Rosnące znaczenie norweskiej Polonii dostrzegają miejscowi politycy, którzy o głosy przed poniedziałkowymi wyborami lokalnymi zabiegają m.in. w mediach polonijnych. W żadnym kraju stanowiącym znaczący ośrodek polskiej emigracji odsetek naszych rodaków w całkowitej liczbie mieszkańców nie jest tak wysoki jak w tym skandynawskim królestwie. Według danych lokalnego urzędu statystycznego pod koniec 2014 r. w krainie fiordów mieszkało ponad 90 tys. Polaków, co stanowi 2 proc. populacji Norwegii.
– mówi Joanna Irzabek z portalu MojaNorwegia.pl. Pod koniec sierpnia Erlend Kjarnsrod z Chrześcijańskiej Partii Ludowej (KrF) zapewniał na łamach Mojej Norwegii, że Polacy stali się ważną częścią norweskiego społeczeństwa i mogą żądać dokładnie takich samych warunków jak tubylcy. Motyw przewodni kampanii KrF jest jednak dla Polaków dość kłopotliwy. Ludowcy obiecują walkę z pracą na czarno. Jeśli zrobią to skutecznie, wielu imigrantów, w tym Polaków, straci zatrudnienie.
Równe warunki pracy i płacy dla imigrantów i Norwegów obiecują także socjaldemokraci z Partii Pracy, którym sondaże wróżą zwycięstwo z wynikiem 34 proc. Politycy z tego ugrupowania proponują też więcej bezpłatnych przedszkoli i umowy taryfowe we wszystkich branżach. – uważa Joanna Irzabek.
O próbie ocieplenia stosunków konserwatystów z Polonią może świadczyć neutralna wobec polskich imigrantów kampania Partii Postępu (FrP). W ostatnich latach FrP wielokrotnie uderzała w polskie środowiska, m.in. oskarżając naszych rodaków o masowy eksport zasiłków za granicę (co obaliły oficjalne statystyki) i twierdząc, że polskie rodziny zbyt silnie obciążają norweskie służby publiczne. Przed tegoroczną kampanią FrP przestała wspominać o Polakach, a za cel obrała przybyszów z krajów muzułmańskich. Kilka tygodni temu do sieci trafił film, w którym jeden z polityków ugrupowania parodiował wyznawców islamu. Antymuzułmańska ofensywa Partii Postępu szybko negatywnie odbiła się na sondażach. W sierpniowym badaniu przeprowadzonym w Oslo FrP mogło liczyć na zaledwie 5 proc. poparcia. To trzy razy mniej niż w wyborach parlamentarnych w 2013 r.
W ocenie Joanny Irzabek tegoroczna aktywna kampania może przełamać obojętną postawę polskich imigrantów, którzy dotychczas niechętnie wybierali się do urn wyborczych. W 2011 r. ze swojego prawa skorzystało 8 proc. Polaków (i 64,5 proc. Norwegów). W przyszłotygodniowym głosowaniu czynne prawo wyborcze będzie przysługiwało 56 tys. Polaków wśród 4 mln głosujących ogółem. To najwięcej spośród wszystkich grup obcokrajowców (18 proc. wszystkich imigrantów uprawnionych do głosowania). W najbliższy poniedziałek do urn mogą przy tym pójść wyłącznie ci Polacy, którzy otrzymali status rezydenta nie później niż trzy lata temu. Trzyletni okres przejściowy różni nas i pozostałych imigrantów od obywateli z pozostałych państw nordyckich, którym wystarcza niespełna trzymiesięczny status rezydenta (najliczniejszą grupę stanowią tutaj Szwedzi z 40 tys. obywateli).