W książce były prezydent porównał izraelską politykę wobec Palestyny do apartheidu w Republice Południowej Afryki. Środowiska żydowskie na całym świecie nie kryją swojego oburzenia.
Opublikowana trzy tygodnie temu książka: "Palestyna: pokój, nie apartheid" jest dziś bestselerem w Stanach Zjednoczonych. Były prezydent opisuje w niej wzloty i upadki bliskowschodniego procesu pokojowego i choć ocenia, że winę za jego fiasko ponoszą zarówno Izrael, Palestyńczycy jak i Stany Zjednoczone, to jednocześnie ostro krytykuje politykę izraelską. Zdaniem Cartera główną przeszkodą dla trwałego porozumienia pokojowego była stała kolonizacja palestyńskiej ziemi przez Izrael. Termin "apartheid", opisujący dawną segregację rasową w Republice Południowej Afryki, jest odpowiedni także dla nazwania postępowania Izraela, który zagarnia ziemię na palestyńskich terytoriach poprzez rozbudowę żydowskich osiedli oraz odgradzanie ich murem – uważa były prezydent USA.
Te uwagi rozpętały w Ameryce prawdziwą burzę. Centrum Szymona Wiesenthala w Los Angeles oświadczyło, że „były prezydent odrzucił obiektywizm i bez skrupułów zachowuje się jak rzecznik sprawy palestyńskiej”. Zaś szef Komitetu Żydów Amerykańskich David Harris zarzucił Carterowi rewidowanie historii, przepraszanie Palestyńczyków za ich straszny los, a zarazem ignorowanie usprawiedliwionych obaw Izraelczyków o własne bezpieczeństwo.
"Prezydent Carter nigdy nie był wielkim przyjacielem Izraela. Jego oceny zawsze stały w pewnej sprzeczności z interesami izraelskimi, a teraz, gdy już nie jest prezydentem swobodnie je wygłasza. Na szczęście ani obecny prezydent USA, ani żaden następny nie będzie identyfikował się z tymi ocenami" – mówi DZIENNIKOWI izraelski politolog Zaki Shalom z Uniwersytetu Ben Guriona w Tel Awiwie.