Dziennik Gazeta Prawana logo

W moro i glanach do MSZ. Dyplomatyczna rewolucja PiS dobiega końca

13 stycznia 2019, 09:40
Ten tekst przeczytasz w 12 minut
Dyplomata
dyplomata/Shutterstock
Dyplomatyczna rewolucja PiS dobiega końca. Ale nie jest to wcale pierwsza w ostatnich latach wymiana kadr w ambasadach.

Sprawny dyplomata wie, jak wybrnąć z trudnej sytuacji i przekuć porażkę w sukces. Wydaje się, że kluczem jest doświadczenie Dlatego wysyłanie na istotne placówki dyplomatycznych debiutantów z politycznego nadania nie rokuje dobrze na przyszłość. Tymczasem takie sytuacje nie są postrzegane w Prawie i Sprawiedliwości jako kontrowersyjne, a nawet jest na nie przyzwolenie.

Choć nie tylko polskiej dyplomacji przydarzają się skandale. W ostatnich miesiącach poważną wpadkę w kontaktach z Warszawą zaliczyli także Amerykanie, gdy w korespondencji kierowanej do premiera Mateusza Morawieckiego ambasador Georgette Mosbacher pomyliła funkcję adresata i zrobiła literówkę w jego nazwisku.

Mosbacher jest dyplomatyczną nowicjuszką. O jej nominacji na stanowisko ambasadora w Polsce zdecydowały polityczne koneksje z prezydentem Donaldem Trumpem. Nie jest to w administracji amerykańskiej nowość. Obok zawodowych dyplomatów na placówki wysyłani są często ludzie, którzy np. wnieśli istotny wkład w kampanię wyborczą. – – mówi DGP b. minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski. Jak podkreśla, z polskiego punktu widzenia najważniejsze jest to, by dyplomata z politycznego nadania był blisko związany z administracją w Waszyngtonie.

– dodaje Waszczykowski. Na początku lat 90. prezydent Bill Clinton przysłał do Polski Nicholasa Reya, urodzonego w Warszawie biznesmena, potomka Mikołaja Reja. Potem był nominowany przez George’a W. Busha Victor Ashe, wcześniej burmistrz miasta Knoxville w Tennessee. – – podkreśla b. minister spraw zagranicznych.

Amatorzy i zawodowcy

To właśnie Waszczykowski zapoczątkował rewolucję PiS w polskiej dyplomacji. – – przypomina. Dzisiaj wietrzenie placówek dobiega końca. Według obecnego szefa MSZ Jacka Czaputowicza wymieniono już prawie wszystkich dyplomatów. Łącznie do końca roku zmieni się 90 ze 101 ambasadorów reprezentujących Polskę za granicą. Rewolucja objęła również stanowiska kierownicze w centrali w Warszawie. Prawie wszystkie osoby na stanowiskach dyrektorów departamentów i ich zastępców są nowe.

Czy wyszło to na dobre polskiej dyplomacji? Doktor Janusz Sibora, badacz dziejów dyplomacji oraz protokołu dyplomatycznego, ma duże wątpliwości. Dynamika zmian na placówkach dyplomatycznych jest tak duża, że zaskakuje samych kandydatów. – – mówi Sibora. W jego ocenie tak duża liczba nowicjuszy nie może wyjść polskiej dyplomacji na dobre. Co prawda dyplomatów bez doświadczenia nie brakuje w amerykańskich placówkach, ale Waszyngton zachowuje proporcje. Do tej pory jedna trzecia ambasadorów mogła pochodzić z nadania politycznego, reszta zgodnie ze zwyczajem to byli dyplomaci zawodowi.

W kręgach dyplomatycznych słyszymy, że rotacja w polskiej służbie zagranicznej rzeczywiście jest ogromna. Wystarczy spojrzeć na to, jak często zmieniają się nazwiska na niektórych stanowiskach. – – opowiada nasz rozmówca. Nawiązuje do placówki w Rzymie, gdzie stanowisko ambasadora objął poseł PiS Konrad Głębocki. Po kilku tygodniach nieoficjalnie pojawiła się wiadomość, że świeżo upieczony ambasador chce zrezygnować z pracy. Miał powody osobiste, ale podobno tak naprawdę nie umiał się odnaleźć w nowej roli. Ostatecznie Głębocki rezygnację wycofał, chociaż jego przyszłość na placówce w Rzymie nie jest podobno przesądzona.

Nie wszyscy nowicjusze mają pod górkę. – – mówi osoba z MSZ. Wysoko oceniana wśród samych pracowników resortu była nominacja na ambasadora w Izraelu Marka Magierowskiego, który pojechał do Tel Awiwu z minimalnym doświadczeniem dyplomatycznym. Przez rok był wiceministrem spraw zagranicznych, wcześniej dwa lata pełnił funkcję dyrektora biura prasowego prezydenta Andrzeja Dudy. Przez większą część swojej zawodowej kariery Magierowski był dziennikarzem i publicystą. Jego kandydatura na stanowisko ambasadora zbiegła się z dyplomatycznym pożarem wokół noweli ustawy o IPN sankcjonującej przypisywanie Polakom winy za Holocaust. Magierowskiego postrzegano jako osobę, która miała posprzątać po całym skandalu i podreperować relacje z Izraelczykami.

Witold Waszczykowski podkreśla, że oczekiwano od niego dopuszczenia do służby zagranicznej osób, które mają doświadczenie zawodowe na danym kierunku. – – tłumaczy. Jego zdaniem takim przykładem jest Piotr Wilczek w Waszyngtonie. – – powiedział polityk PiS.

– mówi nam osoba z resortu. Bywa, że nowemu dyplomacie woda sodowa uderza do głowy albo bardzo chce się wykazać przed władzami w Warszawie.

Najgorzej oceniane są nominacje polityczne, w tym najbardziej kontrowersyjna – w Berlinie. Polski ambasador Andrzej Przyłębski zasłynął wystąpieniem w debacie poświęconej stuleciu relacji Polski i Niemiec, które nazwał "katastrofą". Mówił o niemieckiej arogancji i podłości. Jego wypowiedź odbiła się szerokim echem za Odrą, tym bardziej że była poprzedzona przemówieniem szefa niemieckiej dyplomacji Heiko Maasa, który o stosunkach z Polską mówił w superlatywach. – – słyszymy w naszych kręgach dyplomatycznych.

Opcja zero

Chociaż wymiana prawie wszystkich dyplomatów w trzy lata brzmi jak kadrowe trzęsienie ziemi, to prawdziwą terapię szokową przeszła nasza dyplomacja handlowa. Wcześniej odpowiedzialne za nią były działające przy ambasadach i konsulatach wydziały promocji handlu i inwestycji. Łącznie ponad 50 przedstawicielstw zatrudniało ponad 300 osób. Po dojściu PiS do władzy jednostki te zostały zlikwidowane, z dnia na dzień pożegnano się też z większością ich pracowników. Zadanie promowania rodzimych przedsiębiorstw za granicą przejęła Polska Agencja Inwestycji i Handlu (PAIH), która przedłużyła współpracę zaledwie z czterema pracownikami resortu.

– opowiada prezes PAIH Tomasz Pisula. – – podkreśla.

Złych przykładów nie brakowało. Wydziały zajmujące się promocją handlu w MSZ, których roczny koszt utrzymania wynosił 100 mln zł, najczęściej organizowały od dwóch do trzech imprez rocznie. Jeden z oddziałów zasłynął tym, że w czasie siedmiu miesięcy wysłał do centrali tylko jedną korespondencję, która dotyczyła tego, że radcy zniszczył się kort tenisowy i musi mieć 15 tys. dol. na jego naprawę.

– mówi Pisula.

W jego ocenie polska dyplomacja od lat była rodzajem układu zamkniętego, który dopuszczał do siebie ludzi z zewnątrz, ale tylko pod warunkiem, że zgodzą się na styl działania i metody, które wcześniej panowały w tej instytucji. Całkowite zamknięcie na nowe kadry doprowadziło dawny system dyplomacji gospodarczej do upadku. – – podkreśla.

Dzisiaj agencja ma już otwarte 64 biura handlowe na świecie, do końca roku otwartych ma zostać jeszcze sześć nowych placówek. Pracownicy biur pochodzą z otwartych naborów. – – dodaje prezes PAIH.

Dokończyć rewolucję

To nie pierwsza wymiana kadr w służbie zagranicznej w historii III RP. Na początku lat 90. zmiany w odziedziczonym po PRL systemie przeprowadzał pierwszy niekomunistyczny minister spraw zagranicznych Krzysztof Skubiszewski. Większość to byli ludzie z polecenia Bronisława Geremka. Oni dyplomacji uczyli się w biegu, a dyplomatami zostawali przez zasiedzenie w gmachu przy Szucha.

Jeden z naszych rozmówców wspomina nawet, że obecny minister Jacek Czaputowicz wszedł do gmachu w glanach i spodniach moro. – – powiedział. To byli historycy i filozofowie, świeżo upieczeni absolwenci, którzy z dnia na dzień zostawali przełożonymi ludzi z dziesięcioletnią praktyką. Osoby znające ówczesne MSZ pamiętają grupy młodych gniewnych, którzy pojawili się na początku lat 90., by robić rewolucję.

Nie zdecydowano się jednak wtedy na usunięcie wszystkich zawodowców, bo ich wiedza i umiejętności były trudne do zastąpienia. Kadrę z czasów PRL pozostawiono w resorcie na niższych stanowiskach pomimo tego, że niektórzy widnieli na listach współpracowników komunistycznych służb. To ich teraz chce się pozbyć Prawo i Sprawiedliwość. Byli współpracownicy służb bezpieczeństwa w PRL zatrudnieni w MSZ mają stracić pracę. Będzie to ostatni akord zmian w służbie zagranicznej.

Znawca dyplomacji również zwraca uwagę, że przez lata problemem w MSZ był nepotyzm. – – podkreśla dr Sibora. – – dodaje.

W ocenie Witolda Waszczykowskiego duży problem polskiej dyplomacji stanowiło to, że robienie kariery w MSZ przez osoby z zawodowym doświadczeniem spoza korpusu dyplomatycznego było praktycznie niemożliwe. – – mówi.

Z kolei dr Sibora uważa, że polską dyplomację toczy przewlekła choroba stopniowego wykruszania się profesjonalistów, ludzi o umiejętnościach technicznych i specjalizacji. Rewolucja PiS tego problemu nie rozwiązuje. Choroba dotyka również najwyższego stanowiska ministra spraw zagranicznych. – – mówi dr Sibora.

– mówi.

Poza tym taki człowiek musi mieć znajomości, znać swoich rozmówców, wiedzieć, co kto lubi i o czym można z nimi porozmawiać. – – dodaje dr Sibora.

Ambasador w Kanadzie Andrzej Kurnicki zaczął swoje urzędowanie rok temu od zmniejszania liczby kieliszków. – – szacuje dr Sibora. W jego ocenie likwidowanie kieliszków to kompletne niezrozumienie sztuki dyplomacji. – – podsumowuje. 

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj