Prawdziwy koszmar! Krew spływała po ścianach wagonów metra, które zniszczyli bombami zamachowcy-samobójcy. W ciągu godziny życie straciły 52 osoby, w tym 4 terrorystów. Do szpitali trafiło 700 osób, wiele z ciężkimi ranami, bez rąk, nóg. Wśród ofiar w metrze znalazły się trzy Polki. Jeszcze jedna była w autobusie, ale cudem ocalała. Rok później wracają wspomnienia, a z nimi świadomość ogromu tragedii.
"To dziwne, ale dopiero od kilku dni, gdy wszystkie gazety zaczęły pisać o wybuchach, i znów pokazują zdjęcia ofiar i mówią, że to się może powtórzyć, to
wszystko to dochodzi do mnie" opowiada dziennikowi.pl Małgorzata Majewska. Cztery fotele za nią siedział morderca z tykającą bombą. Podmuch eksplozji wyrzucił ją w powietrze razem z
siedzeniem autobusu. "To musiał być cud" wspomina tamten dzień, gdy pomogając koleżance wzięła jej zmianę w pubie. Do tego uciekł jej autobus, którym zwykle jeździ do pracy i wsiadła do
następnego. Z niego trafiła jednak do szpitala. Na szczęście tylko na kilka dni.
"Nie wiemy, jak to możliwe, ale ona była tylko trochę poobijana" jeszcze po roku tata Małgosi nie może wyjść ze zdumienia, jak niewiele brakowało, by nie miał córki. "Przyjechaliśmy do niej do szpitala, ale właśnie ją wypuścili, więc razem mogliśmy pojechać do jej mieszkania i tam przytulić" - Marian Majewski już spokojnie może wspominać pobyt w Londynie. "Żona jeszcze przez wiele dni chodziła z mokrymi oczami, ja byłem twardy". Wie, że czuwała nad nimi Opatrzność. Mądra dziewczyna nie chce jednak ryzykować i do starej pracy chodzi już na piechotę, podobnie na uniwerek.
Niedawno skończyła sesję i na wakacje wybrała się do rodzinnej Brodnicy. Tu odżyły wspomnienia strasznych chwil. "Wcześniej traktowałam to dość lekko, nie przejmowałam się za bardzo, ale ostatnie dni wszystko przypomniały" - mówi dziennikowi.pl Małgosia Majewska. Dzisiaj, w rok po zamachach, cały dzień spędzi w pracy, dopiero później pójdzie na spacer po mieście. "Chciałabym położyć kwiaty tam, gdzie zginęli ci wszyscy ludzie, życie toczy się dalej, ale i tak powinniśmy o nich pamiętać".
"Nie wiemy, jak to możliwe, ale ona była tylko trochę poobijana" jeszcze po roku tata Małgosi nie może wyjść ze zdumienia, jak niewiele brakowało, by nie miał córki. "Przyjechaliśmy do niej do szpitala, ale właśnie ją wypuścili, więc razem mogliśmy pojechać do jej mieszkania i tam przytulić" - Marian Majewski już spokojnie może wspominać pobyt w Londynie. "Żona jeszcze przez wiele dni chodziła z mokrymi oczami, ja byłem twardy". Wie, że czuwała nad nimi Opatrzność. Mądra dziewczyna nie chce jednak ryzykować i do starej pracy chodzi już na piechotę, podobnie na uniwerek.
Niedawno skończyła sesję i na wakacje wybrała się do rodzinnej Brodnicy. Tu odżyły wspomnienia strasznych chwil. "Wcześniej traktowałam to dość lekko, nie przejmowałam się za bardzo, ale ostatnie dni wszystko przypomniały" - mówi dziennikowi.pl Małgosia Majewska. Dzisiaj, w rok po zamachach, cały dzień spędzi w pracy, dopiero później pójdzie na spacer po mieście. "Chciałabym położyć kwiaty tam, gdzie zginęli ci wszyscy ludzie, życie toczy się dalej, ale i tak powinniśmy o nich pamiętać".
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|