Zamachy, porwania i strzelaniny są w Turcji na porządku dziennym. Wojnę rządowi w Ankarze wypowiedzieli nie tylko bandyci z Al-Kaidy, ale także kurdyjscy separatyści. Często też bepardonowo walczą ze sobą gangsterzy. Ale, o dziwo, Turcję wciąż chętnie odwiedzają turyści.
Wojna z terrorystami trwa w Turcji od kilkudziesięciu lat. Najpierw za rząd postanowili zabrać się islamiści. Według nich, świeckie państwo na gruzach islamskiego
kalifatu obrażało Allaha.
Potem było już tylko gorzej. W latach 80. walkę o niepodległość rozpoczęli Kurdowie. Uznali, że nie są w stanie pokojowo walczyć o oderwanie Kurdystanu od Turcji. Nie tylko atakowali więc wojsko, ale także cywili.
Porwania czy strzelaniny stały się dla Turków codziennością. W 2002 r. Unia Europejska uznała największą kurdyjską organizację, Kurdyjską Partię Pracy, za terrorystów i zamroziła jej konta. Ale to tylko zwiększyło ich wściekłość. Ostatni duży zamach przeprowadzili latem 2005 r. Podłożyli bombę w turystycznym kurorcie Kusadasi. Zabili pięć osób i ranili 13. A w całej wojnie z Kurdami zginęło już 37 tys. ludzi.
Kurdowie nie są jedynym problemem Ankary. Na celownik Turcję wzięła Al-Kaida. Dla islamskich fanatyków to kraj obrażający islam. Turcja nie tylko współpracuje przecież z Amerykanami, czy jest członkiem NATO, ale także uznaje Izrael. Mało tego, oba kraje prowadzą wspólne ćwiczenia wojskowe.
Ludzie Bin Ladena pokazali więc, na co ich stać. 15 listopada 2003 r. najpierw wysadzili dwie synagogi, a pięć dni później bomba-pułapka wybuchła przed brytyjskim konsulatem. Zginęło ponad 50 osób, a 400 zostało ciężko rannych. Po tym ataku Turcja zrezygnowała z wysłania wojska do Iraku.
Do tego dochodzą wojny gangów. Przez Turcję przetacza się znaczna część światowego przemytu. Od narkotyków, przez broń, po ludzi. Handlarze walczą między sobą i ze specsłużbami. Jak celnika nie da się przekupić, to się go wysadza w powietrze.
Jednak groźba zamachów nie odstrasza turystów. Ciepłe morze, piękne plaże i starożytne ruiny wciąż przyciągają gości z wielu krajów świata.
Potem było już tylko gorzej. W latach 80. walkę o niepodległość rozpoczęli Kurdowie. Uznali, że nie są w stanie pokojowo walczyć o oderwanie Kurdystanu od Turcji. Nie tylko atakowali więc wojsko, ale także cywili.
Porwania czy strzelaniny stały się dla Turków codziennością. W 2002 r. Unia Europejska uznała największą kurdyjską organizację, Kurdyjską Partię Pracy, za terrorystów i zamroziła jej konta. Ale to tylko zwiększyło ich wściekłość. Ostatni duży zamach przeprowadzili latem 2005 r. Podłożyli bombę w turystycznym kurorcie Kusadasi. Zabili pięć osób i ranili 13. A w całej wojnie z Kurdami zginęło już 37 tys. ludzi.
Kurdowie nie są jedynym problemem Ankary. Na celownik Turcję wzięła Al-Kaida. Dla islamskich fanatyków to kraj obrażający islam. Turcja nie tylko współpracuje przecież z Amerykanami, czy jest członkiem NATO, ale także uznaje Izrael. Mało tego, oba kraje prowadzą wspólne ćwiczenia wojskowe.
Ludzie Bin Ladena pokazali więc, na co ich stać. 15 listopada 2003 r. najpierw wysadzili dwie synagogi, a pięć dni później bomba-pułapka wybuchła przed brytyjskim konsulatem. Zginęło ponad 50 osób, a 400 zostało ciężko rannych. Po tym ataku Turcja zrezygnowała z wysłania wojska do Iraku.
Do tego dochodzą wojny gangów. Przez Turcję przetacza się znaczna część światowego przemytu. Od narkotyków, przez broń, po ludzi. Handlarze walczą między sobą i ze specsłużbami. Jak celnika nie da się przekupić, to się go wysadza w powietrze.
Jednak groźba zamachów nie odstrasza turystów. Ciepłe morze, piękne plaże i starożytne ruiny wciąż przyciągają gości z wielu krajów świata.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|