Tematem rozmowy były wątpliwości dotyczące oświadczeń majątkowych prezesa Najwyższej Izby Kontroli.

- Bardzo wysoko oceniam polskie służby specjalne. Uważam, że robią bardzo dobrą robotę i na odcinku zewnętrznym, i na odcinku wewnętrznym - powiedział w programie "Kropka nad i" Czarnecki.

Dodał, że procedury sprawdzające zostały podjęte wobec jeszcze wiceministra, potem ministra, a potem prezesa NIK-u już kilka miesięcy temu.

Z kolei Arłukowicz stwierdził, że "jest taki obrazek, kiedy Marian Banaś jest wybierany na szefa NIK, a koordynatorzy służb mu gratulują".

Czarnecki pytany o kontakty Mariana Banasia z gangsterami, odpowiedział, że "na temat kontaktów z gangsterami nic mu nie wiadomo".

- Jak rozumiem, pan minister Banaś nie ma rentgena w oczach i nie wie, czy osoba, która od niego wynajmuje dom jest gangsterem - powiedział. Dodał, że nie musiał wiedzieć, że człowiek, któremu wynajmuje dom ma takie czy inne kontakty, z takim czy innym światem, a wynajmowanie pokoi na godziny nie musi się wiązać z działalnością sutenerską.

- Człowiek ostrzyżony na łyso, z licznym sygnetami i łańcuchami na szyi mówi do szefa Najwyższej Izby Kontroli (do telefonu - przyp. red.): "no cześć, jakiś facet przyszedł upierdliwy z telewizji". Chce mi pan powiedzieć, że oni się nie znają? - odpowiedział mu Arłukowicz.

Stwierdził, że "nie trzeba oglądać +Chłopców z ferajny+, żeby wiedzieć, z jakiej ferajny ten człowiek pokazywany z telewizji jest"

Dodał, że zagrożeniem dla państwa są "relacje prezesa NIK z ludźmi ze sfer przestępczych”.

To powinna być dymisja w trzy sekundy – stwierdził.

Czarnecki stwierdził z kolei, że Arłukowicz zbyt surowo ocenia Banasia. - Być może przedwcześnie, to się okaże, ale on nie sprawuje funkcji prezesa NIK, bo poszedł na urlop. Szef waszego klubu dalej tę funkcję sprawuje – powiedział Czarnecki.

Proszę milczeć! – rzucił Arłukowicz.

Pan tak powiedział? Co za język – ripostował poseł PiS.

W sobotę "Superwizjer" podał, że Marian Banaś wpisał do swojego oświadczenia majątkowego kamienicę na krakowskim Podgórzu, gdzie mieści się hotel wynajmujący pokoje na godziny. Dziennikarze TVN, udając klientów, sprawdzili, jak działa ten biznes. Kiedy płacili, nie zostali poproszeni o okazanie dokumentów, nie otrzymali też paragonów, a wpłat nie zaksięgowano w kasie fiskalnej.

W trakcie kręcenia reportażu dziennikarz "Superwizjera" Bertold Kittel trafił w hotelu na jednego z powiązanych z sutenerstwem braci K. Zdenerwowany mężczyzna najpierw próbował wyrwać reportowi telefon, a potem oświadczył, że "zadzwoni do Banasia". Twierdził, że rozmawiał z szefem NIK, który zażądał, by dziennikarze opuścili lokal. Jednocześnie Centralne Biuro Antykorupcyjne poinformowało, że od 16 kwietnia prowadzi kontrolę oświadczeń majątkowych Mariana Banasia.

Po emisji reportażu Banaś wydał oświadczenie, że nie jest już właścicielem kamienicy a we wtorek udał się na urlop.