Dziennik Gazeta Prawana logo

"Solidarność" przetrwała

12 października 2007, 14:39
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
Nie stawiam sobie pytania, czy "Solidarność" była do uratowania, bo w jego podłożu tkwi przekonanie, że stan wojenny był koniecznością. A ja tej tezy nie przyjmuję - pisze w DZIENNIKU Bronisław Geremek, były doradca Lecha Wałęsy, a w III RP minister spraw zagranicznych.
Stan wojenny przerwał trudny okres kompromisu, który jednak udało się utrzymywać przez 500 dni. Pytanie, które jest zasadne, brzmi inaczej: czy myśmy w ówczesnych okolicznościach dopuszczali myśl, że władza w sytuacji pokoju wyprowadzi wojsko przeciwko społeczeństwu, i czy rozważaliśmy, co w takim razie robić. Otóż myśmy takiej myśli nie dopuszczali. Nie przyszło nam do głowy, że przepis konstytucyjny dotyczący wojny zostanie użyty przeciwko narodowi. Natomiast mieliśmy zawsze świadomość, że istnieje możliwość interwencji zewnętrznej.

To, co się stało 13 grudnia 1981, pełną odpowiedzialnością obciąża tych, którzy podjęli decyzję o stanie wojennym. Kierownictwo "S" z Lechem Wałęsą na czele prowadziło politykę tak, by kompromis zawarty w sierpniu ’80 został utrzymany. Jeśli spojrzeć na te 500 dni, trzeba stwierdzić, że nigdy w postępowaniu „S głosy radykalizmu i braku rozsądku nie wzięły góry.

W przededniu 13 grudnia byłem w Słupsku na całej serii spotkań władz "S", w których nadal dominował ton kompromisu. Nie było atmosfery ostrej konfrontacji, obrony ruchu przez strajk generalny - bo nikt nie myślał, że zostanie wprowadzony stan wojenny. Wciąż sądziliśmy raczej, że nie zdecydują się na najbardziej radykalny krok. I że bardziej realnym niebezpieczeństwem jest interwencja z zewnątrz. Ze Słupska przyjechałem na posiedzenie Rady Krajowej. Tam 12 grudnia docierały już słuchy o ruchach wojsk i o pierwszych zatrzymaniach, ale mówiliśmy sobie, że przecież nie pierwszy raz takie rzeczy się dzieją. Mniej więcej od maja docierały informacje o drukowaniu poleceń aresztowania. Mnie osobiście pewna nieznana mi kobieta poinformowała, że wypisała już mój akt aresztowania. Po strzałach w kopalni Wujek nadzieje - również moje - że może dojść do porozumienia na drodze kompromisu, zostały przekreślone.

W grudniu 1981 nie było jednak zawodu postawą społeczeństwa; tym, że kraj nie został sparaliżowany strajkiem generalnym. I bez tego mieliśmy poczucie, że całe społeczeństwo za nami stoi. Działania podejmuje się wówczas, gdy jest nadzieja na ich skuteczność. W czasie stanu wojennego w internowaniu odwiedził mnie pewien oficer i powiedział, że wojsko też stanęłoby po naszej stronie - gdyby była nadzieja na sukces. Lech Wałęsa, kiedy rozważaliśmy, jaka może być reakcja robotników na obcą interwencję, z którą przed 13 grudnia się liczyliśmy, powiedział, że pierwszą reakcją będzie strach i skrycie się w życiu domowym - ale na krótko. I chyba ta ocena okazała się trafna również w sytuacji aktu przemocy z wewnątrz. Było zaszycie się w zaciszu domowym, ale na krótko. Dochodziło do prób strajku generalnego, jednak nieskutecznych wobec strachu i przemocy, jakimi posłużyła się władza. Tylko że siedząc na bagnetach, nie da się rządzić na dłuższą metę. W dłuższej perspektywie „S przetrwała i to jej filozofia działania okazała się skuteczna. W 1989 r. zrozumiała to nawet ekipa rządząca - ta sama, która wprowadziła stan wojenny.
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj