Informacji o karze śmierci wyczekiwały niecierpliwie przede wszystkim władze USA. Pierwszy zareagował Zalmay Khalilzad, amerykański ambasador w Bagdadzie. "To kamień milowy na drodze Iraku do wolności i rządów prawa". Ale Khalilzad uważa, że teraz zamachy niemal na pewno przybiorą na sile, a to oznacza, że ginąć będzie więcej amerykańskich żołnierzy. Z drugiej strony ogłoszenie wyroku zbiegło się w czasie z wyborami do Kongresu. Administracja prezydenta Georga Busha może więc teraz zyskać w sondażach.
Jak rzadko, z Amerykanami zgadzają sie też Irańczycy, których Saddam był odwiecznym wrogiem. Szef irańskiego MSZ Mohammad Ali Hosseini powiedział z przekąsem, że kara śmierci jest najmniejszą, jaka mogła spotkać znienawidzonego dyktatora. Ma też nadzieję, że nadal będą badane szczegóły zbrodni, jakich Irakijczycy dopuszczali się w trakcie ośmioletniej wojny Iraku z Iranem, która skończyła się w 1988 r.
Brytyjska minister spraw zagranicznych Margaret Becket wydała krótkie oświadczenie, w którym z zadowoleniem przyjęła werdykt sądu w Bagdadzie. "Potworne zbrodnie popełnione przez
reżim Saddama Husajna zasługują na wyrok wydany przez iracki sąd. Stoją za nim twarde dowody zbrodni". Wszystkich zaskoczyło to, że nie wystąpiła przeciwko karze śmierci.
Ale krytyczne wobec amerykańskiej inwazji na Irak brytyjskie media stawiają retoryczne pytania o niezawisłość sądu. Z kolei francuskie media liczą na nową przyszłość dla Iraku już bez
Husajna. Zdaniem wielu specjalistów głowa Saddama była ceną za zmianę nastawienia Irakijczyków do okupacji.
Bardziej powściągliwi są sami Irakijczycy. Prezydent Jalal Talabani odmówił komentarza, bo uważa, że mogłoby to być uznane za próbę wpływu na sąd apelacyjny. Ale rzecznik premiera Iraku już bez ogródek stwierdził: "To minimum tego, na co Saddam zasłużył, biorąc pod uwagę rozmiar jego zbrodni. Inna kara nie była możliwa."