Mieszkańcy miasteczka Danvers smacznie spali, gdy nocną ciszę przerwał potworny wybuch. Fala uderzeniowa wytłukła okna i zerwała dachy z domów. "To było jak strefa wojny" - opowiada szef straży pożarnej James P. Tutko.
Przerażeni mieszkańcy myśleli, że to atak terrorystyczny. Zamknęli się w piwnicach, drżąc z przerażenia. Do akcji od razu wkroczyła policja. Funkcjonariusze pukali od drzwi do drzwi, sprawdzając, czy wszyscy żyją i uspokajając ludzi, że to nie Al-Kaida. O dziwo, tylko kilka osób było lekko rannych.
Strażacy robili wszystko, by szalejący ogień nie przeniósł się na zbiorniki propanu niedaleko zakładu, który ten gaz przechowuje. Na szczęście udało się. Żywioł opanowali, choć do tragedii było zaledwie kilkanaście metrów.
Teraz po miasteczku krążą inspektorzy środowiskowi. Sprawdzają, czy powietrze, ziemia i woda nie są zatrute. Na razie mówią, że nie ma skażenia.