Dziennik Gazeta Prawana logo

Dlaczego nie broniliśmy "Solidarności"

12 października 2007, 14:39
Ten tekst przeczytasz w 86 minut
"Stan wojenny, mimo naszego poczucia klęski, zapowiadał śmierć systemu, który społeczeństwu ten cios zadał" - mówi socjolog Ireneusz Krzemiński podczas debaty DZIENNIKA o przyczynach i skutkach wprowadzenia w Polsce stanu wojennego.

Cezary Michalski: Ćwierć wieku po wprowadzeniu stanu wojennego, który zniszczył pierwszą „Solidarność, jedno z najcenniejszych w wymiarze społecznym dzieł, które się Polakom udało kiedykolwiek w swojej historii stworzyć, narzuca się właściwie tylko jedno pytanie: Czy „Solidarność była do uratowania? Czy liderzy związku lub władza komunistyczna mogły zrobić coś, co pozwoliłoby przedłużyć oficjalne istnienie „Solidarności i znaleźć jakieś inne, nie tak niszczące dla Polaków wyjście.


Antoni Dudek: Gdyby ktoś w rodzaju Kani stał dalej na czele PZPR i gdyby wewnątrz Solidarności koncepcja nazwana przez Jadwigę Staniszkis samoograniczającą się rewolucją rzeczywiście wzięła górę, to znaczy udałoby się powstrzymać niektórych najbardziej radykalnych przywódców związku przed pewnymi wystąpieniami, które władze PRL odbierały jako prowokacje, to utrzymanie stanu swoistej dwuwładzy byłoby możliwe na przykład do momentu śmierci Breżniewa. Przypomnę, że w niespełna rok po wprowadzeniu stanu wojennego umarł Breżniew i w Związku Radzieckim zaczął się głęboki kryzys przywództwa, który zakończyło dopiero dojście do władzy Gorbaczowa. To prowadzi do pytania, czy była jakakolwiek szansa na zrealizowanie takiego quasi-fińskiego modelu, w którym Polska pozostałaby w Układzie Warszawskim i RWPG, partia komunistyczna nadal odgrywałaby silną rolę, ale równocześnie byłby to kraj o wysokim poziomie swobód, których gwarantem byłaby "Solidarność" oraz różnego rodzaju stowarzyszenia, a nawet partie polityczne, które w jej cieniu zaczęły rosnąć już w 1981 r. Jakaś niewielka szansa na realizację takiego scenariusza istniała, ale warunkiem koniecznym było to, by na czele PZPR stali wówczas ludzie o zupełnie innej mentalności niż Jaruzelski.

Andrzej Paczkowski: Zadałem kiedyś pytanie panu Gieorgijowi Szachnazarowowi, który w 1981 r. był sekretarzem komisji Biura Politycznego KC KPZR ds. Polski, czy Rosjanie byli gotowi interweniować. On powiedział tak: Mogliśmy, ale nie chcieliśmy. Pytanie następne było oczywiste: Czy byłaby taka sytuacja, w której czulibyście się zmuszeni do wkroczenia? On powiedział, że były trzy takie sytuacje, w których naprawdę wywarliby zdecydowany nacisk, a być może nawet zdecydowaliby się na podjęcie akcji bez akceptacji aktualnego pierwszego sekretarza KC PZPR. Pierwsza: gdyby władzę w partii przejęli socjaldemokraci, to jest osoby takie, jak: Fiszbach, Rakowski, Barcikowski... Nastąpiłby proces dubczekizacji Polski, czyli proces podobny do tego, który miał miejsce w Czechosłowacji w 1968 r. i który trzeba by było wyhamować. Druga: gdyby Wałęsa przejął władzę, czyli w jakiś sposób „Solidarność usunęła Jaruzelskiego, zajęła budynki rządowe etc. I trzecia: gdyby w Polsce wybuchła wojna domowa. Szachnazarow dodał (może półżartem), że byłoby to tak jak z Bośnią, i ONZ poprosiłby Breżniewa o zaprowadzenie porządku. To, co było między jesienią 1981 r. a dubczekizacją PZPR, tzn. przejęciem władzy przez Wałęsę czy rozpoczęciem się walk ulicznych i partyzanckich w Polsce, stanowiło obszar, na którym kierownictwo PZPR mogło jeszcze działać środkami politycznymi.

C.M.: Stawia pan mocną tezę, że stan wojenny został wprowadzony w momencie, kiedy jeszcze nie był konieczny. Co przesądziło w takim razie o decyzji? Przy założeniu, że Jaruzelski nie był najlepszym z ludzi na czele partii, na pewno był gorszy od Kani, ale nie był też skrajnym radykałem.

A.P.: Myślę, że odbierał on w sposób nerwowy "twarde" sygnały z Moskwy, chyba uważał, że jest osobiście zagrożony. Większość ludzi z kierownictwa partii bała się Związku Sowieckiego, miała w pamięci Węgry z 1956 r. i Czechosłowację z 1968 r. Starała się lawirować, dopóki to było możliwe pomiędzy polskim społeczeństwem a Moskwą. Bała się jednych i drugich. Właściwie tylko Gomułka przez pierwszych parę lat po Październiku nie bał się społeczeństwa, ale to był okres w historii PRL raczej wyjątkowy. Ponadto Jaruzelskiego musiał dręczyć chaos, jaki powstał w Polsce od 1980 r. Był on przecież przyzwyczajony, że jak wydaje się rozkaz, to wojsko wychodzi do koszar albo wchodzi, zdejmuje onuce lub zakłada. A w rzeczywistości społecznej albo to nie działało, albo tamto, wydaje się rozkazy, a ludzie ich nie słuchają. Więc wydawało mu się, że już utracił kontrolę. Oczywiście utracił kontrolę nad społeczeństwem, ale nie utracił kontroli nad władzą. Obawiał się jednak, że i ją może utracić.

C.M.: Czy państwo Gwiazdowie utożsamiani w legendzie „Solidarności, a także w języku ówczesnej władzy czy SB, ze skrzydłem radykalnym, uważani za solidarnościowych jastrzębi, kiedy już się okazało, że stan wojenny, mówiąc delikatnie, nie będzie zwycięstwem, nie myśleli czasem o innym rozwiązaniu, o zmarnowanych szansach?

Andrzej Gwiazda: Z ryzykiem użycia siły liczyliśmy się, wzywając do strajku, w czasie strajku oraz po podpisaniu porozumień w sierpniu 1980 r. Porozumienia uważaliśmy za wybieg taktyczny i wiedzieliśmy, że zostaną złamane, gdy tylko „S osłabnie. Przed użyciem siły powstrzymywała ich tylko determinacja społeczeństwa gotowego bronić związku zawodowego „S, jego niezależności i zawartych porozumień. Mieliśmy trzy okresy, gdy władza była gotowa wycofać się z realizacji porozumień. Po miesiącu odpowiedzieliśmy na to czterogodzinnym strajkiem powszechnym. Rano 4 października 1980 r., w dniu strajku, na wprost naszych okien ustawiło się siedem radzieckich okrętów wojennych, które odpłynęły z chwilą rozpoczęcia strajku o godz. 12. Związek Radziecki lubił nas straszyć, lecz jak wiemy z dokumentów, odmówił Jaruzelskiemu pomocy militarnej. Następna próba to konflikt rejestracyjny w listopadzie i zdecydowana postawa „S. Wszystkie te terminy wybrano na podstawie ekspertyz zespołu psychologów przy KC PZPR, które kolejno przewidywały wygaśnięcie „fali rewolucyjnej. W marcu Jaruzelski, już premier, otrzymywał sprzeczne informacje: od agentury o pełnej gotowości bojowej „S, a z kierownictwa - serwilistyczne sygnały, ugodowe, kapitulanckie. Jaruzelski zdecydował się je sprawdzić, zrobił test i to była tzw. sprawa bydgoska. I wtedy jeszcze mobilizacja była ogromna. A związek ledwo, zakulisowymi machinacjami agentury, autorytetem Wałęsy i prymasa, udało się powstrzymać od odpowiedzi, jakiej należało udzielić. Czyli od strajku generalnego. Mówiąc językiem marksizmu, jedyną szansą przetrwania „S była „mobilizacja mas, a warunkiem tej mobilizacji, zdecydowana i twarda postawa, gdyż organizacji „letniej, idącej na pasku władzy, nikt bronić by nie chciał.

C.M.: Ludzie musieli być zmobilizowani do obrony związku, ale jednocześnie trzeba ich było powstrzymywać przed radykalizacją i uderzeniem na władzę. Czy taką jałową społeczną mobilizację można utrzymywać w nieskończoność?


Ireneusz Krzemiński: Mówienie o radykałach czy radykalizacji związku jako przyczynie stanu wojennego oznacza akceptację języka, którego wówczas używali komuniści. Na dobrą sprawę zgadzam się z Andrzejem Gwiazdą, że decyzja o zniszczeniu związku była niezależna od tego, co „Solidarność zrobi albo nie zrobi. Co znaczy radykalizacja? Moim zdaniem nie było żadnej radykalizacji bo chociaż ten ruch się rozwijał, budując swoją świadomość, świadomość celów, będących wizją innej, wolnej Polski, to zarazem był bardzo świadomy tego, co właściwie w takiej a nie innej, ograniczonej przez geopolitykę sytuacji można byłoby osiągnąć, mieć „normalne życie w Polsce. I tym normalnym życiem w Polsce byłaby taka sytuacja, w której obywatele mają prawo głosu i władza się z tym głosem liczy.

A.D.: Jeśli dobrze rozumiem, twoim zdaniem żądanie wolnych wyborów do Rad Narodowych jesienią 1981 r. nie było przejawem radykalizacji „Solidarności?

I.K.: Po pierwsze, takie żądanie było dosyć odosobnione, ponieważ samokontrola tego ruchu, samoświadomość ograniczeń, była bardzo istotna i wszyscy od początku mieli głębokie przekonanie, że stoją wobec przemocy, na którą nic nie mogą poradzić. Gra się toczyła o to, żeby tę władzę pozyskać na coś, co było istotne już w czasach gierkowskich. Bo ta władza, która posługiwała się przemocą, lubiła być kochana i tu chodziło o to, że na to można ich złapać. Oni w zamian za szacunek wobec siebie włączą się w taki układ, w którym zaczną przynajmniej uwzględniać nasz głos. Da się wtedy jakoś lepiej żyć. I część aparatu partyjnego, nawet ta, która właściwie wiedziała, że ten ruch jest groźny i trzeba to zlikwidować, uległa jednak tej presji na porozumienie. Polska zamieniła się przecież wtedy w jedną wielką salę debaty, która się toczyła bezustannie. Natomiast co do radykalizacji społecznej, to nie przywódcy „S się radykalizowali. Oni mieli bardzo poważny problem już od czerwca, lipca 1981 r. Po pierwsze, marsze głodowe. To było absolutnie wymuszone przez szeregowych członków i działaczy związku z zakładów pracy. Działacze regionalni i działacze krajowi byli przeciwni, ale musieli ulec. Druga kwestia jest do pokazania na przykładzie strajku studenckiego. Postulaty studenckie były do uzgodnienia i załatwienia z ministrem oświaty w ciągu tygodnia. Jeżeli władze tego nie zrobiły, to właśnie tylko dlatego, że nie chciały tego zrobić. I to oczywiście prowadziło do społecznej radykalizacji. Zresztą tutaj widziałbym podstawową różnicę między tym modelem związku, który tylko częściowo udało się zrealizować Wałęsie, a na przykład ówczesnym działaniem pana Gwiazdy. Jeżeli Gwiazda był wówczas radykałem, to nie dlatego, że chciał wysłać ludzi, żeby palili komitety, ale wyłącznie w tym rozumieniu, że uważał, iż po prostu trzeba wprowadzić demokratyczne procedury od początku do końca. I że demokratycznie trzeba także kontrolować proces negocjacji z władzą.

A.G.: Radykalny to znaczy demokratyczny, w języku propagandy to były synonimy. Na zjeździe w Oliwii bezpieka zrealizowała swoje podstawowe cele, przegrało demokratyczne skrzydło związku, choć nie do końca. Wałęsa został przewodniczącym i dostał prawo wyboru prezydium. Komisja Krajowa, dotychczasowa władza, została bardzo poważnie osłabiona, ponieważ nie miała żadnych kompetencji w stosunku do władzy wykonawczej związku.

Joanna Gwiazda:
Po zjeździe pojawiło się rozczarowanie wywołane brakiem komunikacji z górą. Członkowie odbierali to jako utratę oparcia we władzach związku, ale dopóki w „Solidarności działała demokracja, można było to zmienić. Doły związkowe wciąż były groźne. W ten sposób grudzień 1981 stał się dla Jaruzelskiego ostatnim dogodnym momentem wprowadzenia stanu wojennego.

A.G.: A co do naszego rzekomego radykalizmu Państwo nie wiedzą, bo nie znalazło się to w dokumentach, że gdy w sierpniu 1980 r. został powołany Międzyzakładowy Komitet Strajkowy, 28 zakładów przysłało delegatów z listami żądań strajkowych, w których w większości pierwszy punkt to były wolne wybory. A drugi wolne związki zawodowe. Z żalem musieliśmy z postulatu wolnych wyborów zrezygnować. Więc proszę nie mówić o postępującej radykalizacji, tylko wręcz przeciwnie o postępujących ograniczeniach. Znamy protokoły z posiedzenia w Radomiu, po którym władza spreparowała słynne taśmy będące jednym z uzasadnień wprowadzenia stanu wojennego. Przecież w rzeczywistości decyzje, jakie tam zapadły, to była kapitulacja. Warto też pamiętać, że nie było to zebranie Komisji Krajowej, tylko tzw. poszerzone prezydium, poszerzone głównie o doradców.

C.M.: Jeszcze raz zapytam, czy utrzymywanie w nieskończoność społecznej mobilizacji było możliwe przy pustych sklepach i w poczuciu bezsilności wobec władzy?

I.K.: Jesienią 1981 r. po stronie „Solidarności rzeczywiście narastała świadomość kryzysu, bezradności. To była sytuacja demobilizacji psychicznej. I ten moment został wykorzystany przez władzę.

A.P.: Badania robione w regionie Mazowsze wyraźnie wykazywały spadek zaangażowania, zwiększającą się liczbę członków związku, którzy nie deklarowali gotowości do podjęcia strajku powszechnego. Wedle badań socjologicznych spadała wiara w „Solidarność, rozrastała się frakcja osób, które obie strony obciążały odpowiedzialnością za kryzys. Wydaje się, że od późnego lata 1981 następował odpływ, może nie tyle sympatii do „Solidarności ile wiary w to, że ona może być skuteczna. Bo już rok mijał, a właściwie z punktu widzenia życia codziennego nic się nie zmieniło. „Solidarność okazywała się w oczach rosnącej części opinii nieefektywna. A była zawsze duża część opinii wroga wobec „Solidarności. Sądzę więc, że nie dawało się podtrzymać tego poziomu mobilizacji w skali społecznej, jaki był w czasie kryzysu bydgoskiego. Można było utrzymać mobilizację wśród działaczy związku czy wśród tych, którzy byli aktywnymi członkami, angażowali się w działania związkowe, ale nie w całej wielomilionowej masie.

I.K.: W badaniach prowadzonych wówczas także z moim udziałem wychodziło, że proreżimowa część opinii publicznej nie wyniosła nigdy więcej niż 21 22, może 23 proc., w zależności od kwestii, a więc około jednej piątej społeczeństwa.

J.G.: To przekonanie, do którego nawiązuje pan Michalski, że wciąż atakujemy i wycofujemy się, to w wielu wypadkach były działania agentury we władzach związku, dezintegracyjne, demobilizacyjne działania. Przy bardzo silnym działaniu agentury utrzymanie równego nacisku i normalnej działalności związkowej było niemożliwe. Ale jeszcze jedna rzecz, program Związku nie był de facto programem związku, powstał w grupie ekspertów, gdzie panowało przekonanie, że formuła związku się wyczerpała, musimy przejść na wyższy etap. Wielokrotnie mogliśmy się przekonać, jak serwilistyczni doradcy potrafią zmieniać nagle opcje, najpierw, że przed władzą trzeba się ukorzyć, nie stawiajmy za ostrych warunków, a za chwilę, jak jednak coś się dzieje czy widać sukces, to natychmiast już nie patrzą na realia. W tym politycznym programie „Solidarności znalazł się akapit będący pomysłem naszych elit eksperckich chcących już wtedy uprawiać wielką politykę.

A.G.: To brzmiało mniej więcej tak: „Solidarność zobowiązuje się lepiej zabezpieczyć interesy Związku Radzieckiego w Polsce, niż potrafi to nieudolna PZPR.

J.G.: No więc w tej sytuacji, jeślibym była Jaruzelskim, tobym wprowadziła stan wojenny.

A.D.: Moim zdaniem nie było możliwe utrzymanie mobilizacji zwolenników „Solidarności w perspektywie dłuższej niż góra kilka miesięcy. Zgadzam się z panem Gwiazdą, że ta mobilizacja byłaby nieco dłuższa, gdyby inny był koniec kryzysu bydgoskiego, to znaczy gdyby nie było tego porozumienia, tylko doszło do strajku generalnego. Wówczas władze prawdopodobnie by się jeszcze raz cofnęły i „Solidarność uzyskałaby trochę paliwa w postaci nowego sukcesu. Tak się jednak nie stało. Zaczął się stopniowy spadek nastrojów w „Solidarności i w konsekwencji Jaruzelski i jego otoczenie coraz energiczniej przygotowywali się do stanu wojennego.

C.M.: Członkowie „Solidarności zawarli przed 13 grudnia pewien kontrakt, a wywiązanie się z kontraktu jest jednym z kryteriów bycia cywilizowanym człowiekiem. Ten kontrakt polegał na tym: jeśli władze uderzą w związek, rozpoczynamy strajk generalny. Dziewięćdziesiąt parę procent członków „Solidarności z tego kontraktu się nie wywiązało, wywiązali się na przykład górnicy, ludzie w innych zakładach pracy punktowo, trochę młodzieży. Czy państwo oceniają to jako sukces bo ludzie zachowali się racjonalnie i uznali, że kiedy władza zdecydowała się użyć siły, większy opór tylko by zwiększył liczbę ofiar czy też takie zachowanie jest oznaką cywilizacyjnej klęski Polaków?

I.K.: Protestuję przeciwko takiemu postawieniu sprawy. Nie zawierałem wówczas tak brzmiącego kontraktu. Myślę o „Solidarności nie tylko w kategoriach związku, organizacji, która była największym osiągnięciem tego ruchu, ale jako o ruchu społecznym. I tutaj mam inny punkt widzenia. Jestem głęboko przekonany, że poczucie klęski, które wtedy temu ruchowi nam wszystkim towarzyszyło, jednocześnie miało w sobie zalążek śmierci systemu, który ten cios zadał. 13 grudnia naprawdę był końcem komunizmu i początkiem niezależnego życia tego społeczeństwa.

C.M.: I nie był pan rozczarowany kompletną klęską pierwszych tygodni?

I.K.: Nie, choć być może denerwowałem się w pewnym momencie, że ludzie się boją i że mogliby zrobić więcej. Filozofia działania „Solidarności jednak była oparta na tym, że trzeba się liczyć z tą partią, trzeba się liczyć z Sowietami, można reformować Polskę, zostawiając jednak dominującą rolę partii itp., byle tylko władza więcej ludzi słuchała. Po 13 grudnia nie można było więcej wierzyć w jakąkolwiek socjalistyczną drogę. Nastąpiła kompletna likwidacja możliwych dróg legitymizacji systemu. Od tego momentu władza rządziła wyłącznie w negatywny sposób. Nawet jak zgłaszała czasami sensowne propozycje, były i tak nie do przyjęcia. A przekonanie, że ci, którzy rządzą, nie mają żadnego do tego prawa, stało się całkowicie powszechne. Reżim Jaruzelskiego próbuje później rozwijać rozmaite inicjatywy, takie, które otwierają możliwości legalnego działania. Ale nawet jeśli się z nich korzystało, to i tak pracowało się na dwie strony. To bardzo dobrze było widać w administracji. Zmuszona do zrobienia czegoś, wyrzucenia kogoś z pracy, nie wyrzuca tego kogoś, tylko na przykład go przesuwa na inne stanowisko...

A.P.:
Ja się zaliczałem właściwie do tych, którzy nie wywiązali się ze zobowiązania, bo myśmy się zebrali w Instytucie Historii, zaczęli się zastanawiać, co robić. Ktoś przekazał informację, że ma być strajk pracowników Polskiej Akademii Nauk w Pałacu Staszica. I jak ja się udałem pod Pałac Staszica, to właśnie wyprowadzali strajkujących do suk. Nie pojechałem do Ursusa ani pod Hutę Warszawa. Po prostu wróciłem do domu (mieszkałem poza domem na wszelki wypadek, niepotrzebnie zresztą, bo mnie nikt nie szukał). Według mnie w „Solidarności jako masie nie było woli walki, ona nie była przecież stworzona jako organizacja walki. To była organizacja, która miała naciskać na władzę, przedstawiać swoje postulaty, swoje nadzieje i oczekiwania, z założeniem, że władza je wypełni. Ale nie walczyć w sensie fizycznym. Choć oczywiście wielu było takich, którzy o tym właśnie myśleli.

I.K.: Całkowicie się z tym zgadzam, tym bardziej że ta oferta dla władzy i autentyczna chęć dogadania się z nią były bardzo mocne. Ale sądzę, że to oznacza jeszcze coś ważniejszego: odrzucenie starego wzorca walki, tego, co symbolicznie Wajda przedstawił jako atak kawalerii z szablami na niemieckie czołgi. „Solidarność jakby przerobiła ten wzór walki godnej, ale beznadziejnej w coś innego.

C.M.: No tak, ale to ma też swój cień, bo wiadomo, że na przykład gdyby wprowadzono stan wojenny w sierpniu 1980 r., gdy na Wybrzeżu strajkowało 15 zakładów, to on by się udał. Nie mógł się udać, jak już kilkaset stało. A w stanie wojennym stanęło może 200 zakładów w skali całego kraju.

A.P.: Stanęło ich nieco mniej. Jest zresztą wysoce prawdopodobne, że gdyby reakcja społeczna, reakcja związku i społeczeństwa na wprowadzenie stanu wojennego, była znacznie bardziej twarda, radykalna i powszechna, to prawdopodobnie ekipa Jaruzelskiego uznałaby, że ma miejsce wedle schematu ustalonego jeszcze w marcu 1981 wariant trzeci, czyli że konieczna jest pomoc wojsk Układu Warszawskiego.

C.M.: I wtedy Rosjanie by "pomogli"?

A.P.: Wtedy zostaliby gorąco poproszeni o to. Jeżeliby 16 grudnia generał Jaruzelski zadzwoniłby do Breżniewa i powiedział: Towarzyszu, nie dajemy rady sami, to z całą pewnością choć nie wiem czy z ochotą by weszli.

A.D.: Nie wiem, na jakiej podstawie Andrzej tak kategorycznie formułuje ten pogląd, skoro 10 grudnia 1981 r. członkowie sowieckiego Politbiura zgodnie uznali, że Jaruzelski musi sam sobie radzić z wprowadzeniem stanu wojennego. A przecież nie mogli wówczas mieć stuprocentowej pewności, że stan wojenny okaże się sukcesem.

C.M.: Ja celowo pytam o racjonalność oporu lub racjonalność odstąpienia od niego. Bo my ciągle żyjemy w micie, że jesteśmy absurdalnie insurekcyjni (co jednych oburza, a innych zachwyca). Tylko jak zaglądamy za kulisy historycznych wydarzeń, to się okazuje, że my wcale insurekcyjni nie jesteśmy. Co znowu można oceniać dobrze albo nie. Ale warto tę nieinsurekcyjną naturę Polaków brać pod uwagę.

A.P.: To jest normalne. W żadnej polskiej insurekcji nie uczestniczyła przecież większość społeczeństwa. Nie można mieć pretensji do dziewięciu milionów ludzi, że nie walczyli. Polacy są z natury społeczeństwem cywilnym, a nie armią!

C.M.: Dlatego właśnie pytam, czy w tej sytuacji czegoś dobrego mogliśmy się po masowym oporze spodziewać.

A.P.: Raczej nie. Chociaż w jednej ze swoich rozmów z księdzem Orszulikiem Wałęsa jakby żałuje, że w grudniu opór był trochę za słaby. A na propozycję przekazaną mu przez księdza Orszulika od Jana Olszewskiego i Andrzeja Stelmachowskiego, żeby wpłynął na Bujaka i żeby TKK???? odwołała manifestację z 31 sierpnia, on odpowiada cytuję z pamięci że trochę krwi nie zaszkodzi.

J.G.: Sądzę, że główną przyczyną ograniczonego oporu po 13 grudnia było to, że kierownictwo związku w ogóle ludzi do tego oporu nie przygotowało. Nie chciano wywoływać wilka z lasu, więc nie ostrzeżono o stanie wojennym i w rezultacie wielu ludzi 13 grudnia przeżyło szok. W naszym regionie przygotowano w zalakowanych kopertach instrukcje wzorowane na czechosłowackich z 1968 r., zupełnie nieprzydatne w stanie wojennym. Otworzyliśmy koperty i wtedy opracowaliśmy swoją instrukcję, ale nie mogliśmy już jej szerzej rozkolportować. Nie wytłumaczono ludziom najprostszych rzeczy, że oprócz strajku okupacyjnego, czyli polskiego, możliwy jest strajk zwykły. I że pracodawca może zastosować lokaut. Nonsensem była koncentracja oporu w dużych zakładach pracy, gdzie strajki były szybko łamane. Tylko strajk powszechny w każdym, choćby najmniejszym zakładzie dawał szanse powodzenia. Uważam też, że koncepcja sprzeciwienia się stanowi wojennemu poprzez stworzenie podziemia była błędna. Podziemie jest rzeczą dobrą, gdy można walczyć zbrojnie, ale nie w ruchu masowym, gdy większość działaczy została internowana i członkowie nie mieli wzorców zachowania. Tajne komisje zakładowe to był absurd.

C.M.: No tak, ale to była właśnie odpowiedź na niepowodzenie oporu masowego.

J.G.: 22 lipca wyszłam z interny, można było wrócić od razu do pracy i dowiaduję się, że mój kolega nie idzie na manifestację, bo był przewodniczącym tajnej komisji zakładowej. Wszyscy o tym wiedzieli. Zakazywano działaczom uczestniczenia w manifestacjach, mogli w nich uczestniczyć tylko szeregowi członkowie "Solidarności". Nie miał kto pójść na procesy portowców, bo działaczom zabraniano, żeby się nie zdekonspirowali.

A.G.:
Nie mówmy jednak o braku masowego oporu, jeśli na demonstrację przychodziło 140 tys. osób.

A.D.: Ja generalnie zgadzam się z opinią pani Joanny, że „Solidarność nie przygotowała się do 13 grudnia. Wpłynęło na to wiele czynników: część działaczy miała fałszywe poczucie siły, innymi manipulowali w tym duchu agenci SB. Było też wiele fałszywych alarmów, co stopniowo doprowadziło do ich ignorowania i demobilizacji. Najważniejsza dla tego ostatniego procesu była jednak taktyka tzw. odcinkowych konfrontacji, którą władze stosowały od jesieni 1980 r., polegająca na prowokowaniu lub podsycaniu lokalnych konfliktów, co angażowało całą „Solidarność. Natomiast z manifestacjami po 13 grudnia było tak, że na masową skalę miały miejsce tylko późną wiosną i latem 1982 r., z apogeum 31 sierpnia w ponad 60 miastach. Natomiast w pierwszych miesiącach stanu wojennego opór pojawiał się tylko w największych miastach. W mniejszych ośrodkach władze natychmiast przejęły pełną kontrolę nad sytuacją. Później od 1 3 maja do 31 sierpnia 1982 następuje zmiana: wielki powalony ruch wydaje ostatnie tchnienie. Po czym członkowie TKK uznają, że to dopiero początek i proponują absurdalnie odległy listopadowy termin strajku, co zakończy się totalną klapą. To był koniec „Solidarności jako liczącej się siły aż do przełomu 1988/1989. Ona oczywiście dalej istniała, kilkanaście tysięcy ludzi działało w strukturach konspiracyjnych, ale władze nie traktowały już tego jak realnego zagrożenia. Listopad 1982 był przełomowy. Po nim zapadła decyzja, by wpuścić papieża do Polski, bo wcześniej bano się żywiołowych reakcji.

A.D.: Ten stan poczucia zwycięstwa trwa w obozie władzy aż do roku 1986, kiedy zaczynają płynąć sygnały z Moskwy. Gorbaczow, który rok wcześniej doszedł do władzy, zaczął wysyłać niepokojące sygnały sprowadzające się do komunikatu: od teraz musicie sobie radzić sami. Drugim czynnikiem przyspieszającym zmiany była zmiana nastrojów społecznych. W badaniach CBOS i OBOP widać, że władza po 13 grudnia odzyskiwała poparcie społeczne, powoli rosła akceptacja dla jej polityki. Dopiero w 1986 r. nastąpiło odwrócenie tego trendu, prawdopodobnie ze względu na rozczarowanie Jaruzelskim i jego obietnicami reform. Ludzie czuli się oszukani, a pragnący utrzymać się u władzy Jaruzelski zaczął szukać nowych rozwiązań, które w końcu doprowadziły go do Okrągłego Stołu.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj