Drukowana wersja poranna "Financial Times" - nic o ugodzie, "Wall Street Journal" - nic, gazety portugalskie poza Lizboną - nic. Ten dzień był triumfem mediów elektronicznych i portali, a jednocześnie triumfem zjednoczeniowej idei. Nowy eurotraktat z podpisami 27 przywódców, w tym Lecha Kaczyńskiego, ma bowiem zastąpić zaśniedziały już traktat z Nicei i uczynić Europę nowocześniejszą. A zarazem - paradoksalnie - mniej przejrzystą.
Noc spełnionych marzeń
Była to noc spełnionych marzeń. Każdy dostał, co chciał - przynajmniej w jakimś stopniu. Portugalia - traktat lizboński, Bułgaria - "ewro" pisane cyrylicą, Austria - pięcioletnią karencję na wyznaczanie kwoty zagranicznych studentów na swoich uniwersytetach, Włochy - dodatkowe jedno miejsce w Parlamencie Europejskim, Polska - mechanizm blokujący z Joaniny, choć w pokrętnej formie.
Czy kilka popołudniowych i nocnych godzin rokowań uczyniło te cuda? Nie do końca. Kontrowersje - łącznie z budzącą jeszcze w czwartek największe emocje Joaniną - były bowiem drugorzędnymi przeszkodami. Spór o nie odwracał uwagę od sprawy zasadniczej - w gruncie rzeczy w Lizbonie przyjęto bez zmian uzgodniony już w czerwcu w Brukseli projekt traktatu.
Politycy wracający z Lizbony będą teraz interpretować porozumienie zgodnie z zapotrzebowaniem politycznym w swoich krajach. Premier Wielkiej Brytanii Gordon Brown już dowodził, że to akt w niczym nieograniczający suwerenności Wielkiej Brytanii, który nie wymaga potwierdzenia w referendum, czego domaga się opozycja i część Partii Pracy. Kanclerz Niemiec Angela Merkel z kolei podkreśla, że traktat lizboński jest kamieniem milowym w budowie zjednoczonej Europy, a prezydent Lech Kaczyński głosi, że polskie interesy w UE zostały na trwałe zabezpieczone.
To jednak konstytucja
Najbliższa prawdy jest Angela Merkel. Traktat bowiem bocznymi drzwiami prowadza wszystkie najważniejsze rozwiązania odrzuconej przez referenda we Francji i Holandii tzw. konstytucji europejskiej. To wciąż ona, tylko pozbawiona ozdobników. Nie ma już wspólnej flagi i hymnu, prezydenta Unii oraz ministra spraw zagranicznych. Jest za to przewodniczący Rady UE i wysoki przedstawiciel ds. zagranicznych, czyli prezydent i minister pod innymi nazwami. To potężne narzędzia, umiejętnie wykorzystane wzmocnią Unię kosztem kompetencji państw członkowskich. Pozostał ułatwiony system podejmowania decyzji, tzw. zasada podwójnej większości.
Przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso mówił w Lizbonie wprost: "Potrzebujemy silnych instrumentów do uprawiania europejskiej polityki, właśnie je dostaliśmy. Od dziś zaczynamy reformować Unię i jej instytucje".
Drugi dzień szczytu zarysował cele tej nowej Unii. "Traktat daje nam silniejszą pozycję w kontaktach z Rosją, Chinami i Indiami, poprawia szanse na rozwój ekonomiczny. Unia będzie teraz dążyć do objęcia przywództwa w procesie globalizacji" - mówił wczoraj premier Portugalii Jose Socrates.
Unia wyłaniająca się z traktatu to twór spójniejszy politycznie, mniej tolerancyjny wobec narodowych aberracji, o zdecydowanie silniejszej pozycji na świecie, który może przemówić mocnym głosem na arenie międzynarodowej, a nawet stawić czoła rosnącym aspiracjom Rosji oraz krajów azjatyckich.
Nad tą świetlaną niemal wizją wiszą jednak czarne chmury. Traktat trzeba jeszcze ratyfikować, w jaki sposób się to stanie, zależy już od państw członkowskich. Wystarczy, że jeden z dużych krajów UE zdecyduje się na referendum, nie zaś drogę parlamentarną, a dokument przepadnie w głosowaniu i koniec z reformą. To paradoks, a jednocześnie bolączka nowej Unii. Niczego nie boi się ona równie panicznie jak jednego: woli własnych obywateli.
Duff: Unia będzie działała skuteczniej
Jędrzej Bielecki: Uzgodnienie przyjętego właśnie traktatu zajęło aż 10 lat. Czemu tak długo?
Andrew Duff: Stawka była ogromna - chodzi o nowy podział władzy w Unii. Krajami wygranymi nowego traktatu są te, które mają najwięcej mieszkańców. Małe państwa tylko dlatego przystały na zmiany, że zrozumiały, iż także na nich skorzystają. Tylko dzięki tym zmianom Unia będzie mogła działać sprawnie, zaistnieje w polityce światowej, a przecież to małe kraje najbardziej tego potrzebują. Dziś ich głos jest zupełnie niesłyszalny w globalnym świecie - mają wpływ na coraz mniej spraw.
Traktat powołuje przewodniczącego Rady UE czy przedstawiciela ds. zagranicznych Unii. Chyba nieco na wyrost - w Europie myślimy raczej w kategoriach narodowych, a nie europejskich.
Nie jest tak źle. Lizboński szczyt przebiegł nadzwyczaj gładko, ustaliliśmy kompromisy, które służą wszystkim. Poczuliśmy się odpowiedzialni za Europę. Jaki to kontrast z grudniem 2000 roku, gdy traktat z Nicei przyjęliśmy dopiero po trzech dniach morderczych rokowań. Kandydaci na nowe stanowiska są poszukiwani wśród najwybitniejszych polityków Europy, to najlepiej świadczy o tym, że nie będą to funkcje malowane.
Projekt europejskiej konstytucji trzy lata temu też był ogłoszony w świetle jupiterów, ale rok później odrzucili go Francuzi i Holendrzy. Czemu tym razem ma być inaczej?
Teraz także istnieje ryzyko. Nacjonaliści trzymają się wciąż mocno. Gordon Brown musi szybko przekonać Brytyjczyków o sukcesach Europy, bo inaczej zostanie zmuszony do rozpisania referendum i wszystko może się powtórzyć. Ale w innych krajach nie widzę takiego niebezpieczeństwa. Premier Holandii i prezydent Francji zapewnili nas: nie będzie kolejnego referendum. To wielka ulga.
Do ostatniej chwili przed zawarciem kompromisu wszyscy obawiali się, że także polski prezydent zawetuje traktat.
Lech Kaczyński zasługuje na pochwałę i wdzięczność. Prowadził rokowania szczerze, od początku mówił jasno, czego się domaga. A w decydującym momencie przystał na traktat, który przecież wprowadza daleko idące zmiany w Unii. Na kilka dni przed wyborami było to dla niego szczególnie trudne.
*Andrew Duff jest przedstawicielem Parlamentu Europejskiego na szczycie lizbońskim.