, to on by się udał. Nie
mógł się udać, jak już kilkaset stało. A w stanie wojennym stanęło może 200 zakładów w skali całego kraju.
A.P.: Stanęło ich nieco mniej. Jest zresztą wysoce prawdopodobne, że gdyby reakcja społeczna, reakcja związku i społeczeństwa na wprowadzenie stanu wojennego, była znacznie
bardziej twarda, radykalna i powszechna, to prawdopodobnie ekipa Jaruzelskiego uznałaby, że ma miejsce – wedle schematu ustalonego jeszcze w marcu 1981 – wariant trzeci, czyli
że konieczna jest pomoc wojsk Układu Warszawskiego.
C.M.: I wtedy Rosjanie by "pomogli"?
A.P.: Wtedy zostaliby gorąco poproszeni o to. Jeżeliby 16 grudnia generał Jaruzelski zadzwoniłby do Breżniewa i powiedział: Towarzyszu, nie dajemy rady sami, to z całą
pewnością – choć nie wiem czy z ochotą – by weszli.
A.D.: Nie wiem, na jakiej podstawie Andrzej tak kategorycznie formułuje ten pogląd, skoro 10 grudnia 1981 r. członkowie sowieckiego Politbiura zgodnie uznali, że Jaruzelski musi
sam sobie radzić z wprowadzeniem stanu wojennego. A przecież nie mogli wówczas mieć stuprocentowej pewności, że stan wojenny okaże się sukcesem.
C.M.: Ja celowo pytam o racjonalność oporu lub racjonalność odstąpienia od niego. Bo my ciągle żyjemy w micie, że jesteśmy absurdalnie insurekcyjni (co jednych oburza, a innych
zachwyca). Tylko jak zaglądamy za kulisy historycznych wydarzeń, to się okazuje, że my wcale insurekcyjni nie jesteśmy. Co znowu można oceniać dobrze albo nie. Ale warto tę nieinsurekcyjną
naturę Polaków brać pod uwagę.
A.P.: To jest normalne. W żadnej polskiej insurekcji nie uczestniczyła przecież większość społeczeństwa. Nie można mieć pretensji do dziewięciu milionów ludzi, że nie
walczyli. Polacy są z natury społeczeństwem cywilnym, a nie armią!
C.M.: Dlatego właśnie pytam, czy w tej sytuacji czegoś dobrego mogliśmy się po masowym oporze spodziewać.
A.P.: Raczej nie. Chociaż w jednej ze swoich rozmów z księdzem Orszulikiem Wałęsa jakby żałuje, że w grudniu opór był trochę za słaby. A na propozycję przekazaną mu
przez księdza Orszulika od Jana Olszewskiego i Andrzeja Stelmachowskiego, żeby wpłynął na Bujaka i żeby TKK???? odwołała manifestację z 31 sierpnia, on odpowiada – cytuję z
pamięci – że trochę krwi nie zaszkodzi.
J.G.: Sądzę, że główną przyczyną ograniczonego oporu po 13 grudnia było to, że kierownictwo związku w ogóle ludzi do tego oporu nie przygotowało. Nie chciano wywoływać
wilka z lasu, więc nie ostrzeżono o stanie wojennym i w rezultacie wielu ludzi 13 grudnia przeżyło szok. W naszym regionie przygotowano w zalakowanych kopertach instrukcje wzorowane na
czechosłowackich z 1968 r., zupełnie nieprzydatne w stanie wojennym. Otworzyliśmy koperty i wtedy opracowaliśmy swoją instrukcję, ale nie mogliśmy już jej szerzej rozkolportować. Nie
wytłumaczono ludziom najprostszych rzeczy, że oprócz strajku okupacyjnego, czyli polskiego, możliwy jest strajk zwykły. I że pracodawca może zastosować lokaut. Nonsensem była koncentracja
oporu w dużych zakładach pracy, gdzie strajki były szybko łamane. Tylko strajk powszechny w każdym, choćby najmniejszym zakładzie dawał szanse powodzenia. Uważam też, że koncepcja
sprzeciwienia się stanowi wojennemu poprzez stworzenie podziemia była błędna. Podziemie jest rzeczą dobrą, gdy można walczyć zbrojnie, ale nie w ruchu masowym, gdy większość działaczy
została internowana i członkowie nie mieli wzorców zachowania. Tajne komisje zakładowe to był absurd.
C.M.: No tak, ale to była właśnie odpowiedź na niepowodzenie oporu masowego.
J.G.: 22 lipca wyszłam z interny, można było wrócić od razu do pracy i dowiaduję się, że mój kolega nie idzie na manifestację, bo był przewodniczącym tajnej komisji
zakładowej. Wszyscy o tym wiedzieli. Zakazywano działaczom uczestniczenia w manifestacjach, mogli w nich uczestniczyć tylko szeregowi członkowie "Solidarności". Nie miał kto
pójść na procesy portowców, bo działaczom zabraniano, żeby się nie zdekonspirowali.
A.G.: Nie mówmy jednak o braku masowego oporu, jeśli na demonstrację przychodziło 140 tys. osób.
A.D.: Ja generalnie zgadzam się z opinią pani Joanny, że „Solidarność” nie przygotowała się do 13 grudnia. Wpłynęło na to wiele czynników: część
działaczy miała fałszywe poczucie siły, innymi manipulowali w tym duchu agenci SB. Było też wiele fałszywych alarmów, co stopniowo doprowadziło do ich ignorowania i demobilizacji.
Najważniejsza dla tego ostatniego procesu była jednak taktyka tzw. odcinkowych konfrontacji, którą władze stosowały od jesieni 1980 r., polegająca na prowokowaniu lub podsycaniu lokalnych
konfliktów, co angażowało całą „Solidarność”. Natomiast z manifestacjami po 13 grudnia było tak, że na masową skalę miały miejsce tylko późną wiosną i latem 1982
r., z apogeum 31 sierpnia w ponad 60 miastach. Natomiast w pierwszych miesiącach stanu wojennego opór pojawiał się tylko w największych miastach. W mniejszych ośrodkach władze natychmiast
przejęły pełną kontrolę nad sytuacją. Później od 1 – 3 maja do 31 sierpnia 1982 następuje zmiana: wielki powalony ruch wydaje ostatnie tchnienie. Po czym członkowie TKK uznają,
że to dopiero początek i proponują absurdalnie odległy listopadowy termin strajku, co zakończy się totalną klapą. To był koniec „Solidarności” jako liczącej się siły
aż do przełomu 1988/1989. Ona oczywiście dalej istniała, kilkanaście tysięcy ludzi działało w strukturach konspiracyjnych, ale władze nie traktowały już tego jak realnego zagrożenia.
Listopad 1982 był przełomowy. Po nim zapadła decyzja, by wpuścić papieża do Polski, bo wcześniej bano się żywiołowych reakcji.
A.D.: Ten stan poczucia zwycięstwa trwa w obozie władzy aż do roku 1986, kiedy zaczynają płynąć sygnały z Moskwy. Gorbaczow, który rok wcześniej doszedł do władzy,
zaczął wysyłać niepokojące sygnały sprowadzające się do komunikatu: od teraz musicie sobie radzić sami. Drugim czynnikiem przyspieszającym zmiany była zmiana nastrojów społecznych. W
badaniach CBOS i OBOP widać, że władza po 13 grudnia odzyskiwała poparcie społeczne, powoli rosła akceptacja dla jej polityki. Dopiero w 1986 r. nastąpiło odwrócenie tego trendu,
prawdopodobnie ze względu na rozczarowanie Jaruzelskim i jego obietnicami reform. Ludzie czuli się oszukani, a pragnący utrzymać się u władzy Jaruzelski zaczął szukać nowych rozwiązań,
które w końcu doprowadziły go do Okrągłego Stołu.