Cztery minuty. Tyle zabrakło, by miasto Fogarasz w Rumunii zniknęło z powierzchni ziemi. Razem z mieszkańcami. Bo elektrownia wyłączyła prąd fabryce materiałów wybuchowych. Bez chłodzenia cała produkcja zaczęła się prawie gotować. Na szczęście chwilę przed eksplozją prąd powrócił.
Wyobraźni rumuńscy energetycy nie mają za grosz. Dlaczego? Przerwa w dostawie energii nie była awarią, tylko elektrownia celowo ukarała zakłady chemiczne, bo przekroczyły pobór mocy. A przekroczyły, bo musiały chłodzić wyprodukowany proch strzelniczy i silnie wybuchową nitroglicerynę.
Prądu zabrakło na sześć minut. Do przekroczenia temperatury krytycznej, po której nastąpiłby samozapłon materiałów wybuchowych, brakowało tylko czterech minut. Wybuch zmiótłby z
powierzchni ziemi całe miasto.
Przedstawiciele fabryki, w której nie ma awaryjnego zasilania, twierdzą, że nie zostali ostrzeżeni o przerwie w dostawie prądu. Przed 12 laty w zakładzie doszło już z tego powodu do
eksplozji, w której zginęło kilkanaście osób.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|