"Prezes Kaczyński zadeklarował, że podaje się do dymisji. I zapowiedział, że na grudniowym kongresie będzie się starał o ponowne objęcie przywództwa w PiS" -
oświadczył dziennikowi.pl Marek Suski, poseł Prawa i Sprawiedliwości. Poseł wyjaśnił, że Kaczyński powiedział o tym wczoraj wieczorem na zamkniętym posiedzeniu klubu.
Informacja ta była tak zaskakująca, że nawet rzecznik rządu, Jan Dziedziczak, poproszony przez TVN24 o "gorący" komentarz, odpowiedział, że to niemożliwe.
"Kiedy Donald Tusk przegrał wybory dwa lata temu, nie umiał zdobyć się na odejście i poddanie się weryfikacji działaczom partii. Premier Kaczyński wychodzi z innego założenia, bo
ma inne zasady. Dlatego po przegranej podda się partyjnej ocenie na kongresie" - tłumaczył dalej pewny siebie poseł Suski.
Ale gdy jego wypowiedź opublikowaliśmy, posłowie PiS zaczęli to gorączkowo dementować. Chyba najdosadniej określił to sekretarz generalny PiS, Joachim Brudziński, który poproszony przez PAP
o komentarz, odpowiedział: "To bzdura". I zapewnił, że "nie ma żadnej chęci i woli" ze strony Kaczyńskiego rezygnacji z funkcji prezesa partii.
"Premier zapowiedział, że jeszcze w tym roku odbędzie się kongres partii, a on jako jej szef będzie tam podlegał ocenie" - tłumaczył z kolei dziennikowi.pl marszałek
Krzysztof Putra. Jego zdaniem, Jarosław Kaczyński ma jednak tak mocną pozycję w partii, że "z kongresu wyjdzie jeszcze bardziej wzmocniony".
W końcu Suski sam wycofał swoje słowa, tłumacząc się, że "widocznie źle zrozumiał dyskusję podczas posiedzenia klubu PiS".
Jeszcze przed wyborami premier Kaczyński obiecywał, że jeśli PiS nie zdobędzie 280 mandatów w Sejmie, to zrezygnuje z funkcji prezesa swojej partii. PiS zdobył jedynie 166 mandatów. Dziś
rzecznik rządu tłumaczy, że był to żart.