Stanisława Glinnik i Bażena Szamowicz, mieszkające obecnie w stolicy rozpoczęły głodówkę przed przedstawicielstwem Komisji Europejskiej w Warszawie. Jak mówią, doceniają dotychczasowe działania Unii Europejskiej, jednak ich zdaniem potrzeba znacznie więcej. Dziewczyny maja ze sobą m.in. śpiwory, namiot, wodę. Na budynku KE są takie plansze z hasłami jak "Wolna Białoruś" czy "Głodujemy dla wsparcia Białorusinów".

Reklama

To nie była nasza decyzja, to była decyzją czasów, w których żyjemy. (…) Sądzono studentów, zablokowano niezależne media (portal Tut.By). W niedzielę porwano samolot, a z niego Ramana Pratasiewicza i jego dziewczynę – mówiła Bażena Szamowicz, studentka Akademii Teatralnej w Warszawie, pytana dlaczego zdecydowała się na taki krok.

Jak opowiadała, spotkała Stanisławę Glinnik podczas protestu obok PKiN na innym proteście przeciw reżimowi Łukaszenki. Dziewczyna powiedziała jej wtedy, że nie wie, jak ma reagować na to, co się dzieje w ich kraju i chyba będzie uczestniczyć w strajku głodowym. Nie będziesz szła sama. Jestem z tobą. Będziemy razem – powiedziała jej wtedy Bażena.

Dziewczyny zdecydowały na taką formę protestu - bo jak tłumaczą - chcą zwrócić uwagę na Białoruś, która zniknęła z mediów aż do tej niedzieli, kiedy porwano samolot. Bażena przypomniała, że temat Białorusi jest obecny w mediach tylko od czasu do czasu, a w jej kraju przecież cały czas trwają ostre represje i dużo ludzi z tego powodu musiało też wyjechać. Jeśli Europa nie zwraca uwagi na to, co mówimy, to będziemy wybierać inną formę protestu i jest nim teraz strajk głodowy – mówiła. Jak dodała, wydaje jej się, że to działa, gdyż po budynkiem Komisji pojawiło się dziś dużo mediów zainteresowanych tematem Białorusi.

Stanisława Glinnik, mieszkanka Warszawy od ośmiu lat, a wcześniej także studentka, dodała do tego, że ich celem jest to, aby UE wprowadziła sankcje gospodarcze przeciwko reżimowi Łukaszenki. Rozumiemy, że jest biznes między Europą a Białorusią, bo jest ona drugim po Rosji partnerem gospodarczym Białorusi" – wyjaśniła. Jak mówiła, nie chodzi o prywatne przedsiębiorstwa, ale o to, żeby nie robić biznesu z firmami państwowymi na Białorusi. "Jeśli Łukaszence zabraknie pieniędzy, to odejdą od niego m.in. OMON i inne kupione przez niego służby – wskazała. Białorusinka mówiła też o tym, że teraz sytuacja w jej kraju jest straszna – ludzie znikają z ulic, są skazywani na wieloletnie wyroki więzienia.

"Cichy protest"

Mimo tego - jak podkreślała - cały czas trwa tam "cichy protest" - ludzie potajemnie się spotykają, rozmawiają w internecie, rysują graffiti. To nie jest tak, że ludzie powiedzieli - tak jest okay, będziemy tak żyli. Nie, po prostu jest strasznie niebezpiecznie wychodzić na ulicę, dlatego ludzie szukają innej formy protestu - wytłumaczyła. Protest jest na razie bezterminowy.

W poniedziałek przywódcy UE na szczycie w Brukseli zdecydowali o nałożeniu kolejnych sankcji na przedstawicieli reżimu białoruskiego, jak również sankcji gospodarczych na ten wschodnioeuropejski kraj. Unijna przestrzeń powietrzna ma zostać zamknięta dla białoruskich linii lotniczych. Decyzje te były reakcję na porwanie przez ten kraj samolotu relacji Ateny - Wilno linii Ryanair.

Samolot relacji Ateny-Wilno linii Ryanair został zmuszony do lądowania w Mińsku w niedzielę z powodu rzekomego ładunku wybuchowego na pokładzie. Władze Białorusi potwierdziły, że poderwały myśliwiec MiG-29 do pasażerskiej maszyny. Po lądowaniu w stolicy Białorusi zatrzymano tam Ramana Pratasiewicza, byłego współredaktora kanału Nexta, uznanego przez władze białoruskie za "ekstremistyczny".

Z ponad ośmiogodzinnym opóźnieniem w niedzielę wieczorem samolot dotarł do Wilna. Oprócz Pratasiewicza na pokładzie nie było także jego partnerki i – według białoruskiego opozycjonisty Pawła Łatuszki – jeszcze czterech innych osób. Działania Białorusi potępiło w niedzielę wiele państw, w tym Polska, zarzucając władzom w Mińsku złamanie prawa międzynarodowego, piractwo, "terroryzm państwowy" i "porwanie samolotu".