Kushner wylądował w Izraelu w środę, na kilka godzin przed decyzją Knesetu o samorozwiązaniu i rozpisaniu nowych wyborów na 17 września. Termin jego wizyty ogłoszony był jednak na długo przed wybuchem kryzysu politycznego w Izraelu.

Jej celem jest promocja konferencji w Bahrajnie, którą zaplanowano na 15 i 16 czerwca. W ocenie publicysty "Haareca" Amira Tibona po decyzji parlamentu spotkanie to "nie jest już dłużej najważniejsze w niczyjej agendzie".

Po głosowaniu w parlamencie główny negocjator palestyński Saeb Erekat stwierdził, że nazywany "porozumieniem stulecia" plan Kushnera i Trumpa stał się teraz "porozumieniem następnego stulecia".

Jak pisze Tibon, zespół Trumpa mierzy się z "trudnymi decyzjami" i "wielkim testem na wiarygodność". Planowo gospodarcza część planu miała zostać upubliczniona w czerwcu, a później również jego polityczny fragment. W obliczu nowych wyborów teraz "stoi to pod znakiem zapytania".

Publicysta "Haareca" przypomina, że we wrześniu ubiegłego roku Trump deklarował, iż plan pokojowy zostanie zaprezentowany do lutego 2019 roku. Biały Dom zadecydował jednak potem, że nie będzie upubliczniał go w trakcie kampanii przed kwietniowymi wyborami parlamentarnymi w Izraelu.

"Nikt nie będzie zaskoczony, jeśli ogłoszone na nowo izraelskie wybory będą prowadzić do kolejnego opóźnienia (w opublikowaniu planu - PAP), niezależnie od tego, co administracja (USA) może mówić w najbliższej przyszłości" - ocenia Tibon. W związku z zaistniałymi okolicznościami nie wiadomo, czy gospodarcze szczegóły planu zostaną ujawnione w Bahrajnie.

Według Tibona administracja Trumpa była "aktywnym uczestnikiem" izraelskiej kampanii, "wyraźnie robiąc wszystko co w jej mocy, by pomóc (premierowi Benjaminowi) Netanjahu". Wymienia on w tym kontekście m.in. uznanie przez USA suwerenności Izraela nad Wzgórzami Golan."Polityczne wsparcie Trumpa nie zakończyło się jednak w dniu głosowania. W tym tygodniu otwarcie wmieszał się w izraelski proces demokratyczny, tweetując, że ma nadzieję, iż Netanjahu przezwycięży kryzys koalicyjny i utworzy rząd" - kontynuuje Tibon. Oceniając, że działania Trumpa nie są wyjątkowe i poprzedni prezydenci USA robili podobnie, odnotowuje, że obecny amerykański przywódca "jak zwykle przesunął się do granic, wyznaczając nowe rekordy mieszania się w izraelską politykę".

"Wszystkie te działania tylko wzmocniły podejrzenia Palestyńczyków dotyczące pokojowego planu" - uważa Tibon. Utrzymują oni, że jest on jednostronny i po linii izraelskiej prawicy.

Teoretycznie Kushner - pisze publicysta "Haareca" - mógłby po upadku rozmów koalicyjnych w Izraelu uznać, że nie będzie więcej opóźniać opublikowania planu. "Taka decyzja jest bardzo mało prawdopodobna ze strony administracji (USA), która wydaje się bardziej zainteresowana pochwałami od Netanjahu (bardzo popularnego wśród ewangelicznych zwolenników Trumpa) niż promowaniem swojego własnego planu" - ocenia.W jego ocenie, gdyby amerykańska administracja traktowała plan poważnie, to nie pozwoliłaby Awigdorowi Liebermanowi - liderowi małej partii z pięcioma deputowanymi - "dyktować swojego harmonogramu". Na koniec "Haarec" ostrzega, że kolejne odłożenie publikacji planu to ryzyko "utraty impetu przed spotkaniem w Bahrajnie", a w "długim terminie i swojej wiarygodności".