Takiej afery w Rosji dawno nie było. Po publikacji materiału, z którego wynikało, że prezydent Dmitrij Miedwiediew podpisał ustawę o "regułach zachowania się w miejscach publicznych" wielu Rosjan, a zwłaszcza Rosjanek, nie kryło oburzenia. Z medialnych doniesień wynikało, że nowe przepisy zakazują kobietom nie tylko noszenia spódniczek krótszych niż 40 cm, ale też noszenia spodni "biodrówek", balerinek oraz sandałów.

Zabronione miały by być również głębokie dekolty. Co ciekawe ten przepis miał dotyczyć tylko pań o okazałym biuście - ustawodawca nie sprecyzował jego rozmiaru. Ustawa miała być obwarowana bardzo surowymi karami. Jeśli ktoś nie zastosuje się do nowych przepisów musiałby się liczyć  z karą w wysokości nawet czterech tysięcy dolarów (ok. 12 tysięcy złotych).

Informację o kuriozalnym przepisie przedrukowała dzisiejsza "Rzeczpospolita". Sęk w tym, że to był tylko żart internautów, którzy chcieli w ten sposób zakpić z Wsiewołoda Czaplina, kierującego w Patriarchacie Moskiewskim wydziałem zajmującym się relacjami Cerkwi ze społeczeństwem.  Czaplin ubolewał, że "kobieta nie może przychodzić ubrana do biura jak prostytutka". Te słowa oburzyły internautów, którzy stworzyli artykuł o nowym, absurdalnym prawie.

W tekst uwierzyła nie tylko polska gazeta, ale też wielu Rosjan. Artykuł wywołał też sporo protestów i po raz kolejny podniósł dyskusję o prawach człowieka.