W niedzielę porozumienie przyjęła unijna "27". Zapisane w umowie gwarancje wejdą jednak w życie dopiero wówczas, gdy zostanie ona ratyfikowana przez brytyjski parlament oraz Parlament Europejski. Powinno do tego dojść przed 29 marca 2019 roku, kiedy upływa dwuletni okres negocjacji w sprawie opuszczenia Wspólnoty przez Wielką Brytanię.

- Ta izba będzie musiała dokonać wyboru. Możemy poprzeć tę umowę (...) lub izba może wybrać jej odrzucenie i poszukiwanie nowego kierunku działania - mówiła premier w parlamencie.

Ostrzegła jednocześnie, że "nikt nie wie, co się wydarzy, jeśli porozumienie nie zostanie przyjęte (przez deputowanych)". - Może otworzyć to drzwi do dalszych podziałów i jeszcze większej niepewności, z całym ryzykiem, jakie to za sobą pociągnie - oznajmiła szefowa rządu.

May stara się obronić umowę, wobec której sprzeciw zapowiedziała m.in. wspierająca jej mniejszościowy rząd północnoirlandzka Demokratyczna Partia Unionistów, a także ponad 80 eurosceptycznych posłów rządzącej Partii Konserwatywnej.

- Uważam, że nasz interes narodowy jest jasny. Brytyjscy obywatele chcą, byśmy pozostali przy umowie, która honoruje referendum (z 2016 roku, w którym Brytyjczycy zagłosowali za Brexitem) i to pozwoli nam na ponowne zjednoczenie w naszym kraju - mówiła szefowa rządu, podkreślając, że poparcie porozumienia to obowiązek deputowanych wobec brytyjskich obywateli, którzy opowiedzieli się za wyjściem ze Wspólnoty.

Obowiązkiem parlamentu jest szczegółowe przeanalizowanie porozumienia, omówienie go, wysłuchanie wyborców i "zdecydowanie, co nas najbardziej interesuje" - mówiła May. Deputowanych przekonywała, że poparcie umowy oznacza "kontynuowanie budowy świetlanej przyszłości pełnej możliwości", a jej odrzucenie to "powrót do punktu wyjścia".

- Mogę powiedzieć Izbie z całkowitym przekonaniem, że jest to najlepsze możliwe porozumienie - oświadczyła przewodnicząca Partii Konserwatywnej, przypominając, że o tym europejscy przywódcy mówili na niedzielnym szczycie "bardzo wyraźnie".

Jednocześnie premier oceniła, że Hiszpanii "nie udało uzyskać się tego, co chciała w sprawie Gibraltaru", czyli zmiany treści art. 184 umowy. - Negocjacje dotyczące przyszłych relacji (Londynu z UE) brytyjski rząd będzie prowadził w imieniu całej rodziny Zjednoczonego Królestwa, także w imieniu Gibraltaru - podkreśliła.

Madryt, który rości sobie prawo do Gibraltaru będącego terytorium brytyjskim od roku 1713, domagał się dwustronnego porozumienia z Londynem dotyczącego Gibraltaru, grożąc przed niedzielnym szczytem zablokowaniem umowy o Brexicie. Rząd Pedro Sancheza podkreślał, że art. 184 nie daje Madrytowi żadnych gwarancji na indywidualną umowę hiszpańsko-brytyjską dotyczącą Gibraltaru.

W sobotę jednak hiszpański rząd poinformował, że nie ma już zastrzeżeń do porozumienia; "27", która poza umową w sprawie Brexitu przyjęła również deklarację polityczną o przyszłych relacjach Londyn-Bruksela, ustaliła, że ostatnie słowo we wszelkich sprawach dotyczących Gibraltaru w przyszłości będzie miała Hiszpania. Madryt uznał to rozwiązanie za swój sukces.

W odpowiedzi na skierowane do deputowanych oświadczenie May lider opozycyjnej Partii Pracy Jeremy Corbyn ocenił, że wynegocjowana przez premier umowa z UE to "akt narodowego samookaleczenia". - Izba ta nie ma innego wyboru, jak odrzucenie tego porozumienia - powiedział.

Dodał ponadto, że "zamiast grozić scenariuszem wyjścia z UE bez umowy, premier powinna przygotować plan B". Corbyn ocenił, że rząd mógłby renegocjować porozumienie i uzyskać "rozsądną" umowę, która uzyskałaby poparcie deputowanych.

Magazyn "Business Insider" podał w poniedziałek, że głosowanie w Izbie Gmin planowane jest na 11 grudnia.

Wielka Brytania powinna opuścić Unię Europejską 29 marca 2019 roku.